Выбрать главу

Ciemnooki młodzieniec, blady i gwałtowny, uciął trzy gałęzie czardrzewa, by zrobić z nich strzały. Samo drzewo się kurczyło, w każdej kolejnej wizji było coraz mniejsze.

Mniejsze drzewa przerodziły się w młode drzewka, a potem zniknęły, tylko po to, by ustąpić miejsca innym, które również kurczyły się i rozpływały. Lordowie, których widział teraz Bran, byli wysokimi, twardymi i surowymi mężczyznami, odzianymi w futra i kolczugi. Niektóre twarze pamiętał z posągów w kryptach, ale znikały za szybko, by zdążył przypisać im imiona.

Wtem ujrzał brodatego mężczyznę, który powalił jeńca na kolana pod drzewem sercem. Wiatr poruszył ciemnoczerwonym listowiem i wyłoniła się z niego białowłosa kobieta trzymająca sierp z brązu.

– Nie – sprzeciwił się Bran. – Nie, nie rób tego.

Ale oni go nie słyszeli, tak samo jak ojciec. Kobieta złapała jeńca za włosy, dotknęła sierpem gardła i cięła. Kaleki chłopiec mógł tylko przyglądać się przez mgłę stuleci, jak nogi mężczyzny uderzyły rytmicznie o ziemię... ale gdy życie wypływało w niego czerwonym strumieniem, Brandon Stark poczuł w ustach smak krwi.

JON

Po siedmiu dniach ciemnego nieba i gwałtownych opadów śniegu około południa promienie słońca przebiły się wreszcie przez chmury. Gdzieniegdzie zaspy sięgały wyżej niż wzrost mężczyzny, ale zarządcy przez cały dzień sprzątali śnieg i ścieżki były tak czyste, jak to tylko możliwe. Mur błyszczał w promieniach słońca, wszystkie pęknięcia i szczeliny lśniły bladoniebieskim blaskiem.

Jon Snow stał siedemset stóp wyżej, spoglądając na nawiedzany las. Wśród drzew na dole dął północny wiatr i rzadkie pióropusze kryształków śniegu sypały się z najwyżej położonych gałęzi na podobieństwo lodowych chorągwi. Poza tym nic się tam nie poruszało. Ani śladu życia. To nie do końca go uspokoiło. Nie tych, którzy żyli, się obawiał. Mimo to...

Słońce wzeszło. Śnieg przestał padać. Może minąć cały cykl księżyca, nim znowu będziemy mieli taką szansę. A może wydarzy się to dopiero wiosną.

– Każ Emmettowi zwołać rekrutów – polecił Eddowi Cierpiętnikowi. – Będziemy potrzebowali eskorty. Dziesięciu zwiadowców uzbrojonych w smocze szkło. Chcę, żeby byli gotowi do wyjazdu za godzinę.

– Tak jest, panie. Kto będzie dowodził?

– Ja.

Kąciki ust Edda opadły jeszcze niżej niż zwykle.

– Niektórzy mogą uważać, że lepiej, by lord dowódca siedział sobie w bezpiecznym cieple na południe od Muru. Ja bym tak nie powiedział, ale niektórzy tak.

– Lepiej niech mi tego nie mówią prosto w oczy – odparł z uśmiechem Jon.

Płaszcz Edda załopotał głośno na nagłym podmuchu wiatru.

– Zjedźmy na dół, panie. To wietrzysko może nas zdmuchnąć z Muru, a ja do dziś nie nauczyłem się latać.

Zjechali windą na ziemię. Wiatr był porywisty i zimny jak oddech lodowego smoka z historii, które Stara Niania opowiadała Jonowi, gdy był małym chłopcem. Ciężka winda kołysała się i od czasu do czasu drapała o Mur. Małe fontanny kryształków lodu, które z niego tryskały, lśniły w blasku słońca jak odpryski szkła.

Szkło mogłoby się nam tu przydać – pomyślał Jon. W Czarnym Zamku powinny być szklarnie, takie jak w Winterfell. Wtedy moglibyśmy uprawiać jarzyny w samym środku zimy. Najlepsze szkło produkowano w Myr, ale porządna przezroczysta szyba była warta swej wagi w korzeniach, a zielone albo żółte szkło nie było już takie dobre.

Potrzebujemy złota. Gdybyśmy mieli pieniądze, moglibyśmy kupić uczniów szklarskich w Myr, sprowadzić ich na północ i obiecać im wolność w zamian za to, że nauczą swej sztuki grupę naszych rekrutów. Tak właśnie powinno się to rozwiązać. Gdybyśmy mieli złoto. Ale go nie mamy.

