– Czwarty – poprawił go Tyrion, który w dzieciństwie nauczył się wszystkich szesnastu cudów na pamięć. Stryj Gerion często stawiał go na stole i kazał mu je wyliczać. Lubiłem to, co? Stałem między wydrążonymi bochnami chleba, wszyscy gapili się na mnie, a ja im udowadniałem, jaki ze mnie sprytny krasnal. Przez wiele lat marzył o tym, że będzie podróżował po świecie i na własne oczy ujrzy cuda Obieżyświata.
Lord Tywin położył kres tym marzeniom dziesięć dni przed szesnastym dniem imienia swego karłowatego syna, gdy Tyrion poprosił, by wysłał go w podróż po Dziewięciu Wolnych Miastach, jaką odbyli jego stryjowie w tym samym wieku.
– Moim braciom można było zaufać, że nie okryją wstydem rodu Lannisterów – oznajmił jego ojciec. – Żaden z nich nigdy nie ożenił się z kurwą. – Gdy Tyrion przypomniał mu, że za dziesięć dni zostanie dorosłym mężczyzną i będzie mógł podróżować, dokąd zechce, lord Tywin rzekł: – Nikt nigdy nie jest wolny. Tylko dzieci i głupcy wierzą, że jest inaczej. Wyjedź sobie, proszę bardzo. Wdziej błazeński strój i stawaj na głowie dla rozrywki przyprawowych lordów i serowych królów. Tylko pamiętaj, że musisz sam płacić za siebie i zapomnij o powrocie. – Po tych słowach chłopca opuściła wola walki. – Jeśli potrzebujesz użytecznego zajęcia, dostaniesz je – dodał jego ojciec. Z chwilą wejścia w wiek męski Tyriona mianowano nadzorcą wszystkich ścieków i cystern w Casterly Rock. Może liczył na to, że wpadnę do którejś z nich. Lorda Tywina spotkało jednak rozczarowanie. Ścieki nigdy nie funkcjonowały nawet w połowie tak dobrze, jak wtedy, gdy odpowiadał za nie Tyrion. Potrzebny mi kielich wina, żeby zmyć z ust smak ojca. A jeszcze lepszy byłby bukłak.
Jechali przez całą noc. Tyrion co chwila przysypiał, wsparty o łęk, i budził się nagle.
Od czasu do czasu zaczynał się zsuwać w bok, ale ser Rolly prostował go natychmiast. O świcie karzeł miał obolałe nogi i odparzone pośladki.
Minął jeszcze cały dzień, nim dotarli do leżącego nad rzeką Ghoyan Drohe.
– Legendarna Rhoyne – rzekł Tyrion, ujrzawszy ze szczytu wzgórza zieloną, powoli toczącą swe wody rzekę.
– Mała Rhoyne – poprawił go Kaczka.
– To prawda.
Całkiem ładna rzeka, ale najmniejsza z odnóg Tridentu jest dwukrotnie szersza, a wszystkie trzy płyną szybciej. Miasto również nie wyglądało imponująco. Tyrion przypominał sobie z nauki historii, że Ghoyan Drohe nigdy nie należało do wielkich, ale było pięknym miastem, zielonym i kwitnącym, pełnym kanałów i fontann. Ale potem nadeszła wojna. I przybyły smoki. Po tysiącu lat kanały były zatkane trzciną i błotem, a w sadzawkach stojącej wody lęgły się roje much. Strzaskane kamienie świątyń i pałaców zapadały się w ziemię, a brzeg rzeki gęsto porastały stare sękate wierzby.
W ruinach nadal wiodła nędzny żywot garstka ludzi uprawiających małe ogródki pośród zielska. Tętent podkutych kopyt uderzających o starą valyriańską drogę sprawił, że większość z nich uciekła do dziur, z których wyszli, ale najśmielsi zatrzymali się w słońcu na chwilę wystarczająco długą, by śledzić jeźdźców tępymi, pozbawionymi ciekawości spojrzeniami. Naga dziewczynka, usmarowana błotem aż po kolana, nie mogła oderwać oczu od Tyriona.
Nigdy nie widziała karła – uświadomił sobie. A co dopiero beznosego. Zrobił paskudną minę i pokazał język. Dziewczynka się rozpłakała.
– Co jej zrobiłeś? – zapytał Kaczka.
– Przesłałem całusa. Wszystkie dziewczyny płaczą, kiedy je całuję.
Za gąszczem wierzb droga kończyła się nagle. Skręcili na północ i przez krótki czas jechali wzdłuż brzegu, aż wreszcie wierzby się skończyły i wędrowcy ujrzeli przed sobą stare kamienne nabrzeże, w połowie zalane wodą i otoczone wysokimi brązowymi chwastami.
