Выбрать главу

Twarz Slynta przybrała kolor suszonej śliwki. Jego mięsiste policzki zadrżały.

– Wydaje ci się, że nie widzę, co próbujesz zrobić? Janos Slynt nie jest człowiekiem, który da się tak łatwo nabrać. Zlecono mi dowodzenie obrońcami Królewskiej Przystani, kiedy ty jeszcze robiłeś w powijaki. Zachowaj sobie swoje ruiny, bękarcie.

Daję ci szansę, lordzie Slynt. To więcej, niż ty dałeś mojemu ojcu.

– Błędnie mnie zrozumiałeś, wasza lordowska mość – rzekł Jon. – To był rozkaz, nie propozycja. Od Szarej Warty dzieli nas sto dwadzieścia mil. Spakuj broń i zbroję, pożegnaj się z towarzyszami i bądź gotowy wyruszyć z pierwszym brzaskiem.

– Nie. – Lord Janos podźwignął się ciężko, przewracając krzesło do tyłu. – Nie odejdę łagodnie, by zamarznąć na śmierć. Żaden bękart zdrajcy nie będzie rozkazywał Janosowi Slyntowi! Ostrzegam cię, że mam jeszcze przyjaciół. Tutaj i w Królewskiej Przystani. Byłem lordem Harrenhal! Oddaj swoje ruiny jednemu z tych ślepych głupców, którzy rzucili sztony dla ciebie. Ja ich nie przyjmę. Słyszałeś, chłopcze? Nie przyjmę!

– Przyjmiesz.

Slynt nie raczył na to odpowiedzieć. Odkopnął krzesło na bok i wyszedł.

Nadal ma mnie za chłopca – pomyślał Jon. Zielonego młodzieniaszka, którego można zastraszyć gniewnymi słowami. Mógł tylko mieć nadzieję, że gdy lord Janos się wyśpi, odzyska rozsądek.

Rankiem okazało się, że ta nadzieja była płonna.

Jon zastał Slynta we wspólnej sali, jedzącego śniadanie. Był z nim ser Alliser Thorne oraz kilku ich kamratów. Śmiali się z czegoś, gdy Jon zszedł ze schodów w towarzystwie Żelaznego Emmetta i Edda Cierpiętnika. Za nimi szli Mully, Koń, Rudy Jack Crabb, Rusty Flowers i Owen Przygłup. Trzypalcy Hobb nakładał chochlą owsiankę z kociołka.

Ludzie królowej, ludzie króla i czarni bracia siedzieli przy oddzielnych stołach, niektórzy pochylali się nad miskami z owsianką, inni zaś napełniali brzuchy smażonym chlebem z boczkiem. Jon za jednym stołem zauważył Pypa i Grenna, a za drugim Bowena Marsha.

W sali pachniało dymem i tłuszczem, a brzęk noży i łyżek odbijał się echem od kopulastego sufitu.

Wszyscy umilkli w jednej chwili.

– Lordzie Janosie – odezwał się Jon. – Daję ci ostatnią szansę. Odłóż łyżkę i idź do stajni. Kazałem osiodłać twojego konia i założyć mu uzdę. Droga do Szarej Warty jest długa i trudna.

– W takim razie lepiej już ruszaj, chłopcze. – Slynt roześmiał się głośno. Owsianka skapywała mu na pierś. – Myślę, że to dobre miejsce dla takich jak ty. Z dala od porządnych bogobojnych ludzi. Nosisz znamię bestii, bękarcie.

– Odmawiasz wykonania mojego rozkazu?

– Wsadź sobie swój rozkaz w bękarcią dupę – odparł Slynt z drżeniem mięsistych policzków.

Alliser Thorne uśmiechnął się półgębkiem, nie spuszczając z Jona spojrzenia czarnych oczu. Siedzący za innym stołem Godry Olbrzymobójca wybuchnął głośnym śmiechem.

– Jak sobie życzysz. – Jon skinął głową do Żelaznego Emmetta. – Zaprowadźcie lorda Janosa pod Mur...

Mógł dodać: „...i zamknijcie w lodowej celi”. Jon nie wątpił, że po jakichś dziesięciu dniach spędzonych w ciasnym mroźnym więzieniu Slynt drżałby z gorączki i błagał o uwolnienie. Ale gdybym go wypuścił, natychmiast zaczęliby z Thorne ‘em knuć nowe spiski.

Mógł też dodać: „...i przywiążcie go do konia”. Jeśli nie chciał pojechać do Szarej Warty jako jej dowódca, mógł się tam udać w charakterze kucharza. Ale byłoby tylko kwestią czasu, nim zdezerteruje. Ilu ludzi poszłoby za nim?

