Żołnierskie sosny i drzewa strażnicze nosiły puchowe, śnieżne płaszcze, a z nagich konarów drzew liściastych zwisały sople. Jon wysłał Toma Barleycorna na zwiady, mimo że świetnie znali drogę do białego gaju. Wielki Liddle i Luke z Długiego Miasta zniknęli w chaszczach na prawo i na lewo od nich. Będą się posuwać wzdłuż kolumny, by ostrzec ich, gdyby ktoś się zbliżał. Wszyscy byli doświadczonymi zwiadowcami, uzbrojonymi w stal i obsydian, a u ich siodeł wisiały rogi, na wypadek gdyby musieli wezwać pomoc.
Reszta grupy również składała się z dobrych ludzi. A przynajmniej dobrych w walce i wiernych wobec braci. Jon nie wiedział, kim byli, nim trafili na Mur, nie wątpił jednak, że przeszłość większości z nich była równie czarna, jak ich płaszcze. Wszyscy postawili kaptury dla osłony przed zimnym wiatrem, a niektórzy owinęli się też szalikami, zasłaniając twarze. Jon jednak znał wszystkich. To byli jego ludzie, jego bracia.
Towarzyszyło im też sześciu innych, młodych i starych, dużych i małych, doświadczonych i zielonych. Sześciu ma powiedzieć słowa. Koń urodził się i wychowywał w Mole’s Town. Arron i Emrick pochodzili z Pięknej Wyspy, a Atłas przybył do nich z burdeli Starego Miasta położonego na drugim końcu Westeros. Wszyscy czterej byli chłopcami. Skóra i Jax byli starszymi mężczyznami, dobrze po czterdziestce, synami nawiedzanego lasu, którzy mieli już własnych synów i wnuki. Z sześćdziesięciu trzech dzikich, którzy podążyli z Jonem na Mur, gdy wygłosił swój apel, tylko oni dwaj postanowili wdziać czarne płaszcze. Żelazny Emmett orzekł, że są gotowi, a przynajmniej na tyle gotowi, na ile to dla nich możliwe. Razem z Jonem i Bowenem Marshem poddali wszystkich ocenie i przydzielili do odpowiednich zakonów – Skórę, Jaxa i Emricka do zwiadowców, Konia do budowniczych, a Arrona i Atłasa do zarządców. Nadszedł dla nich czas złożenia ślubów.
Na czele kolumny jechał Żelazny Emmett, dosiadający najbrzydszego konia, jakiego Jon w życiu widział. Kudłate zwierzę robiło wrażenie składającego się wyłącznie z włosów i kopyt.
– Słyszałem, że ostatniej nocy doszło do jakichś kłopotów w Wieży Ladacznic – oznajmił nauczyciel walki.
– To jest Wieża Hardina.
Wśród sześćdziesięciu trzech dzikich, którzy przyjechali z nim z Mole’s Town, było dziewiętnaście kobiet i dziewcząt. Jon przydzielił im opuszczoną wieżę, w której sam spał, kiedy był nowy na Murze. W tej grupie było dwanaście włóczniczek, świetnie potrafiących obronić siebie i młodsze dziewczęta przed niepożądanymi awansami czarnych braci. Niektórzy z przepędzonych przez nie mężczyzn nadali Wieży Hardina nową, obelżywą nazwę, ale Jon nie zamierzał tolerować podobnych szyderstw.
– Trzech pijanych głupców pomyliło Wieżę Hardina z burdelem, to wszystko. Siedzą teraz w lodowych celach i kontemplują swój błąd.
Żelazny Emmett skrzywił się z niezadowoleniem.
– Mężczyźni to mężczyźni, śluby to słowa, a słowa to wiatr. Trzeba było wystawić strażników wokół wieży.
– A kto będzie pilnował strażników?
Nic nie wiesz, Jonie Snow. Czegoś się jednak dowiedział, a jego nauczycielką była Ygritte. Jeśli sam nie potrafił dotrzymać przysięgi, jak mógł wymagać więcej od braci?
Prowokowanie dzikich kobiet było jednak niebezpieczne. Mężczyzna może mieć na własność kobietę albo może mieć nóż, ale nie jedno i drugie. Tak powiedziała mu kiedyś Ygritte. Bowen Marsh nie we wszystkich sprawach się mylił. Wieża Hardina była jak suche drewno czekające na iskrę.
– Chcę otworzyć jeszcze trzy zamki – oznajmił Jon. – Głębokie Jezioro, Sobolowy Dwór i Długi Kurhan. Wszystkie obsadzimy wolnymi ludźmi, pod dowództwem naszych oficerów. W Długim Kurhanie będą wyłącznie kobiety, poza dowódcą i głównym zarządcą.
