Śnieg sypał się również na boży gaj, topniejąc, gdy tylko spadł na ziemię. Pod obleczonymi w biel drzewami ziemia zmieniła się w błoto. Smużki mgły unosiły się nad ziemią niczym upiorne wstążki. Po co tu przyszedłem? To nie są moi bogowie. Drzewo serce stało przed nim, blady olbrzym o wyrzeźbionej twarzy i liściach przypominających zakrwawione dłonie.
Powierzchnię stawu u stóp drzewa pokrywała cieniutka warstewka lodu. Theon osunął się na kolana na brzegu.
— Proszę — wyszeptał przez połamane zęby. — Nie chciałem... — słowa uwięzły mu w gardle. -
Ocalcie mnie — zdołał wreszcie wykrztusić. — Dajcie mi...
Co? Siłę? Odwagę? Łaskę? Biały śnieg padał cicho na ziemię, głuchy na jego błagania. Theon nie słyszał nic poza cichym szlochem. Jeyne — pomyślał. To ona. Płacze w małżeńskim łożu. Któż inny mógłby to być? Bogowie nie płaczą. A może płaczą?
Dźwięk sprawiał mu tyle bólu, że nie był w stanie dłużej tego znosić. Theon Greyjoy złapał się za gałąź i podźwignął, a potem strzepnął śnieg z nóg i pokuśtykał z powrotem ku światłom.
W Winterfel są duchy — pomyślał. A ja jestem jednym z nich.
Gdy wrócił na dziedziniec, pojawiło się na nim więcej bałwanów. Śnieżnymi strażnikami stojącymi na murach dowodziło dwunastu śnieżnych lordów. Jedna z figur z pewnością miała reprezentować lorda Manderly’ego. To był najgrubszy bałwan, jakiego Theon widział w życiu.
Jednoręki lord niewątpliwie miał być Harwoodem Stoutem, a śnieżna dama lady Dustin. A najbliżej drzwi, z brodą zrobioną z sopli, stał stary Kurwi strach Umber.
W środku kucharze nakładali ludziom gulasz z wołowiny z kaszą jęczmienną, pełen marchewki i cebuli. Podawano go w wydrążonych bochnach wczorajszego chleba. Resztki rzucano na podłogę dla dziewczyn Ramsaya i innych psów.
Dziewczyny ucieszyły się na jego widok. Poznały go po smrodzie. Ruda Jeyne podbiegła bliżej i polizała go po dłoni, a Helicent wśliznęła się pod stół i ułożyła obok jego stóp, ogryzając kość. To były dobre psy. Łatwo było zapomnieć, że każdemu z nich nadano imię na pamiątkę dziewczyny upolowanej i zabitej przez Ramsaya.
Choć Theon czuł się bardzo zmęczony, miał jeszcze apetyt na odrobinę gulaszu popitego ale. Ludzie w komnacie robili coraz więcej hałasu. Dwaj zwiadowcy Roose’a Boltona dotarli do zamku przez Bramę Myśliwego i zameldowali, że lord Stannis posuwa się naprzód bardzo powoli. Wielkie rumaki jego rycerzy grzęzły w śniegu. Małe, pewnie stąpające koniki ludzi z górskich klanów radziły sobie lepiej, ale górale nie odważyli się zbytnio oddalać, by cały zastęp nie rozpadł się na dwie części. Lord Ramsay rozkazał Ablowi zaśpiewać pieśń marszową ku czci Stannisa przedzierającego się przez zaspy. Bard znowu złapał za lutnię, a jedna z jego praczek wyprosiła od Skwaszonego Alyna miecz i zaczęła nim wymachiwać, udając, że atakuje płatki śniegu.
Gdy Theon wpatrywał się w męty na dnie trzeciego kufla, do sali wpadła lady Barbrey Dustin. Kazała dwóm swym zaprzysiężonym ludziom przyprowadzić go do siebie, a gdy stanął pod podwyższeniem, obejrzała go od stóp do głów, pociągając nosem.
— To jest to samo ubranie, które nosiłeś na weselu.
— Tak, pani. To ubranie mi dano.
To była jedna z rzeczy, których się nauczył w Dreadfort: Brać, co ci dają, i nigdy nie prosić o więcej.
Lady Dustin jak zawsze była odziana w czerń, choć rękawy miała obszyte futrem popielic. Jej suknia miała sztywny wysoki kołnierz, sięgający policzków.
— Znasz ten zamek.
— Kiedyś go znałem.
