Выбрать главу

– Dalej ruszymy na piechotę – rozkazał, zeskakując swobodnie na zamarzniętą ziemię. Śnieg sięgał mu do kostek. – Rory i Pate, zostańcie z końmi. – Mógłby zlecić to zadanie rekrutom, ale wkrótce i tak będą musieli poznać smak walki. Ta chwila była równie dobra, jak każda inna. – Rozciągnijcie się w łuk. Chcę otoczyć gaj z trzech stron.

Patrzcie na ludzi, których macie z boków, żeby odległość nie była za duża. Śnieg powinien stłumić nasze kroki. Jeśli uda się nam ich zaskoczyć, ryzyko przelewu krwi będzie mniejsze.

Noc zapadała już szybko. Snopy światła zniknęły, gdy ostatni skrawek słońca schował się za drzewami na zachodzie. Różowe zaspy znowu zrobiły się białe, barwa odpłynęła z nich z chwilą, gdy na świecie zapadła ciemność. Wieczorne niebo przybrało barwę wyblakłej szarości, przypominającej stary, zbyt wiele razy już prany płaszcz. Pojawiały się pierwsze nieśmiałe gwiazdy.

Przed sobą ujrzał białawy pień ukoronowany skupiskiem ciemnoczerwonych liści. To z pewnością było czardrzewo. Jon Snow sięgnął za siebie i wyciągnął z pochwy Długi Pazur. Spojrzał w prawo i w lewo, skinął głową do Atłasa i Konia, którzy przekazali ten sam znak kolejnym ludziom. Wszyscy wpadli do gaju jednocześnie, odkopując na boki stary śnieg. Nie było słychać nic poza ich oddechami. Duch biegł u boku Jona niczym biały cień.

Czardrzewa otaczały polanę kręgiem. Było ich dziewięć, wszystkie mniej więcej tych samych rozmiarów i tak samo stare. We wszystkich wyrzeźbiono twarze i każda z nich była inna. Niektóre się uśmiechały, inne wrzeszczały z bólu, a jeszcze inne krzyczały gniewnie. W zapadającym zmierzchu ich oczy wydawały się czarne, ale Jon wiedział, że za dnia są krwawoczerwone. Jak oczy Ducha.

Ognisko palące się pośrodku polany było małe i smętne – popioły, węgielki i kilka ułamanych gałęzi, które tliły się powoli, buchając obłokami dymu. Nawet ono miało jednak w sobie więcej życia niż kulący się wokół niego dzicy. Tylko jeden z nich zareagował, gdy Jon wypadł z chaszczy. To było dziecko, które zaczęło zawodzić, szarpiąc za wystrzępiony płaszcz matki. Kobieta otworzyła oczy i wciągnęła gwałtownie powietrze. W owej chwili polanę otoczyli już pierścieniem zwiadowcy. Wyłaniali się spomiędzy białych jak kość drzew gotowi rozpocząć rzeź. W ich obleczonych w czarne rękawice dłoniach błyszczała stal.

Ostatni zauważył ich olbrzym. Spał przy ognisku, ale coś go obudziło. Krzyk dziecka, chrzęst śniegu pod czarnymi butami albo wciągnięty raptownie oddech. Kiedy się poruszył, wyglądało to tak, jakby głaz obudził się do życia. Usiadł z głośnym prychnięciem i potarł oczy łapskami wielkimi jak szynki, by przegnać z nich senność... ale nagle ujrzał Żelaznego Emmetta, dzierżącego w ręce błyszczący miecz. Zerwał się z rykiem na nogi, złapał w jedną z wielkich łap młot i uniósł go.

Duch wyszczerzył zęby w odpowiedzi. Jon złapał wilka za sierść na karku.

– Nie chcemy walki. – Wiedział, że jego ludzie są w stanie powalić olbrzyma, ale nie bez strat. Gdy popłynie krew, do starcia włączą się dzicy. Większość z nich zginie, albo i wszyscy, i kilku jego braci również. – To święte miejsce. Poddajcie się, a...

Olbrzym ryknął po raz drugi, tak głośno, że aż liście zakołysały się na drzewach, i walnął młotem w ziemię. Rękojeść z sękatej dębiny miała sześć stóp długości, a kamienna głowica dorównywała wielkością bochnowi chleba. Ziemia się zatrzęsła.

Niektórzy z dzikich sięgali po broń.

