– Nic nie czuję. Co się teraz stanie?
Liść dotknęła jego ręki.
– Drzewa cię nauczą. Drzewa pamiętają.
Uniosła rękę i pozostali śpiewacy zaczęli chodzić po jaskini, gasząc pochodnie jedną po drugiej. Ze wszystkich stron otoczyła ich gęstniejąca ciemność.
– Zamknij oczy – mówiła trójoka wrona. – Wymknij się ze swej skóry, jak robisz wtedy, gdy łączysz się z Latą. Ale tym razem wejdź do korzeni. Podąż wzdłuż nich do drzew rosnących na wzgórzu i powiedz mi, co widzisz.
Bran zamknął oczy i wymknął się ze swej skóry. Do korzeni – pomyślał. Do czardrzewa. Stań się drzewem. Przez chwilę widział jaskinię jako czarny płaszcz, słyszał płynącą na dole rzekę.
I nagle wrócił do domu.
Lord Eddard Stark siedział na kamieniu przy głębokim czarnym stawie w bożym gaju. Jasne korzenie drzewa serca owijały się wokół niego niczym sękate ramiona starca.
Na jego kolanach leżał dwuręczny miecz, Lód. Lord Eddard czyścił go naoliwioną szmatką.
– Winterfell – wyszeptał Bran.
Jego ojciec uniósł wzrok.
– Kto tu jest? – zapytał, odwracając się...
...i przestraszony chłopiec umknął przed nim. Jego ojciec, czarny staw i boży gaj zniknęły, a on znowu był w jaskini. Grube jasne korzenie czardrzewowego tronu tuliły jego kończyny jak matka obejmująca dziecko. Przed nim zapaliła się pochodnia.
– Powiedz mi, co widziałeś.
Z daleka Liść można niemal było wziąć za małą dziewczynkę, nie starszą od Brana czy jego sióstr, ale z bliska wyglądała na znacznie starszą. Zapewniała, że widziała już dwieście lat.
Chłopiec miał straszliwą suchość w gardle. Przełknął ślinę.
– Winterfell. Byłem w Winterfell. Widziałem ojca. On nie zginął, nie zginął.
Widziałem go. Żyje i wrócił do Winterfell.
– Nie – zaprzeczyła Liść. – On nie żyje, chłopcze. Nie próbuj przywołać go z martwych.
– Widziałem go. – Bran czuł dotyk szorstkiego drewna pod policzkiem. – Czyścił Lód.
– Widziałeś to, co pragnąłeś zobaczyć. Twoje serce tęskni za ojcem i za domem, więc to właśnie ujrzałeś.
– Człowiek musi nauczyć się patrzeć, nim będzie mógł cokolwiek zobaczyć – dodał lord Brynden. – Ujrzałeś cienie dni minionych, Bran. Patrzyłeś przez oczy drzewa serca w twym bożym gaju. Dla drzewa czas wygląda inaczej niż dla człowieka. Słońce, gleba i woda, to są rzeczy, które rozumie czardrzewo, nie dni, lata i stulecia. Dla ludzi czas jest rzeką. Jesteśmy uwięzieni w jego nurcie, mkniemy od przeszłości do teraźniejszości, zawsze w tym samym kierunku. Życie drzew jest inne. One zakorzeniają się, rosną i umierają w jednym miejscu. Nurt rzeki ich nie porusza. Dąb jest żołędziem, a żołądź dębem. A czardrzewo... tysiąc ludzkich lat to dla niego chwilka. Przez takie bramy ty i ja możemy zajrzeć w przeszłość.
– Ale on mnie słyszał – sprzeciwił się Bran.
– Słyszał szept na wietrze, szelest wśród liści. Nie możesz do niego dotrzeć, choćbyś nie wiem jak próbował. Wiem o tym. Ja również mam swoje duchy, Bran. Brata, którego kochałem, drugiego, którego nienawidziłem, kobietę, której pożądałem. Dzięki drzewom nadal mogę ich widzieć, ale żadne moje słowa do nich nie docierają. Przeszłość pozostaje przeszłością. Możemy się z niej uczyć, ale nie jesteśmy w stanie jej zmienić.
– Czy jeszcze kiedyś zobaczę ojca?
