Выбрать главу

Mało prawdopodobne. Stannis był ostrożnym dowódcą, a jego zastęp stanowił niedobraną mieszaninę ludzi z klanów, południowych rycerzy, ludzi króla i ludzi królowej, przyprawiony kilkoma północnymi lordami. Powinien ruszyć na Winterfell szybko albo wcale – pomyślał Jon. Nie miał prawa doradzać królowi, ale...

Raz jeszcze zerknął na list. „Uratuję twoją siostrę, jeśli zdołam”. To był zaskakujący u Stannisa przejaw uczuciowości, choć osłabiało go brutalne „jeśli zdołam” oraz dodatek mówiący „i znajdę dla niej lepszą partię niż Ramsay Snow”. A co, jeśli Aryi tam nie będzie? Jeśli płomienie lady Melisandre mówiły prawdę? Czy jego siostra naprawdę potrafiłaby uciec takim ludziom? Jak mogłaby tego dokonać? Arya zawsze była szybka i bystra, ale wostatecznym rozrachunku jest tylko małą dziewczynką, a Roose Bolton nie należy do ludzi, którzy obchodziliby się nieostrożnie z tak cennym łupem.

Co jednak, jeśli Bolton wcale nie miał jego siostry? Ten ślub mógł być jedynie fortelem, mającym zwabić Stannisa w pułapkę. O ile Jon wiedział, Eddard Stark nigdy nie miał powodów, by się uskarżać na lorda Dreadfort, ale też nigdy nie ufał temu przemawiającemu szeptem człowiekowi o straszliwie jasnych oczach.

Szara dziewczyna na ledwie żywym koniu. Uciekała przed ślubem, do którego ją zmusili. Opierając się na tych słowach, pozwolił odjechać na południe Mance’owi Rayderowi i sześciu włóczniczkom.

– Mają być młode i ładne – zażądał Mance. Niespalony król wymienił kilka imion, a resztę załatwił Edd Cierpiętnik, który przemycił je z Mole’s Town. Teraz wydawało się to Jonowi szaleństwem. Lepiej by zrobił, zabijając Mance’a w chwili, gdy się ujawnił. Jon darzył byłego króla za Murem pewną dozą udzielanego z niechęcią podziwu, niemniej był on wiarołomcą i sprzedawczykiem. Melisandre ufał jeszcze mniej. A mimo to pokładał nadzieję w tych dwojgu. Wszystko po to, by uratować siostrę. Ale ludzie z Nocnej Straży nie mają sióstr.

Gdy Jon był małym chłopcem, w Winterfell, jego bohaterem zawsze był Młody Smok, młodociany król, który podbił Dorne, mając czternaście lat. Pomimo nieprawego pochodzenia, a może właśnie z jego powodu, Jon Snow zawsze marzył o tym, że poprowadzi ludzi ku chwale, jak król Daeron. Że kiedy dorośnie, będzie zwyciężał w bitwach. A teraz był już dorosłym mężczyzną i Mur należał do niego, ale nie miał nic poza wątpliwościami. Nawet ich nie potrafił zwyciężyć.

DAENERYS

Smród bijący od strony obozu był tak przerażający, że Dany z najwyższym wysiłkiem powstrzymywała wymioty.

– Wasza Miłość nie powinna wdychać tych morowych wyziewów – stwierdził ser Barristan, marszcząc nos.

– Jestem krwią smoka – przypomniała mu Dany. – Widziałeś kiedyś, żeby smok chorował na dyzenterię?

Viserys często zapewniał, że Targaryenom nie grożą zarazy dręczące pospolitych ludzi. Do tej pory okazywało się to prawdą. Pamiętała chwile, gdy marzła, głodowała i bała się, ale nigdy nie chorowała.

– Mimo to poczułbym się lepiej, gdyby Wasza Miłość wróciła do miasta – odparł stary rycerz. Wzniesione z różnobarwnych cegieł mury Meereen zostały pół mili za nimi.

– Krwawa dyzenteria była przekleństwem wszystkich armii od czasów Ery Świtu. Pozwól nam rozdać żywność, Wasza Miłość.

– Jutro. Teraz jestem tutaj. Chcę to zobaczyć. – Spięła swą srebrzystą ostrogami.

Reszta ruszyła kłusem za nią. Jhogo jechał przodem, a Aggo i Rakharo podążali tuż za Dany. W rękach trzymali długie dothrackie bicze, którymi odpędzali chorych i umierających. Ser Barristan jechał po jej prawej stronie, na jabłkowitym rumaku. Po lewej byli Symon Pręgowany Grzbiet z Wolnych Braci oraz Marselen z Ludzi Matki. Tuż za kapitanami podążało sześćdziesięciu żołnierzy osłaniających wozy z żywnością.