Jon Snow chciał już wyciągnąć Długi Pazur, ale nagle odezwał się Skóra, stojący na drugim końcu polany. Jego głos brzmiał ochryple i gardłowo, ale Jon usłyszał w nim melodię i rozpoznał stary język. Dziki przemawiał dość długo. Kiedy skończył, olbrzym mu odpowiedział. Jego głos brzmiał jak warczenie przerywane stęknięciami. Jon nie zrozumiał ani słowa, ale Skóra wskazał na drzewa i powiedział coś jeszcze. Olbrzym również wskazał na drzewa, zazgrzytał zębami i upuścił młot.

– Gotowe – oznajmił dziki. – Nie chcą walki.

– Dobra robota. Co mu powiedziałeś?

– Że to również nasi bogowie i przyszliśmy się pomodlić.

– Zrobimy to. Odłóżcie wszyscy stal. Dziś nie będzie tu przelewu krwi.

Tom Barleycorn powiedział, że dzikich jest dziewięciu. Miał rację, ale dwóch z nich nie żyło, a trzeci był tak słaby, że mógł umrzeć rano. Pozostała szóstka składała się z matki z dzieckiem, dwóch starych mężczyzn, rannego Thenna w powgniatanej zbroi z brązu oraz Rogostopego. Jego bose stopy były tak paskudnie odmrożone, że Jon na pierwszy rzut oka uświadomił sobie, iż mężczyzna już nigdy nie będzie chodził.

Powiedzieli mu, że większość z nich się nie znała przed przybyciem do gaju. Kiedy Stannis rozbił zastęp Mance’a Raydera, uciekli przed rzezią do lasu, krążyli po nim przez pewien czas, a ich przyjaciele i krewni umierali z zimna albo głodu. W końcu trafili tutaj, zbyt słabi i znużeni, by iść dalej.

– Tu są bogowie – stwierdził jeden ze starych mężczyzn. – Równie dobrze możemy umrzeć tutaj.

– Mur jest tylko kilka godzin drogi na południe stąd – zauważył Jon. – Dlaczego nie poszukaliście tam schronienia? Inni się poddali. Nawet Mance.

Dzicy wymienili spojrzenia.

– Słyszeliśmy opowieści – odezwał się wreszcie jeden z nich. – Wrony spaliły wszystkich, którzy się poddali.

– Nawet samego Mance’a – dodała kobieta.

Melisandre – pomyślał Jon – ty i twój czerwony bóg macie na sumieniu bardzo wiele.

– Wszyscy, którzy zechcą, mogą pójść z nami. W Czarnym Zamku znajdziecie żywność i schronienie, a Mur ochroni was przed stworzeniami grasującymi po tym lesie.

Daję wam słowo, że nikt nie spłonie.

– Słowo wrony – odparła kobieta, tuląc dziecko. – Skąd wiemy, że będziesz mógł go dotrzymać? Kim jesteś?

– Lordem dowódcą Nocnej Straży i synem Eddarda Starka z Winterfell. – Jon spojrzał na Toma Barleycorna. – Każ Rory’emu i Pate’owi przyprowadzić konie. Nie zamierzam tu zostawać ani chwili dłużej, niż będzie to konieczne.

– Wedle rozkazu, panie.

Przed odjazdem zostało im do zrobienia tylko jedno. To, po co tu przyjechali. Żelazny Emmett wezwał swych podopiecznych. Wszyscy uklękli przed czardrzewem. Reszta czarnych braci przyglądała się im, zachowując pełen szacunku dystans. Zgasły już ostatnie promienie słońca i jedynym źródłem światła były gwiazdy oraz słaby czerwony blask dogasającego ogniska pośrodku gaju.

Sześciu mężczyzn w czarnych płaszczach z kapturami sprawiało wrażenie wyrzeźbionych z cienia. Ich głosy zabrzmiały razem, słabe na tle bezkresnej nocy.

– Nadchodzi noc i zaczyna się moja warta – mówili, jak tysiące innych przed nimi.

Głos Atłasa brzmiał słodko jak pieśń, Konia był ochrypły i urywany, a Arrona nerwowy i piskliwy. – Zakończy ją tylko śmierć.

Oby ich śmierć nadeszła jak najpóźniej. Jon Snow opadł w śniegu na jedno kolano.

Bogowie moich ojców, ochrońcie tych ludzi. I Aryę też, moją młodszą siostrę, gdziekolwiek może być. Błagam, pozwólcie, by Mance ją znalazł i przyprowadził bezpiecznie do mnie.

– Nie wezmę sobie żony, nie będę miał ziemi i nie spłodzę dzieci – zapewniali rekruci głosami pobrzmiewającymi echami lat i stuleci. – Nie założę korony i zapomnę o zaszczytach. Będę żył i umrę na posterunku.