Co mogłabym za nie kupić? Śnieg? — Roześmiała się. — Mógłbyś mi zapłacić uśmiechem. Nigdy nie widziałam, byś się uśmiechał, nawet na weselu siostry.
— Lady Arya nie jest moją siostrą. — Nie tańczę ani się nie uśmiecham — mógłby jej powiedzieć.
Lord Ramsay nie znosił, kiedy to robiłem, więc potraktował moje zęby młotkiem. Ledwie mogę jeść. — Nigdy nią nie była.
— Ale to ładna dziewczyna.
Nigdy nie byłam piękna jak Sansa, ale wszyscy mówili, że jestem ładna. Słowa Jeyne niosły się echem w jego głowie w rytm bębnów, w które tłukły dwie inne dziewczyny Abla. Trzecia wciągnęła Małego Waldera Freya na stół, by nauczyć go tańczyć. Wszyscy się śmiali.
— Zostaw mnie — powtórzył.
— Nie podobam ci się, panie? Mogę ci podesłać Mirt. Albo Ostrokrzew, może ona bardziej przypadnie ci do gustu. Wszyscy mężczyźni ją lubią. To nie są moje siostry, ale i tak są słodkie. -
Pochyliła się ku niemu. Jej oddech pachniał winem. — Jeśli nie masz dla mnie uśmiechu, powiedz mi, jak zdobyłeś Winterfel . Abel ułoży o tym pieśń i będziesz żył wiecznie.
— Jako zdrajca. Jako Theon Sprzedawczyk.
— Czemu nie Theon Sprytny? To był śmiały czyn, sądząc z tego, co słyszeliśmy. Ilu miałeś ludzi? Stu? Pięćdziesięciu?
Mniej.
— To było szaleństwo.
— Chwalebne szaleństwo. Stannis ponoć ma pięć tysięcy, ale Abel mówi, że nawet dziesięć razy więcej ludzi nie zdołałoby skruszyć tych murów. Jak się dostałeś do środka, panie? Znasz jakieś tajne wejście?
Miałem liny — pomyślał Theon. Miałem haki. Sprzyjała mi też ciemność oraz zaskoczenie.
Zamek miał bardzo nieliczną załogę i nikt się mnie nie spodziewał. Nie powiedział jednak tego na głos. Gdyby Abel ułożył o nim pieśń, Ramsay zapewne przekłułby Theonowi bębenki, by się upewnić, że nigdy jej nie usłyszy.
— Możesz mi zaufać, panie. Abel mi ufa. — Praczka położyła rękę na ręce Theona. Jego dłonie kryły się w rękawicach z wełny i skóry, jej zaś były nagie. Miała długie szorstkie palce o obgryzionych do cna paznokciach. — Nawet nie zapytałeś, jak mam na imię. Jestem Jarzębina.
Wyszarpnął rękę. To był podstęp, z pewnością. Ramsay ją tu przysłał. To kolejna z jego drwin, tak samo jak Kyra i jej klucze. To tylko żart, nic więcej. Chce, żebym spróbował ucieczki, bo wtedy będzie mógł mnie ukarać.
Miał ochotę uderzyć kobietę, zetrzeć z jej twarzy ten drwiący uśmieszek. Pragnął też jednak ją pocałować, wyruchać tu, na ławie, i usłyszeć, jak krzyczy jego imię. Wiedział jednak, że nie śmie jej dotknąć, w gniewie ani w żądzy. Fetor. Nazywam się Fetor. Nie mogę zapominać, jak mam na imię. Podniósł się z wysiłkiem i ruszył bez słowa ku drzwiom, utykając na okaleczoną nogę.
Na dworze nadal padał śnieg, wilgotny, ciężki i cichy. Zasypywał już ślady pozostawione przez ludzi przychodzących do komnaty i opuszczających ją. Sięgał prawie do szczytów cholew jego butów. W wilczym lesie na pewno leży go więcej... podobnie jak na królewskim trakcie, gdzie wieje wiatr i nie ma przed nim osłony. Na dziedzińcu trwała bitwa. Ryswel owie zasypywali śnieżkami chłopaków z Barrowton. Widział też giermków lepiących bałwany na murach.
Uzbrajali je we włócznie i tarcze, a na głowy nakładali półhełmy. Na wewnętrznym murze stał już szereg śnieżnych strażników.
— Lord Zima przyłączył się do nas ze swym pospolitym ruszeniem — zażartował jeden z wartowników stojących pod Wielką Komnatą... ale nagle spojrzał w twarz Theona i uświadomił sobie, z kim rozmawia. Odwrócił głowę i splunął.
Za namiotami przywiązano wielkie rumaki należące do rycerzy z Białego Portu i Bliźniaków.
