– Nic przeszkadzasz mi. Mam nadzieję, że tym razem nie spróbujesz mnie zabić?
– Nie.
Odwróciła wzrok. Twarz jej poczerwieniała.
– W takim przypadku ucieszę się z towarzystwa. Na tym statku raczej o nie trudno. –
Tyrion zamknął książkę. – Chodź. Usiądź. Zjedz coś. – Dziewczyna nie ruszała większości posiłków, pozostawiając je pod drzwiami kajuty. Z pewnością konała już z głodu. – Zupa prawie da się przełknąć. Przynajmniej ryby są świeże.
– Nie... Kiedyś... omal nie udławiłam się ością. Nie mogę jeść ryb.
– To chociaż napij się wina. – Napełnił kubek i podsunął go dziewczynie. –
Poczęstunek od kapitana. Prawdę mówiąc, bardziej przypomina szczyny niż złote arborskie, ale nawet szczyny smakują lepiej niż ten smolisty rum, który żłopią marynarze. Może będzie ci łatwiej zasnąć.
Dziewczyna nawet nie próbowała dotknąć naczynia.
– Dziękuję, panie, ale nie. – Odsunęła się. – Nie powinnam zawracać ci głowy.
– Masz zamiar przez całe życie uciekać? – zapytał Tyrion, nim zdążyła się wymknąć.
To ją powstrzymało. Jej policzki nabrały jaskraworóżowego odcienia. Wyglądała, jakby zaraz miała znowu się rozpłakać.
– Ty też uciekasz – odparła jednak, wysuwając buntowniczo wargę.
– To prawda – przyznał. – Ale ja uciekam do czegoś, a ty przed czymś. To wielka różnica.
– Gdyby nie ty, nie musielibyśmy uciekać.
Powiedzenie mi tego prosto w oczy wymagało sporej odwagi.
– Mówisz o Królewskiej Przystani czy o Volantis?
– O obu. – W jej oczach zalśniły łzy. – O wszystkim. Dlaczego nie mogłeś stanąć z nami w szranki, jak chciał król? Nic by ci się nie stało. Co by cię to kosztowało, panie, gdybyś dosiadł psa i odbył jedną walkę, żeby zadowolić chłopaka? To była tylko zabawa.
Śmialiby się z ciebie, to wszystko.
– Śmialiby się ze mnie – powtórzył Tyrion. A ja się postarałem, żeby się śmiali z Joffa. Ach, cóż za sprytny plan.
– Mój brat mówi, że dobrze jest rozśmieszać ludzi. Że to szlachetne i honorowe zajęcie. Mój brat mówi... On...
Łzy spłynęły po jej twarzy.
– Przykro mi z powodu twego brata.
Tyrion powiedział jej już to samo w Volantis, ale wówczas pogrążyła się tak głęboko w żałobie, że wątpił, by jego słowa do niej dotarły.
Tym razem je usłyszała.
– Przykro. Mówisz, że ci przykro. – Jej warga drżała, policzki miała wilgotne, a oczy przerodziły się w zaczerwienione jamy. – Opuściliśmy Królewską Przystań tej samej nocy. Mój brat mówił, że tak będzie najlepiej, bo ktoś może się zacząć zastanawiać, czy nie mieliśmy coś wspólnego ze śmiercią króla, i postanowi poddać nas torturom, żeby to sprawdzić. Najpierw popłynęliśmy do Tyrosh. Mój brat myślał, że to będzie wystarczająco daleko, ale okazało się, że się mylił. Znaliśmy tam żonglera. Od wielu lat codziennie występował pod Fontanną Pijanego Boga. Postarzał się już i jego ręce nie były tak zręczne jak kiedyś, więc czasami upuszczał piłki i musiał za nimi ganiać po całym placu, ale Tyroshijczycy i tak się śmiali i rzucali mu monety. Ale pewnego poranka dowiedzieliśmy się, że jego ciało znaleziono pod świątynią Triosa. Trios ma trzy głowy i przed drzwiami świątyni stoi jego wielki posąg. Starego żonglera przerąbano na trzy części i wepchnięto do potrójnych ust boga, a gdy wszystkie fragmenty zszyto razem, okazało się, że brakuje głowy.
– Podarunek dla mojej słodkiej siostry. On również był karłem.
– Małym człowiekiem, tak. Jak ty i Oppo. Miedziak. Czy z powodu żonglera też jest ci przykro?
– Do tej chwili nawet nie wiedziałem o jego istnieniu... ale, tak, przykro mi, że nie żyje.
– Zginął przez ciebie. Jego krew splamiła twoje ręce.
