Выбрать главу

Księżyc był wąski jak sierp i ostry niczym nóż. Lato wykopał odciętą rękę, czarną i pokrytą szronem. Jej palce otwierały się i zamykały, gdy pełzła po zamarzniętym śniegu.

Zostało na niej sporo mięsa i mógł wypełnić pusty brzuch. Potem rozgryzł kość ramienną, by dobrać się do szpiku. Dopiero wtedy kończyna przypomniała sobie, że nie żyje.

Bran jadł z Latem i jego watahą, jako wilk. Jako kruk latał ze stadem, okrążał wzgórze o zachodzie słońca, wypatrywał wrogów, czuł lodowaty dotyk powietrza. Jako Hodor eksplorował jaskinie. Znalazł komory pełne kości, szyby opadające w głębinę, miejsce, gdzie ze sklepienia zwisały głowami w dół szkielety gigantycznych nietoperzy.

Przeszedł nawet po smukłym moście z kości przerzuconym nad czeluścią i po drugiej stronie odnalazł kolejne korytarze oraz komory. W jednej z nich było pełno śpiewaków, siedzących na tronach jak Brynden. Korzenie czardrzew otaczały ich ze wszystkich stron i wnikały w ich ciała. Większość robiła wrażenie martwych, ale kiedy przechodził obok, otwierali oczy i śledzili spojrzeniem blask pochodni. Jeden z nich otworzył i zamknął pomarszczone usta, jakby chciał coś powiedzieć.

– Hodor – rzekł mu Bran i poczuł, że prawdziwy Hodor poruszył się w swej kryjówce.

Siedzący na tronie z korzeni w swej wielkiej jaskini pół trup, pół drzewo, jakim był lord Brynden, przypominał nie tyle człowieka, ile jakąś makabryczną rzeźbę wykonaną z wypaczonego drewna, starych kości i przegniłej wełny. Jedynym, co wykazywało oznaki życia w upiornych resztkach jego twarzy, było czerwone oko, gorejące jak ostatni węgielek w wygasłym ognisku, otoczone powykręcanymi korzeniami i strzępami stwardniałej białej skóry zwisającymi z pożółkłej czaszki.

Bran nadal bał się tego widoku. Korzeni czardrzewa wnikających w zwiędłe ciało i wychodzących z niego, grzybów porastających policzki, białego drewnianego robaka wysuwającego się ze ślepego oczodołu. Czuł się lepiej, gdy zgaszono pochodnie. W ciemności mógł udawać, że to trójoka wrona do niego szepcze, nie jakiś okropny, mówiący trup.

Pewnego dnia stanę się taki jak on. Ta myśl wypełniała Brana trwogą. Nie dosyć, że był kaleką i miał bezwładne nogi, miał teraz spędzić swe dni zrośnięty w jedną całość z czardrzewem? Liść powiedziała mu, że lord Brynden czerpie swe życie z drzewa. Nie jadł ani nie pił. Spał, śnił i obserwował. Miałem zostać rycerzem – przypomniał sobie chłopiec. Biegałem, wspinałem się i walczyłem. Czuł się tak, jakby od tych czasów minęło tysiąc lat.

Kim był teraz? Tylko kalekim chłopcem Branem, Brandonem z rodu Starków, księciem utraconego królestwa, lordem spalonego zamku, dziedzicem ruin. Myślał kiedyś, że trójoka wrona jest czarnoksiężnikiem, mądrym starym czarodziejem, który naprawi jego nogi, ale teraz sobie uświadomił, że to było tylko głupie dziecinne marzenie. Jestem za duży na takie fantazje – powiedział sobie. Tysiąc oczu, sto skór i mądrość sięgająca głęboko jak najstarsze korzenie. To było warte tyle samo, co zostać rycerzem. W każdym razie prawie tyle samo.

Księżyc był czarną dziurą na niebie. Poza jaskinią życie toczyło się dalej. Poza jaskinią słońce wschodziło i zachodziło, księżyc zmieniał fazy, zawodziły zimne wichry.

Pod wzgórzem Jojen Reed ku rozpaczy swej siostry robił się coraz bardziej małomówny i nietowarzyski. Meera często siadała razem z Branem przy ich małym ognisku, mówiąc o wszystkim i o niczym i głaszcząc Latę, który spał między nimi, podczas gdy jej brat wędrował samotnie po podziemiach. W słoneczne dni Jojen wspinał się nawet do wylotu jaskini i stał tam godzinami, wpatrując się w las. Choć otulało go futro, drżał z zimna.