– ...i powieście go – dokończył Jon.

Twarz Janosa Slynta nagle zrobiła się biała jak mleko. Łyżka wypadła mu z palców.

Edd i Emmett ruszyli ku niemu, stukając obcasami o kamienną posadzkę. Bowen Marsh otworzył i zamknął usta, ale nie odezwał się ani słowem. Alliser Thorne sięgnął do rękojeści miecza. Tylko spróbuj – pomyślał Jon. Długi Pazur miał zawieszony na plecach. Wyciągnij stal. Daj mi powód, bym uczynił to samo.

Połowa przebywających w sali ludzi zerwała się na nogi. Rycerze i zbrojni z południa, wierni królowi Stannisowi, kobiecie w czerwieni albo obojgu, oraz zaprzysiężeni bracia z Nocnej Straży. Niektórzy wybrali Jona na swego lorda dowódcę. Inni rzucili sztony dla Bowena Marsha, ser Denysa Mallistera, Cottera Pyke’a... a niektórzy na Janosa Slynta.

Były ich setki, jak sobie przypominam. Jon zadał sobie pytanie, ilu z nich przebywa teraz w piwnicznej sali. Przez moment los świata chwiał się na krawędzi miecza.

Alliser Thorne cofnął dłoń od rękojeści i ustąpił z drogi Eddowi Tollettowi.

Edd Cierpiętnik złapał Slynta za jedno ramię, a Żelazny Emmett za drugie.

Wspólnymi siłami podnieśli go z krzesła.

– Nie – sprzeciwił się lord Janos. Kapki owsianki spadały mu z ust. – Nie, puśćcie mnie. To tylko chłopiec, bękart. Jego ojciec był zdrajcą. Nosi znamię bestii, ten jego wilk... Puśćcie mnie! Pożałujecie dnia, gdy podnieśliście rękę na Janosa Slynta. Mam przyjaciół w Królewskiej Przystani. Ostrzegam...

Nie zaprzestawał sprzeciwów, gdy pół wyprowadzano, pół wywleczono go z sali.

Jon podążył za nimi na dwór. Za jego plecami piwnica opustoszała. Pod klatką Slynt zdołał wyrwać się na chwilę i próbował walczyć, ale Emmett złapał go za gardło i przycisnął plecami do żelaznych krat, aż zaprzestał oporu. Wszyscy w Czarnym Zamku zbiegli się już, by to obejrzeć. Nawet Val stała w oknie. Długi złoty warkocz przewiesiła sobie przez ramię. Król Stannis stał na schodach Wieży Króla, otoczony przez swych rycerzy.

– Jeśli ten chłopiec myśli, że mnie zastraszy, to się myli – zawołał lord Janos. – Nie ośmieli się mnie powiesić. Janos Slynt ma przyjaciół, ważnych przyjaciół, zobaczycie...

Resztę jego słów porwał wiatr.

Nie tak to powinno się odbyć – pomyślał Jon.

– Stójcie.

Emmett zwrócił się ku niemu, marszcząc brwi.

– Wasza lordowska mość?

– Nie powiesimy go. – oznajmił Jon. – Przyprowadźcie go tutaj.

– Siedmiu, zmiłujcie się – zawołał Bowen Marsh.

Uśmiech, który pojawił się na twarzy lorda Janosa Slynta był słodki jak zjełczałe masło. Szybko jednak zniknął.

– Edd, przynieś mi pieniek – rozkazał Jon i wyciągnął Długi Pazur.

Nim udało się znaleźć odpowiedni pieniek, lord Janos zdążył się schować do windy.

Żelazny Emmett wszedł do środka i wyciągnął go na zewnątrz.

– Nie – krzyczał Slynt, gdy Emmett pół pchał, pół wlókł go przez dziedziniec. – Puść mnie... nie możecie... kiedy Tywin Lannister się o tym dowie, pożałujecie...

Emmett podciął pod nim nogi, a Edd Cierpiętnik postawił mu stopę na plecach, by nie mógł wstać z kolan. Emmett podsunął mu pieniek pod głowę.

– Pójdzie łatwiej, jeśli nie będziesz się ruszał – zapewnił Jon Snow. – Jeśli spróbujesz umknąć przed ciosem, i tak umrzesz, ale twoja śmierć będzie paskudniejsza.

Wyciągnij szyję, panie. – Jon zacisnął obie dłonie na klindze bastardowego miecza, unosząc go nad głowę. Klinga zalśniła w bladym świetle porannego słońca. – Jeśli chcesz wypowiedzieć jakieś ostatnie słowa, to jest odpowiednia chwila – rzekł, spodziewając się przekleństw.