To go zabolało. Jej oskarżenie przyszło tuż po słowach Joraha Mormonta.
– Jego krew splamiła ręce mojej siostry i bydlaków, którzy go zabili. Moje ręce... –
Tyrion odwrócił je, przyjrzał się im uważnie, a potem zacisnął pięści. – ...mam na nich starą krew, to prawda. Nazwij mnie zabójcą krewnych, a się nie pomylisz. Królobójca, na to miano również odpowiem. Zabijałem matki, ojców, siostrzeńców, kochanki, mężczyzn i kobiety, królów i kurwy. Kiedyś zalazł mi za skórę jeden minstrel, więc kazałem ugotować skurwysyna w gulaszu. Ale nigdy w życiu nie zabiłem żonglera ani karła i nie jestem winien temu, co się stało twojemu cholernemu bratu.
Grosik wzięła w rękę kubek wina i chlusnęła Tyrionowi trunkiem prosto w twarz.
Całkiem jak moja słodka siostra. Usłyszał trzaśnięcie drzwi kambuza, ale nie zauważył, kiedy wyszła. Oczy go szczypały, a świat przerodził się w zamazaną plamę. Nici z przyjaźni.
Tyrion Lannister niewiele wiedział o innych karłach. Jego pan ojciec nie lubił niczego, co przypominało o ułomności syna, a trupy komediantów, w których występowali mali ludzie, szybko się nauczyły omijać Lannisport i Casterly Rock, by nie wywołać niezadowolenia lorda Tywina. W latach młodości Tyrion słyszał opowieści o karłowatym błaźnie w siedzibie dornijskiego lorda Fowlera, karłowatym maesterze służącym na Paluchach i o karlicy będącej milczącą siostrą, ale nigdy nie czuł nawet najmniejszej potrzeby spotkania się z którymś z nich. Do jego uszu docierały również mniej wiarygodne opowieści o karłowatej czarownicy mieszkającej na wzgórzu w dorzeczu i o karłowatej kurwie z Królewskiej Przystani słynącej z tego, że parzyła się z psami. O tej ostatniej opowiedziała Tyrionowi jego słodka siostra. Zaproponowała nawet, że znajdzie mu sukę z cieczką, jeśli ma ochotę sam tego spróbować. Kiedy zapytał uprzejmie, czy ma na myśli siebie, chlusnęła mu winem w twarz. Tamto było czerwone, o ile dobrze pamiętam, a to jest złote. Otarł twarz rękawem. Oczy nadal go szczypały.
Nie widział już Grosik aż do dnia sztormu.
Owego poranka słone powietrze było parne i nieruchome, ale niebo na zachodzie przybrało ogniście czerwoną barwę. Wiszące na nim nisko chmury gorzały karmazynową barwą Lannisterów. Marynarze biegali jak szaleni, zamykając luki, przeciągając liny, oczyszczając pokład i przywiązując wszystko, co nie było przywiązane.
– Idzie zły wiatr – ostrzegł Tyriona jeden z nich. – Beznosy powinien zejść na dół.
Karzeł przypomniał sobie sztorm, który przeżył podczas żeglugi przez wąskie morze.
Pokład podskakujący mu pod stopami, przerażające skrzypienie statku, smak wina i wymiocin w ustach.
– Beznosy zostanie na górze.
Jeśli bogowie chcieli go zabrać, wolał się utopić, niż udławić wymiocinami. Żagiel kogi falował ospale jak futro jakiejś ogromnej bestii budzącej się z długiego snu. Nagle wydął się z gwałtownym trzaskiem. Wszyscy na statku spojrzeli w tamtą stronę.
Wiatr gnał kogę naprzód, znosząc ją daleko z wybranego kursu. Za rufą widzieli czarne chmury piętrzące się na krwawoczerwonym niebie. Późnym rankiem ujrzeli na zachodzie błyskawicę. Po chwili dobiegł ich odległy głuchy łoskot gromu. Ciemną powierzchnię morza pokrywały coraz wyższe fale, tłukące o kadłub „Śmierdzącego Zarządcy”. Mniej więcej w tej samej chwili załoga zaczęła zwijać żagiel. Na śródokręciu Tyrion przeszkadzałby ludziom w pracy, wdrapał się więc na kasztel dziobowy i przycupnął tam, ciesząc się zimnym deszczem smagającym mu policzki. Koga unosiła się i opadała na wodzie, wierzgając gwałtowniej niż wszystkie konie, na jakich w życiu jeździł, wspinała się na fale, a potem opadała w doliny między nimi, wstrząsając Tyrionem aż do kości. Mimo to lepiej czuł się tutaj niż zamknięty w jakiejś dusznej kajucie na dole.