– Gdy już opanujesz swe dary, będziesz mógł oglądać, co zechcesz. Zobaczysz wszystko, co widziały drzewa, wszystko jedno czy zdarzyło się to wczoraj, w zeszłym roku, czy tysiąc lat temu. Ludzie przez całe życie są uwięzieni w wiecznej teraźniejszości, między mgłami przeszłości a morzem cienia, które jest wszystkim, co wiemy o przyszłych dniach. Niektóre ćmy przeżywają całe swe życie w jeden dzień, ale ten krótki okres z pewnością wydaje się im równie długi, jak nam lata i dziesięciolecia. Dąb może przeżyć trzysta lat, a sekwoja trzy tysiące. Czardrzewa nie umierają nigdy, jeśli nic ich nie niepokoi. Dla nich pory roku mijają równie szybko, jak ruchy skrzydełek ćmy, a przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są jednym. Nie tylko do swojego bożego gaju sięgniesz spojrzeniem. Śpiewacy rzeźbili oczy w swych drzewach sercach, by je przebudzić, i z tych właśnie oczu każdy zielony jasnowidz najpierw uczy się korzystać... ale z czasem nauczysz się sięgać wzrokiem poza drzewa.
– Kiedy? – zainteresował się Bran.
– Za rok, za trzy albo za dziesięć. Tego nie było mi dane ujrzeć. Zapewniam, że ta chwila nadejdzie. Ale teraz czuję się już zmęczony. Wzywają mnie drzewa. Jutro spotkamy się znowu.
Hodor zaniósł chłopca do jego komory.
– Hodor – mruczał pod nosem, gdy Liść szła przed nimi z pochodnią. Bran miał nadzieję, że Meera i Jojen czekają tam na niego, by mógł im opowiedzieć, co widział, ale w ich przytulnej skalnej niszy było zimno i pusto. Hodor położył go na łóżku i nakrył futrami, a potem rozpalił ognisko. Tysiąc oczu, sto skór i mądrość sięgająca głęboko jak najstarsze korzenie.
Bran wpatrzył się w płomienie. Postanowił, że nie zaśnie, dopóki nic wróci Meera.
Wiedział, że Jojen będzie niezadowolony, ale ona ucieszy się z tego, co go spotkało. Nie pamiętał, kiedy zamknął oczy.
...ale w jakiś sposób znowu znalazł się w bożym gaju Winterfell i spoglądał z góry na ojca. Tym razem lord Eddard wydawał się znacznie młodszy. Włosy miał kasztanowe, bez śladu siwizny, a głowę pochyloną.
– ...niech staną się bliscy sobie jak bracia i niech nie będzie między nimi nic poza miłością – modlił się. – I niech moja pani żona znajdzie w swym sercu przebaczenie...
– Ojcze – głos Brana był szeptem na wietrze, szelestem liści. – Ojcze, to ja, Bran.
Brandon.
Eddard Stark uniósł głowę i długo wpatrywał się w czardrzewo. Zmarszczył brwi, ale nie odezwał się ani słowem. Nie widzi mnie – uświadomił sobie zrozpaczony Bran.
Pragnął wyciągnąć rękę i dotknąć ojca, ale mógł jedynie patrzeć i słuchać. Jestem w drzewie. Jestem w środku drzewa serca i spoglądam na świat jego czerwonymi oczami. Ale drzewo nie umie mówić, więc ja też jestem niemy.
Eddard Stark znowu zaczął się modlić. Bran poczuł, że oczy wypełniają mu się łzami, ale czy to były jego łzy, czy raczej czardrzewa? Jeśli się rozpłaczę, czy drzewo zrobi to samo?
Resztę słów jego ojca zagłuszył nagły stukot drewna uderzającego o drewno. Eddard Stark zniknął jak mgiełka rozpuszczająca się w blasku porannego słońca. Po bożym gaju tańczyło teraz dwoje dzieci. Pojedynkowały się na połamane gałęzie, pokrzykując na siebie nawzajem. Dziewczynka była starsza i wyższa. Arya! – pomyślał z radością Bran, gdy wskoczyła na kamień i zaatakowała chłopca. Ale to nie mogła być prawda. Gdyby to była Arya, chłopcem musiałby być on sam, a on nigdy nie miał takich długich włosów.
Poza tym Arya nigdy nie pobiła mnie w walce na kije, jak ta dziewczynka bije jego.
Cięła chłopca w udo, tak mocno, że noga załamała się pod nim i wpadł do stawu.
Rozpryskiwał wodę, wrzeszcząc głośno.
– Cicho, głupi – skarciła go, odrzucając na bok gałąź. – To tylko woda. Chcesz, żeby Stara Niania cię usłyszała i powiedziała ojcu?
Uklękła, by wyciągnąć brata ze stawu, ale nim zdążyła to zrobić, oboje zniknęli.
Kolejne obrazy zmieniały się coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie Bran poczuł się zagubiony i zakręciło mu się w głowie. Nie widział już więcej ojca ani dziewczynki podobnej do Aryi. Ujrzał kobietę w zaawansowanej ciąży, która wyszła nago z czarnego stawu, ociekając wodą, i uklękła przed drzewem, by błagać starych bogów o syna, który ją pomści. Potem zjawiła się smukła jak włócznia dziewczyna o kasztanowych włosach, która wspięła się na palce, by pocałować młodego rycerza wysokiego jak Hodor.