Выбрать главу

Modlę się, by nigdy nie stała się moja.

Tyrion kopnął Śliczną w zad, by skłonić ją do szarży. Marynarze pokrzykiwali i pohukiwali radośnie. Nie był pewien, czy próbują go zachęcać, czy z niego drwią, żywił jednak pewne podejrzenia. Dlaczego dałem się namówić na tę farsę?

Znał jednak odpowiedź. Statek już od dwunastu dni kołysał się bezwładnie na falach, unieruchomiony przez ciszę w Zatoce Żałoby. Nastrój załogi był paskudny, a wkrótce mógł się jeszcze pogorszyć, gdyż kończyły się zapasy rumu. Człowiek może poświęcić na naprawę żagli, zatykanie dziur w kadłubie i łowienie ryb tylko ograniczoną liczbę godzin każdego dnia. Jorah Mormont słyszał, jak ludzie mamrotali pod nosami, że karle szczęście ich zawiodło. Choć kucharz nadal od czasu do czasu próbował pogłaskać Tyriona po głowie, pozostali marynarze obrzucali go jadowitymi spojrzeniami, gdy tylko ich drogi się krzyżowały. Grosik była w jeszcze gorszym położeniu, ponieważ kucharz doszedł do wniosku, że uszczypnięcie piersi karlicy może przywrócić im szczęście. Zaczął też nazywać Śliczną Świnię „Boczkiem”. Ten żart brzmiał znacznie zabawniej w ustach Tyriona.

— Musimy ich rozśmieszyć — błagała go Grosik. — Wtedy nas polubią. Jeśli urządzimy dla nich przedstawienie, to im pomoże zapomnieć. Proszę, panie.

W jakiejś chwili, z jakiegoś powodu, zgodził się na to. To na pewno przez rum. Kapitańskie zapasy wina skończyły się najpierw, ale Tyrion Lannister przekonał się, że rumem można się upić szybciej.

Tak oto wdział malowaną drewnianą zbroję odziedziczoną po Miedziaku, dosiadł należącej ongiś do niego świni, a siostra nieżyjącego karła nauczyła go niektórych elementów komedianckiego pojedynku, dzięki któremu rodzeństwo zarabiało na chleb i sól. Kryła się w tym swego rodzaju rozkoszna ironia, biorąc pod uwagę fakt, że Tyrion omal nie stracił głowy, nie chcąc dosiąść psa dla rozrywki swego wypaczonego siostrzeńca. Niemniej trudno mu było docenić humor owej sytuacji, gdy siedział na grzbiecie świni.

Grosik pochyliła kopię akurat na czas, by jej tępy koniec musnął jego ramię. Jego kopia zakołysała się, gdy ją opuścił, i odbiła się z głośnym stukiem od rogu jej tarczy. Grosik utrzymała się w siodle. On spadł. Ale przecież tak właśnie miało się stać.

Łatwo jak spaść ze świni... tyle że upadek ze Ślicznej był trudniejszy, niżby się zdawało.

Tyrion zwinął się ciasno, pamiętając, czego uczyła go Grosik, ale i tak zwalił się na pokład z głośnym łoskotem i ugryzł się w język tak mocno, że poczuł smak krwi. Czuł się, jakby znowu miał dwanaście lat i kręcił fikołki na kolacyjnym stole w wielkiej komnacie Casterly Rock. Wtedy jednak jego poczynania podziwiał stryjek Gerion, a nie gburowaci marynarze. Ich śmiechy wydawały się słabe i wymuszone w porównaniu z donośnym rykiem wesołości, jakim witano wygłupy Grosik i Miedziaka na uczcie weselnej Joffreya. Niektórzy wręcz syczeli nań gniewnie.

— Beznosy, jesteś brzydki i jeździsz też paskudnie — zawołał jakiś mężczyzna stojący na kasztelu rufowym. — Chyba nie masz jaj, skoro dałeś się pokonać dziewczynie!

Postawił na mnie pieniądze — zdecydował Tyrion i pozwolił, by obelgi po nim spłynęły. W swoim czasie słyszał gorsze.

Trudno mu było się podnieść w drewnianej zbroi. Miotał się jak przewrócony na grzbiet żółw. To przynajmniej ubawiło niektórych marynarzy. Szkoda, że nie złamałem nogi. Wtedy wyliby ze śmiechu. A gdyby byli w tym wychodku, kiedy postrzeliłem ojca w brzuch, mogliby rechotać tak potężnie, że zesraliby się razem z nim. Trudno, trzeba zrobić wszystko,by te cholerne skurwysyny nas polubiły.

Jorah Mormont w końcu ulitował się nad Tyrionem i pomógł mu się podnieść.