U podstawy Muru znalazł tarzającego się w zaspie Ducha. Wielki biały wilkor uwielbiał świeżo spadły śnieg. Na widok Jona wstał na cztery łapy i otrzepał się.

– Zabierzesz go ze sobą? – zapytał Edd Cierpiętnik.

– Tak.

– Bystry z niego wilk. A mnie?

– Ciebie nie.

– Bystry z ciebie lord. Duch bardziej ci się przyda. Moje zęby już się nie nadają do gryzienia dzikich.

– Jeśli bogowie będą łaskawi, nie spotkamy żadnych dzikich. Chcę zabrać siwego wałacha.

Wieści szybko się rozeszły po Czarnym Zamku. Edd nie skończył jeszcze siodłać wałacha, gdy Bowen Marsh pojawił się na dziedzińcu i podszedł do stojącego przy stajni Jona.

– Wasza lordowska mość, wolałbym, żebyś zmienił zdanie. Nowi ludzie z równą łatwością mogą złożyć przysięgę w sepcie.

– Sept jest domem nowych bogów. Starzy bogowie mieszkają w lesie i ci, którzy ich wyznają, mówią swe słowa przed czardrzewami. Wiesz o tym równie dobrze jak ja.

– Atłas pochodzi ze Starego Miasta, a Arron i Emrick z krain zachodu. Starzy bogowie nie są ich bogami.

– Nie mówię ludziom, których bogów mają czcić. Mogli wybrać Siedmiu albo Pana Światła czerwonej kapłanki. Wybrali drzewa, znając niebezpieczeństwa, jakie się z tym wiążą.

– Płaczka nadal może być w pobliżu.

– Gaj dzielą od Muru najwyżej dwie godziny jazdy, nawet w śniegu. Powinniśmy wrócić o północy.

– Za daleko. To nierozsądne.

– Nierozsądne, ale konieczne – odparł Jon. – Ci ludzie mają zaprzysiąc swe życie Nocnej Straży, wstąpić do bractwa historii ciągnącej się nieprzerwaną linią od tysięcy lat. Słowa są ważne i nasze tradycje też. Łączą nas wszystkich w całość, wysoko i nisko urodzonych, młodych i starych, podłych i szlachetnych. Czynią nas braćmi. – Klepnął Marsha w ramię. – Obiecuję, że wrócimy.

– Tak, wasza lordowska mość – odparł lord zarządca – ale czy jako żywi ludzie, czy raczej jako głowy z wydłubanymi oczami zatknięte na włócznie? Będziecie wracać ciemną nocą. W niektórych miejscach śnieg sięga po pas. Widzę, że zabierasz ze sobą doświadczonych ludzi. To dobrze, ale Czarny Jack Bulwer również znał ten las. Nawet twój stryj, Benjen Stark...

– Mam coś, czego oni nie mieli. – Jon odwrócił głowę gwizdnął. – Duch. Do mnie. –

Wilkor otrzepał się ze śniegu i potruchtał do Jona. Zwiadowcy rozstąpili się, by go przepuścić, ale jedna klacz zarżała i spłoszyła się. Rory musiał ją mocno pociągnąć za wodze. – Mur należy do ciebie, lordzie Bowenie.

Jon wziął konia za uzdę i poprowadził do bramy lodowego tunelu wijącego się pod Murem.

Za lodem czekały wysokie milczące drzewa, spowite w grube białe płaszcze.

Zwiadowcy i rekruci ustawili się w szeregu. Duch podszedł do wierzchowca Jona, a potem zatrzymał się i powęszył. Oddech zwierzęcia zamarzał w powietrzu.

– O co chodzi? – zapytał Jon. – Czy ktoś tu jest?

Las wydawał się pusty tak daleko, jak okiem sięgnąć, ale to nie było zbyt daleko.

Duch pobiegł do granicy drzew i zniknął w obłoku śniegu między dwiema spowitymi w biel sosnami. Chce polować, ale na co? Jon bał się nie tyle o wilkora, ile o dzikich, których mógłby napotkać. Biały wilk w białym lesie, cichy jak cień. Nie mają szans zauważyć, że się zbliża. Wiedział, że nie ma sensu go ścigać. Duch wróci, kiedy zechce, ale nie wcześniej. Jon wbił pięty w końskie boki. Jego ludzie podążyli za nim. Kopyta ich koników przebijały się przez zamarzniętą skorupę, zapadając się w miękkim śniegu pod spodem. Jechali przez las stępa, a Mur kurczył się powoli za nimi.