Wszyscy jechali konno – Dothrakowie, Mosiężne Bestie i wyzwoleńcy. Łączyło ich jedynie obrzydzenie do tego obowiązku.

Astaporczycy wlekli się za nimi w makabrycznej procesji, która z każdym pokonanym przez Dany jardem stawała się coraz dłuższa. Niektórzy mówili w niezrozumiałych dla niej językach. Inni nie byli już w stanie wydobyć z siebie słów. Wielu wznosiło ręce do królowej albo klękało, gdy obok przejeżdżała jej srebrzysta.

– Matko – wołali do niej w dialektach Astaporu, Lys i starego Volantis, w gardłowym języku Dothraków i w śpiewnych sylabach qartheńskiego, a nawet w języku powszechnym Westeros. – Matko, proszę... Matko, pomóż mojej siostrze, jest chora...

Daj mi coś do jedzenia dla dzieci... Proszę, mój stary ojciec ... Pomóż mu... Pomóż jej...

Pomóż mi...

Nie mogę wam pomóc – myślała zrozpaczona Dany. Astaporczycy nie mieli dokąd pójść. Tysiące obozowały pod grubymi murami Meereen; mężczyźni, kobiety i dzieci, starcy, małe dziewczynki i noworodki. Wielu chorowało, większość cierpiała głód, a wszystkich czekała nieunikniona śmierć. Daenerys nie odważy się otworzyć bram, by ich wpuścić. Próbowała coś dla nich zrobić. Wysyłała im uzdrowicieli, Niebieskie Gracje, śpiewaków zaklęć i cyrulików, ale niektórzy z nich również zachorowali, a żadna z ich sztuk nie powstrzymywała galopujących postępów dyzenterii, która przybyła na białej klaczy. Oddzielenie chorych od zdrowych okazało się niemożliwe. Jej Twarde Tarcze próbowały to robić, odciągając mężów od żon i dzieci od matek, ale Astaporczycy płakali, wierzgali i obrzucali ich kamieniami. Po kilku dniach chorzy nie żyli, a zdrowi byli chorzy. Próby separacji spełzły na niczym.

Nawet karmienie uchodźców stawało się coraz trudniejsze. Codziennie wysyłała im, co tylko mogła, ale ich liczba wciąż rosła, a zasoby żywności topniały. Coraz trudniej było też znaleźć woźniców chętnych ją dostarczać. Zbyt wielu ludzi wysyłanych do obozów również padało ofiarą choroby. Innych atakowano, kiedy wracali do miasta. Wczoraj przewrócono wóz i zabito dwóch jej żołnierzy, królowa postanowiła więc, że dziś sama dostarczy żywność. Wszyscy jej doradcy – od Reznaka poprzez Golony Łeb aż po ser Barristana – sprzeciwiali się temu gwałtownie, ale Daenerys nie dała się przekonać.

– Nie odwrócę się od nich – powtarzała uparcie. – Królowa musi znać cierpienia swych poddanych.

Cierpienie było jedynym, czego im nie brakowało.

– Prawie już nie mają koni ani mułów, choć wielu przyjechało tu na nich z Astaporu – poinformował ją Marselen. – Zjedli wszystkie, Wasza Miłość, podobnie jak każdego szczura albo psa, którego zdołali złapać. Niektórzy zaczęli jeść własnych umarłych.

– Człowiek nie może jeść ludzkiego mięsa – stwierdził Aggo.

– Wszyscy to wiedzą – zgodził się Rakharo. – Będą przeklęci.

– Klątwy już im nie zaszkodzą – zauważył Symon Pręgowaty Grzbiet.

Wlokły się za nimi małe dzieci z wydętymi brzuchami, zbyt słabe albo przerażone, by żebrać. Wychudzeni mężczyźni o zapadniętych oczach kucali wśród piasku i kamieni, a życie wypływało z ich odbytów śmierdzącymi, brązowoczerwonymi strumieniami. Wielu teraz wypróżniało się tam, gdzie spało. Byli zbyt słabi, by doczołgać się do rowów, które kazała im wykopać Dany. Dwie kobiety biły się o zwęgloną kość. Obok nich stał dziesięcioletni chłopiec, który jadł szczura, trzymając go w jednej ręce. W drugiej dzierżył zaostrzony kij, na wypadek gdyby ktoś spróbował odebrać mu łup. Dany zauważyła mężczyznę, który leżał na ziemi, przykryty czarnym płaszczem. Kiedy przejeżdżała obok, płaszcz rozpadł się na tysiące much. Chude jak szkielety kobiety siedziały na ziemi, ściskając umierające niemowlęta. Śledziły ją spojrzeniami.