Выбрать главу

Theon Greyjoy znał ten boży gaj. W dzieciństwie puszczał tu kaczki na zimnym czarnym stawie pod czardrzewem, ukrywał swe skarby w dziupli starego dębu i polował na wiewiórki z łukiem własnej roboty. Gdy był już większy, moczył w gorących źródłach siniaki, których się nabawił, ćwicząc na dziedzińcu z Robbem, Jorym i Jonem Snow. Wśród kasztanowców, wiązów i żołnierskich sosen znajdował miejsca, w których mógł się ukryć, gdy chciał być sam. Tam właśnie po raz pierwszy pocałował dziewczynę. Później inna dziewczyna zrobiła z niego mężczyznę na podartej kołdrze w cieniu wysokiego szarozielonego drzewa strażniczego.

Nigdy jednak nie widział bożego gaju takiego, jaki był teraz, szarego i upiornego, wypełnionego ciepłą mgłą, unoszącymi się w powietrzu światłami oraz szeptami dobiegającymi zewsząd i znikąd. Z gorących źródeł buchała para. Ciepłe opary wydobywające się z ziemi spowijały pnie drzew swym wilgotnym tchnieniem i wspinały się po murach, zaciągając szare zasłony na wychodzących na boży gaj oknach.

Było tu coś w rodzaju ścieżki, kręta wąska dróżka wyłożona spękanymi omszałymi kamieniami, ledwie widoczna pod naniesioną przez wiatr ziemią i spadłymi z drzew liśćmi.

Grube brązowe korzenie wyłażące spod nich czyniły ją zdradziecką. Poprowadził tą ścieżką pannę młodą. Jeyne. Nazywa się Jeyne Poole i musi czuć ból. Nie wolno mu tak myśleć. Gdyby to imię wyrwało mu się z ust, mogłoby to go kosztować palec albo ucho. Szedł powoli, uważając na każdy krok. Brakowało mu kilku palców u nóg i potykał się przez to, kiedy się śpieszył. Nie mógł sobie na to pozwolić. Gdyby zakłócił w ten sposób wesele lorda Ramsaya, lord Ramsay mógłby go ukarać za niezgrabność, obdzierając winną jej stopę ze skóry.

Mgła była tak gęsta, że widział tylko najbliższe drzewa. Za nimi majaczyły wysokie cienie i słabe światła. Przy krętej ścieżce i między drzewami paliły się świece przypominające blade świetliki unoszące się w gęstej szarej zupie. Wszystko wyglądało tu jak w jakimś niezwykłym podziemnym królestwie, ponadczasowym miejscu między światami, gdzie potępieńcy wędrowali smętnie przez pewien czas, nim w końcu znaleźli drogę na dół, do tego z piekieł, na które zasłużyli swymi grzechami. Czy wszyscy umarliśmy? Czy Stannis przybył i zabił nas we śnie? Czy bitwa dopiero nadejdzie, czy już ją stoczono i przegrano?

Tu i ówdzie jasno płonęły pochodnie. Ich czerwonawy blask padał na twarze weselnych gości. W rozproszonym przez mgłę świetle ich oblicza wydawały się zwierzęce, nie do końca ludzkie, wypaczone. Lord Stout stał się mastifem, stary lord Locke sępem, Kurwistrach Umber chimerą, Duży Walder Frey lisem, a Mały Walder czerwonym bykiem. Brakowało mu tylko kółka w nosie. Twarz Roose’a Boltona była jasnoszarą maską z dwoma kawałkami brudnego lodu zamiast oczu. Na drzewach siedziało mnóstwo kruków. Przycupnięte na nagich brązowych konarach ptaszyska stroszyły pióra, spoglądając na widowisko na dole. Ptaki maestera Luwina.

Luwin nie żył, a wieżę maestera spalono, ale kruki nie odleciały. To jest ich dom. Theon zadał sobie pytanie, jak by to było mieć dom.

Wtem mgły się rozstąpiły, jak kurtyna na komedianckim przedstawieniu, gdy nadejdzie pora, by pokazać nową scenę. Ujrzeli przed sobą drzewo serce szeroko rozpościerające białe jak kość konary. Pod grubym białym pniem leżały sterty czerwonych i brązowych liści. Na czardrzewie siedziało najwięcej kruków, mamroczących do siebie w sekretnym języku swego stada. Na dole stał Ramsay Bolton. Miał na sobie buty z cholewami, wykonane z miękkiej szarej skóry, oraz wams z czarnego aksamitu przepasany szarfą z różowego jedwabiu i błyszczący od małych granacików. Na jego twarzy tańczył uśmiech.

— Kto idzie? — Usta miał wilgotne, a szyję nad kołnierzem czerwoną. — Kto przychodzi przed oblicze boga?

