Выбрать главу

Bogowie lasu, dajcie mi siłę, bym mógł uczynić to samo – modlił się bezgłośnie Jon Snow. Dajcie mi mądrość, bym wiedział, co trzeba uczynić, i odwagę, bym się przed tym nie cofnął.

– Jestem mieczem w ciemności – mówiło sześciu. Jon odnosił wrażenie, że ich głosy się zmieniają, stają silniejsze i pewniejsze. – Jestem strażnikiem na murach. Jestem ogniem, który odpędza zimno, światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących, tarczą, która osłania krainę człowieka.

Tarczą, która osłania krainę człowieka. Duch trącił go pyskiem w ramię i Jon go objął. Czuł zapach brudnych portek Konia, słodkie pachnidło, które Atłas wcierał sobie w brodę, ostry odór strachu i przytłaczającą piżmową woń olbrzyma. Słyszał bicie własnego serca. Gdy spojrzał na kobietę z dzieckiem, dwóch staruszków i Rogostopego o okaleczonych stopach, widział w nich tylko ludzi.

– Moje życie i honor należą teraz do Nocnej Straży na tę noc na wszystkie pozostałe.

Jon Snow wstał pierwszy.

– Powstańcie jako bracia Nocnej Straży – rzekł i podał rękę Koniowi, by pomóc mu się podnieść.

Wiatr był coraz silniejszy. Pora stąd odjechać.

Powrót trwał znacznie dłużej niż droga do gaju. Choć olbrzym miał długie i potężne nogi, posuwał się naprzód ociężale, a do tego zatrzymywał się co chwila, by strącać młotem śnieg z nisko wiszących konarów. Kobieta jechała konno z Rorym, jej synek z Tomem Barleycornem, a staruszkowie z Koniem i Atłasem. Thenn bał się wierzchowców i wolał się wlec na piechotę, mimo że był ranny. Rogostopy nie mógł usiedzieć w siodle i trzeba go było przerzucić przez koński grzbiet jak worek zboża, podobnie jak bladolicą staruszkę o cienkich jak patyki kończynach, której nie byli w stanie dobudzić.

Tak samo postąpili z dwoma trupami, ku zdziwieniu Żelaznego Emmetta.

– Tylko nas spowolnią, wasza lordowska mość – powiedział Jonowi. – Powinniśmy ich porąbać na kawałki i spalić.

– Nie – sprzeciwił się Jon. – Zabierzemy ich. Przydadzą mi się.

Nie mieli księżyca, który oświetlałby im drogę do domu. Tylko od czasu do czasu pojawiało się trochę gwiazd. Świat był czarny, biały i nieruchomy. Długa, powolna podróż zdawała się ciągnąć bez końca. Śnieg lepił się im do butów i spodni, wiatr grzechotał konarami sosen i sprawiał, że płaszcze ludzi z Nocnej Straży łopotały gwałtownie. Jon zauważył na górze czerwonego wędrowca, obserwującego ich zza bezlistnych gałęzi wielkich drzew. Wolni ludzie zwali go Złodziejem. Ygritte zawsze mówiła, że najlepiej ukraść kobietę wtedy, gdy Złodziej jest w gwiazdozbiorze Księżycowej Panny. Nigdy jednak nie wspomniała, kiedy najlepiej jest ukraść olbrzyma.

Albo dwa trupy.

Kiedy znowu ujrzeli Mur, był już prawie dzień.

Gdy się zbliżali, przywitał ich dźwięk rogu dobiegający z góry niczym krzyk jakiegoś ogromnego ptaka o głębokim gardle. Pojedynczy przeciągły ton znaczył „wracają zwiadowcy”. Wielki Liddle odpiął własny róg i zagrał w odpowiedzi. Pod bramą musieli zaczekać parę chwil, nim pojawił się Edd Cierpiętnik Tollett, by odsunąć zasuwy i otworzyć żelazną kratę. Na widok obdartej bandy dzikich Edd wydął wargi, przyglądając się z uwagą olbrzymowi.

– Możemy potrzebować trochę masła, by przepchnąć go przez tunel, panie. Mam wysłać kogoś do spiżami?

– Nie. Myślę, że się przeciśnie bez masła.

Przecisnął się... sunąc na czworakach. Wielki z niego chłopak. Co najmniej czternaście stóp wzrostu. Jeszcze większy od Maga Mocarnego. Mag zginął w tym właśnie tunelu, walcząc na śmierć i życie z Donalem Noye’em. To był dobry człowiek.

Nocna Straż straciła zbyt wielu dobrych ludzi. Jon odprowadził Skórę na bok.

– Zajmij się nim. Mówisz w jego języku. Dopilnuj, by go nakarmiono, i znajdź mu jakieś ciepłe miejsce przy ogniu. Zostań z nim i postaraj się, żeby nikt go nie prowokował.