Wszystkie drżały z zimna. Ramsay spalił stajnie, kiedy zdobył Winterfel , a teraz jego ojciec musiał zbudować nowe, dwa razy większe od poprzednich, by pomieścić wierzchowce swych lordów chorążych i rycerzy. Resztę koni umieszczono na dziedzińcach. Krążyli wśród nich zakapturzeni stajenni, okrywający zwierzęta derkami dla ochrony przed zimnem.
Theon zapuścił się głębiej w zburzoną część zamku. Gdy mijał kamienne rumowisko, będące ongiś wieżyczką maestera Luwina, kruki spoglądały na niego ze szczeliny w murze, mamrocząc coś do siebie. Od czasu do czasu któryś rozdzierał się ochrypłym wrzaskiem. Theon zatrzymał się w drzwiach sypialni, która ongiś należała do niego — na podłodze leżał sięgający kostek śnieg, naniesiony wiatrem przez wybite okno — odwiedził ruiny kuźni Mikkena oraz sept lady Catelyn.
Pod Spaloną Wieżą minął Rickarda Ryswel a całującego szyję innej praczki Abla, tej o rumianych jak jabłka policzkach i płaskim nosie. Pomyślał, że pod płaszczem pewnie jest naga. Ujrzawszy go, powiedziała coś Ryswel owi, który roześmiał się na głos.
Theon oddalił się od nich. Za starą stajnią były rzadko używane schody i nogi zaprowadziły go w ich kierunku. Stopnie były strome i zdradzieckie. Wspinał się na nie ostrożnie, aż wreszcie znalazł się sam na szczycie wewnętrznego muru, daleko od giermków i ich bałwanów. Nikt nie dał mu wolności w obrębie zamku, ale też nikt mu jej nie odmówił. Jeśli pozostanie wewnątrz murów, może chodzić, dokąd chce.
Wewnętrzny mur Winterfel był wyższy i starszy od zewnętrznego. Jego starożytne szare blanki sięgały sto stóp nad ziemię, a w każdym rogu ulokowano kwadratową basztę.
Zewnętrzny mur, zbudowany wiele stuleci później, był dwadzieścia stóp niższy, ale za to grubszy. Był też w lepszym stanie i miał ośmiokątne baszty zamiast kwadratowych. Między dwoma murami znajdowała się fosa, szeroka, głęboka i zamarznięta. Na powierzchni lodu tworzyły się śnieżne zaspy. Śnieg gromadził się również na murach, wypełniając luki między blankami i nakrywając baszty białymi czapami.
Za murami, tak daleko, jak okiem sięgnąć, świat stawał się biały. Lasy, pola, królewski trakt — śnieg pokrywał to wszystko puchowym płaszczem, zasypując resztki zimowego miasta i ukrywając poczerniałe ściany, które ludzie Ramsaya pozostawili za sobą, gdy podpalili domostwa. Snow zadał te rany, a śnieg je ukryje. To jednak nie była prawda. Ramsay był teraz Boltonem, nie Snowem, w żadnym wypadku nie Snowem.
Dalej zaczynał się zryty koleinami królewski trakt, niknący pośród pól i falistych wzgórz.
Wszystko to przerodziło się w bezkresny biały przestwór, ale śnieg nie przestawał padać, sypiąc bezgłośnie z bezwietrznego nieba. Gdzieś tam zamarza Stannis Baratheon. Czy lord Stannis spróbuje zdobyć Winterfel szturmem? Jeśli tak, jego sprawa jest zgubiona. Zamek był zbyt potężny. Choć fosa zamarzła, umocnienia Winterfel nadal były imponujące. Theon zdobył zamek podstępem. Kazał swym najlepszym ludziom wspiąć się na mury i przepłynąć fosę od osłoną ciemności. Nim obrońcy zdążyli się zorientować, że ich zaatakowano, było już za późno.
Stannis nie miał szans na podobny fortel.
Mógłby spróbować odciąć zamek od świata i wziąć go głodem. Magazyny i spichrze Winterfel były puste. Za Boltonem i jego przyjaciółmi Freyami przybyły zza Przesmyku długie tabory, lady Dustin zabrała zapasy żywności i paszy z Barrowton, a lord Manderly przybył z Białego Portu świetnie zaopatrzony... ale zastęp był liczny. Mieli mnóstwo gąb do wykarmienia i zapasy nie wystarczą im na długo. Ale lord Stannis i jego ludzie również będą głodować. Będą im też dokuczały chłód i ból nóg. Trudno walczyć w takim stanie... ale śnieżyca sprawi, że rozpaczliwie zapragną wedrzeć się do zamku.