— Arya z rodu Starków przybywa, by wziąć ślub — odpowiedział Theon. — Kobieta, która już dorosła i zakwitła, szlachetnie urodzona i z prawego łoża, błaga o błogosławieństwo bogów. Kto po nią przyszedł?

— Ja — odpowiedział Ramsay. — Ramsay z rodu Boltonów, lord Hornwood i dziedzic Dreadfort.

Ja po nią przychodzę. Kto ją przyprowadził?

— Theon z rodu Greyjoyów, który był podopiecznym jej ojca. — Zwrócił się ku pannie młodej. -

Lady Aryo, czy przyjmiesz tego mężczyznę?

Uniosła spojrzenie. Ma brązowe oczy, nie szare. Czy wszyscy tu są ślepi? Nie odzywała się przez długą chwilę, ale jej oczy błagały. To twoja szansa. Powiedz im. Powiedz im to teraz.

Wykrzycz przy wszystkich swoje imię, powiedz im, że nie jesteś Aryą Stark, niech cala północ usłyszy, że zmuszono cię do odegrania tej roli. Rzecz jasna, skończyłoby się to dla niej śmiercią i dla niego również, ale rozgniewany Ramsay mógłby ich zabić szybko. Niewykluczone, że starzy bogowie północy przyznaliby im tę drobną łaskę.

— Przyjmuję tego mężczyznę — wyszeptała dziewczyna.

W otaczającej ich mgle migotało sto świec, bladych jak spowite całunem gwiazdy. Theon odsunął się na bok. Ramsay i panna młoda wzięli się za ręce i uklękli przed drzewem sercem, pochylając głowy na znak poddania. Czerwone oczy wyrzeźbione w czardrzewie spoglądały na nich z góry, a wielkie usta tego samego koloru otwierały się, jakby zaraz miały się zaśmiać.

Quork — odezwał się jeden z siedzących na gałęziach kruków.

Po chwili bezgłośnej modlitwy mężczyzna i kobieta wstali. Ramsay rozpiął płaszcz nałożony przed chwilą pannie młodej przez Theona, gruby ubiór z białej wełny obszyty szarym futrem i ozdobiony wilkorem rodu Starków. Na jego miejsce nałożył jej różowy, upstrzony czerwonymi granatami, podobnymi do tych, które miał na wamsie. Na plecach umieszczono herb Dreadfort ze sztywnej czerwonej skóry, złowrogi i obrzydliwy.

W jednej chwili było po wszystkim. Na północy śluby trwały krócej. Theon pomyślał, że to dzięki brakowi kapłanów. Tak czy inaczej, to była dla niego łaska. Ramsay Bolton uniósł żonę w ramionach i ruszył przez mgłę. Lord Bolton i jego lady Walda podążyli za nim. Dalej szła cała reszta. Znowu zabrzmiała muzyka. Bard Abel zaczął śpiewać „Dwa serca, które biją jak jedno”.

Dwie z jego kobiet dołączyły swe głosy do jego głosu, tworząc słodką harmonię.

Theon zadał sobie pytanie, czy powinien odmówić modlitwę. Czy starzy bogowiemnie usłyszą, jeśli to zrobię? Nie byli jego bogami, nigdy nimi nie byli. Był żelaznym człowiekiem, synem Pyke, i oddawał cześć Utopionemu Bogu z wysp... ale Winterfel leżało bardzo wiele mil od morza. Minęło tyle lat, odkąd jakiś bóg go usłyszał. Nie wiedział, kim jest, kim był, czym się stał, dlaczego jeszcze żyje i po co w ogóle się urodził.

— Theon — rozległ się szept.

— Kto to powiedział? — zapytał, unosząc nagle głowę. Widział tylko drzewa i spowijającą je mgłę. Głos był słaby niczym szelest liści i zimny jak nienawiść. Głos boga albo ducha. Ilu ludzi zginęło dnia, gdy zdobył Winterfel ? A ilu więcej dnia, gdy je stracił? Dnia, w którym Theon Greyjoy zginął, by narodzić się na nowo jako Fetor. Nazywam się Fetor, muszę wrzeszczeć przeto.

Nagle poczuł, że nie chce tu być.

Gdy tylko opuścił boży gaj, zimno zacisnęło na nim kły niczym zgłodniały wilk. Pochylił głowę pod wiatr, zmierzając pośpiesznie do Wielkiej Komnaty w ślad za długim szeregiem świec i pochodni. Lód chrzęścił mu pod butami. Nagły powiew zerwał mu kaptur, jakby duch wyciągnął ku niemu lodowate palce, pragnąc ujrzeć jego twarz.