– Tak jest. – Skóra zawahał się. – Panie.

Żywych dzikich Jon odesłał, by opatrzono im rany i odmrożenia. Miał nadzieję, że ciepłe jedzenie i ubranie pozwoli większości z nich odzyskać siły, choć wyglądało na to, że Rogostopy straci obie nogi. Trupy kazał zamknąć w lodowych celach.

Wieszając płaszcz na kołku przy drzwiach, Jon zauważył, że Clydas zaglądał tu pod jego nieobecność. Na stole w samotni leżał list. Ze Wschodniej Strażnicy albo z Wieży Cieni – pomyślał na pierwszy rzut oka. Lak jednak był złoty, nie czarny, a na pieczęci widniała głowa jelenia w płonącym sercu. Stannis. Jon złamał stwardniałą pieczęć, rozprostował zwinięty papier i zaczął czytać. Pismo maestera, ale słowa króla.

Stannis zdobył Deepwood Motte i przyłączyły się do niego wszystkie górskie klany. Flintowie, Norreyowie, Wullowie i Liddle’owie.

Otrzymaliśmy też niespodziewaną, lecz bardzo miło widzianą pomoc z innego źródła. Córka Wyspy Niedźwiedziej, Alysane Mormont, zwana przez własnych ludzi Niedźwiedzicą, ukryła wojowników na rybackich slupach i zaskoczyła drakkary żelaznych ludzi stojące przy brzegu. Okręty Greyjoyów zdobyto albo spalono, a ich załogi zginęły bądź się poddały. Kapitanów, rycerzy, sławnych wojowników i innych szlachetnie urodzonych zwolnimy za okupem albo zrobimy z nich inny użytek, resztę zaś zamierzam powiesić...

Nocna Straż przysięgała nie opowiadać się po niczyjej stronie, lecz mimo to Jon Snow nie potrafił powstrzymać satysfakcji. Czytał dalej.

... wieści o naszym zwycięstwie się rozchodzą i napływają do nas wciąż nowi ludzie z północy. Rybacy, wolni jeźdźcy, ludzie ze wzgórz, zagrodnicy z głębi wilczego lasu, wieśniacy z kamiennego brzegu, którzy opuścili swe chaty, uciekając przed żelaznymi ludźmi, niedobitki z bitwy pod bramami Winterfell, ludzie ongiś zaprzysiężeni Hornwoodom, Cerwynom i Tallhartom. Mam w tej chwili pięć tysięcy ludzi, a ich liczebność rośnie z każdym dniem. Nadeszły też wieści, że Roose Bolton zmierza do Winterfell ze wszystkimi swymi siłami, by zaślubić swego bękarta z twoją przyrodnią siostrą. Nie możemy pozwolić, by odbudował zamek, maszerujemy więc przeciwko niemu. Arnolf Karstark i Mors Umber przyłączą się do nas. Uratuję twoją siostrę, jeśli zdołam, i znajdę dla niej lepszą partię niż Ramsay Snow. Ty i twoi bracia musicie bronić Muru do chwili mojego powrotu.

Inny charakterem pisma dodano:

Spisane w Świetle Pana, pod znakiem i pieczęcią Stannisa z rodu Baratheonów, Pierwszego Tego Imienia, króla Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, władcy Siedmiu Królestw i protektora królestwa.

Gdy tylko Jon odłożył list, karta znowu się zwinęła, jakby chciała bronić swych tajemnic. Nie był bynajmniej pewien, co sądzi o tym, co przed chwilą przeczytał. Pod Winterfell już nieraz toczono bitwy, ale nigdy jeszcze się nie zdarzyło, by po żadnej z walczących stron nie było ani jednego Starka.

– To tylko pusta skorupa – powiedział sobie. – Nie Winterfell, lecz jego duch.

Sama ta myśl sprawiała mu ból, nie wspominając już o wypowiedzeniu jej na głos.

Niemniej...

Zastanawiał się, ilu ludzi przyprowadzi stary Wronojad i ile mieczy zdoła wyczarować Arnolf Karstark. Połowa Umberów będzie po drugiej stronie pola bitwy, z Kurwistrachem, walcząc pod obdartym ze skóry człowiekiem Dreadfort. Większość sił obu rodów odeszła na południe z Robbem, by nigdy nie wrócić. Winterfell, nawet leżące w gruzach, zapewni znaczną przewagę temu, kto będzie miał je w ręku. Robert Baratheon zrozumiałby to natychmiast i ruszył szybko na zamek, by go zdobyć. Zasłynął z forsownych marszów bez postojów na noc. Czyjego brat okaże się równie śmiały?