– Kaczka! – zawołał ktoś. – Haldon!
Tyrion wyciągnął głowę w bok i zobaczył stojącego na dachu niskiego drewnianego budynku chłopaka, który machał słomianym kapeluszem o szerokim rondzie. Zgrabny, gibki młodzieniec o szczupłej sylwetce i ciemnoniebieskiej czuprynie. Karzeł oceniał jego wiek na jakieś piętnaście, szesnaście lat.
Okazało się, że dach, na którym stał, pokrywał kajuty „Nieśmiałej Panny”, starej, rozklekotanej jednomasztowej barki. Miała szeroki kadłub i małe zanurzenie, doskonale zatem nadawała się do wpływania do najpłytszych strumieni i forsowania ławic. To brzydka panna, ale czasami takie są najbardziej chciwe w łożu – pomyślał Tyrion.
Łodzie pływające po rzekach Dorne często malowano na jaskrawe kolory i zdobiono pięknymi rzeźbami, ale ta panna wyglądała inaczej. Pokrywała ją farba brudnej, szarobrązowej barwy, obłażąca i pełna plam, a szeroka łukowata rufa nie miała żadnych ozdób. Wygląda paskudnie, ale z pewnością o to właśnie chodziło.
Kaczka odwzajemnił się radosnym okrzykiem. Klacz przedarła się przez płyciznę, tratując trzciny. Chłopak zeskoczył z dachu kajut na pokład łodzi. Potem pojawiła się reszta załogi „Nieśmiałej Panny”. Para starszych ludzi o rhoynarskich rysach stała bliżej rufy, a przystojna septa w miękkiej białej szacie wyszła z kajuty, odgarniając z oczu lok ciemnych włosów.
Gryfa jednak łatwo było poznać.
– Wystarczy już tych krzyków – rzekł i nad rzeką zapadła nagła cisza.
Będą z nim kłopoty – uświadomił sobie natychmiast Tyrion.
Gryf wdział płaszcz ze skóry czerwonego wilka rhoynarskiego razem z głową. Pod futrem miał brązową skórzaną kurtę wzmocnioną żelaznymi pierścieniami. Skóra na jego wygolonej twarzy również wyglądała jak wygarbowana, a w kącikach oczu miał zmarszczki. Choć włosy miał niebieskie jak syn, karzeł zauważył rude odrosty. Brwi mężczyzny były jeszcze bardziej ryże. U pasa nosił miecz i sztylet. Jeśli nawet ucieszył się z powrotu Kaczki i Haldona, dobrze to ukrył. Nie próbował jednak maskować niezadowolenia, jakie wzbudził w nim widok Tyriona.
– Karzeł? Co to ma być?
– Wiem, że liczyłeś na krąg sera. – Tyrion spojrzał na Młodego Gryfa i obdarzył go swym najbardziej rozbrajającym uśmiechem. – Niebieskie włosy mogą się podobać w Tyrosh, ale w Westeros chłopcy będą w ciebie rzucać kamieniami, a dziewczęta śmiać ci się prosto w oczy.
– Moja matka była damą z Tyrosh – wyjaśnił wyraźnie zażenowany chłopak. –
Farbuję włosy na jej pamiątkę.
– Co to za stworzenie? – zapytał Gryf.
– Illyrio przysyła list, w którym wszystko wyjaśnia – odparł Haldon.
– Daj mi to pismo. I zaprowadź karła do mojej kajuty.
Nie podobają mi się jego oczy – pomyślał Tyrion, gdy najemnik usiadł naprzeciwko niego w mrocznym pomieszczeniu. Dzielił ich od siebie prosty stół o podrapanym blacie, na którym paliła się łojowa świeczka. Oczy miał jasnoniebieskie i zimne jak lód. Karzeł nie lubił jasnych oczu. Lord Tywin miał jasnozielone, upstrzone złocistymi cętkami.
Przyglądał się, jak najemnik czyta. Sam fakt, że potrafi to robić, już o czymś świadczył. Ilu najemników mogło się tym pochwalić? Prawie wcale nie porusza ustami
– uświadomił sobie Tyrion.
Wreszcie Gryf oderwał wzrok od listu i przymrużył powieki.
– Tywin Lannister zginął? Z twojej ręki?
– Z mojego palca. O, tego. – Tyrion pokazał go z dumą Gryfowi. – Lord Tywin siedział w wychodku, więc poczęstowałem go bełtem w brzuch, żeby się przekonać, czy rzeczywiście sra złotem. Nie srał. Szkoda, przydałoby mi się trochę złota. Zabiłem też matkę, ale trochę wcześniej. Aha, i jeszcze mojego siostrzeńca Joffreya. Otrułem go na jego weselu i patrzyłem, jak się dusi. Czy handlarz serem wspomniał o tym szczególe?