Nie wątpił, że i tak nie uniknie się kontaktów, ale odległość była wystarczająco duża, by przynajmniej je utrudnić.
– A któremu biednemu durniowi przypadnie zaszczytna funkcja dowódcy?
– Ten dureń właśnie jedzie obok mnie.
Pełna przerażenia pomieszanego z zachwytem mina, która przemknęła przez twarz Żelaznego Emmetta, była warta więcej niż worek złota.
– Co ci uczyniłem, że tak mnie nienawidzisz, wasza lordowska mość?
Jon parsknął śmiechem.
– Nie obawiaj się, nie będziesz sam. Mam zamiar przydzielić ci Edda Cierpiętnika jako zastępcę i zarządcę.
– Włóczniczki nie będą zadowolone. Lepiej byś zrobił, gdybyś oddał zamek magnarowi.
Z twarzy Jona zniknął uśmiech.
– Zrobiłbym to, gdybym tylko mógł mu zaufać. Obawiam się, że Sigorn wini mnie za śmierć ojca. Co gorsza, od dziecka uczono go wydawania rozkazów, nie ich wykonywania. Nie myl Thennów z wolnymi ludźmi. „Magnar” ponoć znaczy w starym języku „lord”, ale Styr był dla swoich ludzi raczej kimś w rodzaju boga, a jego syn jest ulepiony z tej samej gliny. Nie żądam, żeby ludzie przede mną klękali, ale muszą mnie słuchać.
– Tak, panie, ale lepiej zrób coś z magnarem. Będziesz miał kłopoty z Thennami, jeśli nie przestaniesz ich ignorować.
Kłopoty to zajęcie lorda dowódcy – mógłby odpowiedzieć Jon. Okazało się, że wizyta w Mole’s Town spowodowała ich mnóstwo, a kobiety były najmniejszym z nich.
Halleck okazał się w pełni tak wojowniczy, jak obawiał się Jon, a wśród czarnych braci byli tacy, którzy aż do najgłębszych zakamarków duszy nie ufali wolnym ludziom. Jeden ze zwolenników Hallecka uciął już na dziedzińcu ucho zarządcy, a zapewne była to jedynie zapowiedź oczekującego ich przelewu krwi. Będzie musiał szybko otworzyć stare forty, by móc odesłać brata Harmy do garnizonu w Głębokim Jeziorze albo w Sobolowym Dworze. W tej chwili jednak żaden z tych fortów nie nadawał się do zamieszkania przez ludzi, a Othell Yarwyck i jego budowniczowie nadal się trudzili nad przywróceniem do stanu użyteczności Nocnego Fortu. Niektórymi nocami Jon Snow zadawał sobie pytanie, czy nie popełnił straszliwego błędu, uniemożliwiając Stannisowi wyrżnięcie wszystkich dzikich. Nic nie wiem, Ygritte – przyznał w myślach. Ibyć może nigdy się nie dowiem.
Od gaju dzieliło ich jeszcze pół mili. Długie snopy czerwonego blasku jesiennego słońca przedzierały się między nagimi gałęziami drzew, barwiąc śnieg na różowo.
Jeźdźcy minęli zamarznięty strumień, przejechali między dwiema wyszczerbionymi, pokrytymi lodem skałami, a potem ruszyli krętą ścieżką wydeptaną przez zwierzynę na północny wschód. Gdy wiatr się wzmacniał, w powietrze wzbijały się chmury sypkiego śniegu, szczypiącego ich w oczy. Jon osłonił usta i nos szalikiem, a potem postawił kaptur.
– Już niedaleko – zapewnił ludzi. Nikt mu nie odpowiedział.
Jon poczuł zapach Toma Barleycorna, zanim go zobaczył.
A może to Duch go zwęszył? Ostatnio nawet na jawie coraz częściej towarzyszyło mu wrażenie, że on i wielki biały wilkor są jednym. Wilk pojawił się pierwszy, strzepując z siebie śnieg. Po kilku chwilach Jon zobaczył Toma.
– Dzicy – powiedział cicho zwiadowca. – W gaju.
Lord dowódca zatrzymał jeźdźców.
– Ilu?
– Naliczyłem dziewięciu. Nie wystawili strażników. Nie którzy chyba nie żyją albo może śpią. Większość to kobiety. Jedno dziecko. Ale jest z nimi też olbrzym. Widziałem tylko jednego. Rozpalili ognisko i dym unosi się wśród drzew. Głupcy.
Dziewięciu, a ja mam siedemnastu. Ale czterech jego ludzi to byli niedoświadczeni chłopcy, a żaden nie był olbrzymem. Jon nie miał jednak zamiaru wracać do Muru. Jeśli dzicy jeszcze żyją, możemy ich zabrać ze sobą. A jeśli nie żyją... no cóż, parę trupów też mi się przyda.