— Gdzieś na dole są krypty. W mroku siedzą tam dawni królowie z rodu Starków. Moi ludzie nie zdołali odnaleźć drogi zejścia. Sprawdzili wszystkie podziemia i piwnice, a nawet lochy, ale...
— Do krypt nie można dojść z lochów, pani.
— Czy możesz wskazać mi drogę?
— Nie ma tam nic, oprócz...
— Martwych Starków? To prawda. A tak się składa, że wszyscy moi ulubieni Starkowie są martwi. Znasz drogę, czy nie?
— Znam.
Nie lubił krypt, nigdy ich nie lubił, ale potrafił do nich trafić.
— Wskaż mi drogę. Sierżancie, przynieś lampę.
— Lepiej włóż ciepły płaszcz, pani — ostrzegł ją Theon. — Będziemy musieli zejść na dół.
Wyszli z komnaty w śnieg sypiący jeszcze gęściej niż przedtem. Lady Dustin wdziała sobolowe futro. Opatuleni w płaszcze z kapturami wartownicy stojący pod bramą prawie niczym się już nie różnili od bałwanów. Tylko bijąca z ust para dowodziła, że jeszcze żyją. Na murach zapalono ogniska w daremnej próbie odegnania ciemności. Mała grupka musiała brnąć przez gładki, niczym nienaruszony śnieg sięgający im do połowy łydek. Namioty na dziedzińcu były ledwie widoczne, zapadały się pod nagromadzoną na nich białą masą.
Wejście do krypt znajdowało się w najstarszej części zamku, nieopodal podstawy Pierwszej Wieży, opuszczonej od stuleci. Ramsay podpalił ją, zdobywszy Winterfel , i znaczna część tego, co nie spłonęło, zawaliła się. Została tylko pusta skorupa, z jednej strony otwarta i wypełniająca się śniegiem. Wszędzie walało się mnóstwo gruzu; wielkie fragmenty rozbitych murów, zwęglone belki, strącone chimery. Śnieg pokrył prawie wszystko, ale część jednej z chimer nadal sterczała ze śniegu. Jej ślepe, groteskowe oblicze szczerzyło zęby ku niebu.
Tu właśnie znaleźli Brana, kiedy spadł. Theon wyruszył owego dnia na polowanie z lordem Eddardem i królem Robertem. Nie spodziewali się, że w zamku czekają na nich straszliwe wieści.
Pamiętał twarz Robba w chwili, gdy mu o tym powiedziano. Nikt nie liczył na to, że połamany chłopiec wyżyje. Bogowie nie zdołali go zabić i ja również nie. To była dziwna myśl, a jeszcze dziwniej poczuł się, uświadomiwszy sobie, że Bran może nadal żyć.
— Tam. — Theon wskazał na zaspę nagromadzoną pod murem donżonu. — Pod nią. Uwaga na fragmenty kamieni.
Ludzie lady Dustin potrzebowali prawie pół godziny, by odsłonić wejście. Kopali śnieg łopatami i przenosili gruz. Gdy już się z tym uporali, okazało się, że drzwi pokrywa skorupa lodu.
Sierżant musiał pójść po topór, by ją skruszyć. Wreszcie drzwi otworzyły się ze zgrzytem zawiasów, odsłaniając kręte kamienne schody opadające w ciemność.
— Droga na dół jest daleka, pani — ostrzegł Theon.
Lady Dustin nie dała się zastraszyć.
— Beronie, światło.
Schody były wąskie i kręte, a stopnie wytarte pośrodku przez stulecia użytku. Szli gęsiego; sierżant z lampą, Theon, lady Dustin, a na końcu jej drugi człowiek. Theon zawsze uważał, że w kryptach jest zimno i latem rzeczywiście tak było, ale teraz w miarę, jak schodzili w dół, robiło się coraz cieplej. Nie ciepło, z pewnością nie ciepło, ale cieplej niż na górze. Najwyraźniej pod ziemią zawsze utrzymywał się niezmienny chłód.
— Panna młoda płacze — odezwała się lady Dustin, gdy szli ostrożnie w dół, stopień po stopniu. — Nasza mała lady Arya.
Uważaj teraz. Bardzo uważaj. Dotknął dłonią ściany. W migotliwym blasku pochodni odnosił wrażenie, że stopnie poruszają się pod jego stopami.
— Skoro... skoro tak mówisz, pani.
— Roose nie jest zadowolony. Powiedz to swojemu bękartowi.