– Pragnie wrócić do domu – wyjaśniła Branowi Meera. – Nawet nie próbuje walczyć z losem. Mówi, że zielone sny nie kłamią.

– Jest odważny – odparł Bran. Człowiek może być dzielny tylko wtedy, kiedy się boi. Tak powiedział mu ojciec, dawno temu, dnia, gdy znaleźli wilkorze szczenięta w letnim śniegu. Bran nadal pamiętał te słowa.

– Jest głupi – sprzeciwiła się Meera. – Miałam nadzieję, że gdy już znajdziemy twoją trójoką wronę... teraz zastanawiam się, po co w ogóle tu przyszliśmy.

Dla mnie – pomyślał Bran.

– Przez jego zielone sny.

– Jego zielone sny – powtórzyła z goryczą Meera.

– Hodor – dodał Hodor.

Dziewczyna się rozpłakała.

Bran bardzo żałował, że jest kaleką.

– Nie płacz – rzekł. Pragnął ją objąć i przytulić, jak matka przytulała go w Winterfell, kiedy coś go bolało. Meera siedziała tylko kilka stóp od niego, lecz równie dobrze mogłoby ich dzielić sto mil. Żeby jej dotknąć, musiałby się do niej poczołgać, wspierając się na rękach i wlokąc nogi za sobą. Powierzchnia była nierówna i szorstka, posuwałby się po niej powoli, co chwila o coś uderzając. Mógłbym wdziać skórę Hodora – pomyślał. On by ją przytulił i poklepał po plecach. Bran poczuł się dziwnie na tę myśl, nie przestał jednak jej rozważać aż do chwili, gdy dziewczyna zerwała się nagle i uciekła w ciemność tuneli. Jej kroki ucichły w oddali i po chwili nie słyszał już nic poza głosami śpiewaków.

Księżyc był wąski jak sierp i ostry niczym nóż. Dni mijały jeden po drugim, każdy krótszy od poprzedniego. Noce robiły się coraz dłuższe. Do jaskiń pod wzgórzem nigdy nie docierały promienie słońca. Kamiennych komnat nigdy nie dotykał blask księżyca.

Nawet gwiazdy były tu obce. Wszystko to należało do świata na górze, gdzie czas płynął w żelaznym kręgu, dzień przechodził w noc, noc w dzień, a dzień znowu w noc.

– Już czas – oznajmił lord Brynden.

Coś w jego głosie sprawiło, że po plecach Brana przebiegły zimne jak lód palce.

– Czas na co?

– Na następny krok. Pora, byś wyszedł poza zmienianie skóry i nauczył się, co to znaczy być zielonym jasnowidzem.

– Drzewa go nauczą – dodała Liść. Skinęła dłonią i podeszła do nich inna śpiewaczka. Miała białe loki i dlatego Meera nazwała ją Śnieżnowłosą. Trzymała w dłoniach miskę z czardrewna, w której wyrzeźbiono tuzin twarzy, takich samych, jak na drzewach sercach. W misce była biała papka, gęsta i poprzeszywana czerwonymi żyłkami.

– Musisz to zjeść – powiedziała Liść, wręczając Branowi drewnianą łyżkę.

– Co to jest? – zapytał chłopiec, spoglądając niepewnie na miskę.

– Papka z nasion czardrzew.

Coś w jej wyglądzie przyprawiało Brana o mdłości. Czerwone żyłki zapewne były po prostu czardrzewową żywicą, ale w blasku pochodni dziwnie przypominały krew.

Zanurzył łyżkę w papce, a potem się zawahał.

– Czy to uczyni mnie zielonym jasnowidzem?

– Twoja krew cię nim czyni – odparł lord Brynden. – Papka pomoże przebudzić twe dary. Dzięki niej poślubisz drzewa.

Bran nie chciał być poślubiony drzewu... ale kto inny chciałby wziąć za męża kalekę, takiego jak on? Tysiąc oczu, sto skór i mądrość sięgająca głęboko jak najstarsze korzenie.

Zaczął jeść.

Papka miała gorzki smak, ale nie aż tak gorzki, jak produkowana z żołędzi.

Najtrudniej było przełknąć pierwszą łyżkę. Omal jej natychmiast nie zwymiotował.

Druga była smaczniejsza. Trzecia niemal słodka. Resztę pochłonął chciwie. Dlaczego myślał, że jest gorzka? Smakowała miodem, świeżo spadłym śniegiem, pieprzem, cynamonem i ostatnim pocałunkiem, jaki otrzymał od matki. Pusta miska wysunęła mu się z palców i spadła ze stukiem na ziemię.