— Wyglądałeś jak głupiec.

O to chodziło.

— Trudno wyglądać jak bohater, kiedy się jedzie na świni.

— Pewnie właśnie dlatego unikam świń.

Tyrion zdjął hełm i splunął na pokład różową od krwi flegmą.

— Czuję się, jakbym prawie odgryzł sobie język.

— Następnym razem ugryź mocniej. — Ser Jorah wzruszył ramionami. — Prawdę mówiąc, widywałem w szrankach gorszych jeźdźców.

Czy to miała być pochwała?

— Zleciałem z cholernej świni i ugryzłem się w język. Co mogłoby być gorsze?

— Gdybyś oberwał drzazgą w oko i zginął.

Grosik zeskoczyła z psa, wielkiej szarej besti zwanej Zgryzem.

— Nie chodzi o to, żeby walczyć dobrze, Hugorze. — Zawsze pamiętała, by nazywać go tym imieniem, gdy ktoś mógł ich usłyszeć. — Chodzi o to, żeby się śmiali i rzucali monety.

Kiepska zapłata za krew i siniaki — pomyślał Tyrion, ale zachował tę opinię dla siebie.

— To również nie wyszło. Nikt nam nic nie rzucił.

Ani grosika, ani miedziaka.

— Będą rzucać, kiedy zrobimy się lepsi. — Grosik zdjęła hełm. Myszowate włosy opadły jej na oczy. Oczy miała orzechowe, czoło guzowate, a policzki gładkie i zaczerwienione. Wyjęła ze skórzanego worka trochę żołędzi dla Ślicznej Świni. Maciora zjadła je z ręki, kwicząc radośnie. -

Kiedy wystąpimy przed królową Daenerys, posypie się na nas deszcz srebra. Zobaczysz.

Niektórzy z marynarzy krzyczeli i tupali o pokład, domagając się powtórki. Jak zwykle, najgłośniej darł się kucharz. Tyrion serdecznie go nie znosił, mimo że on jeden na statku w miarę nieźle grał w cyvasse.

— Widzisz, podobaliśmy im się — rzekła z pełnym nadziei uśmieszkiem. — Pojedziemy jeszcze raz, Hugorze?

Chciał odmówić, ale krzyk jednego z oficerów oszczędził mu tej konieczności. Był już późny poranek i kapitan chciał, by raz jeszcze spuszczono szalupy. Wielki pasiasty żagiel kogi już od wielu dni zwisał bezwładnie na maszcie, ale kapitan miał nadzieję, że gdzieś na północy znajdą wiatr. To znaczyło, że trzeba wiosłować. Szalupy były jednak małe, a koga wielka. Holowanie jej było męczącą pracą. Ludzie pocili się w upale, na dłoniach robiły się im pęcherze, plecy ich bolały i nic z tego nie wynikało. Marynarze nienawidzili tej roboty i Tyrion nie miał do nich o to pretensji.

— Wdowa powinna była wsadzić nas na galerę — mruknął z niezadowoleniem. — Dobrze by było, gdyby ktoś pomógł mi uwolnić się od tego cholernego drewna. Czuję się, jakbym oberwał drzazgą w pachwinę.

Mormont zabrał się do tego zadania, z wyraźną jednak niechęcią. Grosik sprowadziła świnię i psa pod pokład.

— Powinieneś ostrzec swoją panią, by ryglowała drzwi od środka, kiedy siedzi w kajucie — rzekł ser Jorah, rozpinając sprzączki pasów łączących drewniany napierśnik z naplecznikiem. — Za często ostatnio słyszę o żeberkach, szynkach i boczku.

— Ta świnia to połowa jej środków utrzymania.

— Ghiscarscy marynarze zjedliby też psa. — Mormont wreszcie oddzielił napierśnik od naplecznika. — Ostrzeż ją.

— Jak sobie życzysz.

Bluza przesiąknęła potem i lepiła mu się do piersi. Tyrion złapał za nią, marząc o odrobinie wiatru. Drewniana zbroja była ciężka, niewygodna i szybko się nagrzewała. Pomalowano ją chyba ze sto razy i warstwy starej farby stanowiły połowę jej grubości. Przypomniał sobie, że na weselu Joffreya jeden jeździec wystąpił z wilkorem Robba Starka, drugi zaś nosił godło i barwy Stannisa Baratheona.

— Będziemy potrzebowali obu zwierząt, jeśli mamy wystąpić przed królową Daenerys — stwierdził. Gdyby marynarzom przyszło do łba, żeby zarżnąć Śliczną Świnię, ani on, ani Grosik nie zdołaliby ich powstrzymać... ale miecz ser Joraha mógłby ich przynajmniej skłonić do zastanowienia.