Jeśli wasza królowa pozwoli, zamierzam jeszcze dodać do listy brata i siostrę, zanim skończę.
– Jeśli pozwoli? Czy Illyrio postradał zmysły? Dlaczego uważa, że Jej Miłość przyjmie na służbę człowieka, który otwarcie przyznaje, że jest zdrajcą i królobójcą?
To uczciwe pytanie – pomyślał Tyrion.
– Król, którego zabiłem, siedział na jej tronie, a wszyscy, których zdradziłem, byli lwami – odparł jednak na głos. – Wydaje mi się, że już jej się dobrze przysłużyłem. –
Podrapał się po kikucie nosa. – Bez obaw, nie zabiję cię. Nie jesteśmy spokrewnieni. Czy mogę zobaczyć, co napisał handlarz sera? Uwielbiam czytać o sobie.
Gryf zignorował jego prośbę. Przysunął list do płomienia świecy. Papier poczerniał, skurczył się i zapłonął.
– Między Targaryenami a Lannisterami jest krew. Czemu miałbyś wspierać sprawę królowej Daenerys?
– Dla złota i chwały – odparł radośnie karzeł. – Aha, i z nienawiści. Zrozumiałbyś to, gdybyś znał moją siostrę.
– Świetnie rozumiem nienawiść.
Ton, jakim Gryf wypowiedział to słowo, świadczył, że mówi prawdę. On się karmi nienawiścią. Od lat to ona ogrzewa go nocami.
– W takim razie mamy coś ze sobą wspólnego, ser.
– Nie jestem rycerzem.
Nie tylko jest kłamcą, ale w dodatku kiepskim. To było głupie i nieudolne, panie.
– A jednak ser Kaczka mówi, że go pasowałeś.
– Kaczka mówi za dużo.
– Niektórzy zdziwiliby się, że taki ptak w ogóle potrafi mówić. Ale mniejsza z tym, Gryfie. Ty nie jesteś rycerzem, a ja jestem Hugor Hill, mały potwór. Twój mały potwór, jeśli zechcesz. Masz moje słowo, że pragnę jedynie zostać wiernym sługą waszej smoczej królowej.
– A w jaki sposób zamierzasz jej służyć?
– Językiem. – Polizał kolejno wszystkie palce. – Mogę opowiedzieć Jej Miłości, jak myśli moja słodka siostra, jeśli można to nazwać myśleniem. Powiedzieć jej dowódcom, jak najłatwiej pokonać w bitwie mojego brata Jaime’a. Wiem, którzy lordowie są odważni, a którzy tchórzliwi, którzy są lojalni, a którzy przekupni. Mogę zdobyć dla niej sojuszników. Wiem też bardzo wiele o smokach. Twój półmaester może to potwierdzić.
Na koniec, jestem zabawny i nie jem zbyt wiele. Możesz mnie uważać za swego prawdziwego krasnala.
Gryf zastanawiał się przez chwilę.
– Zrozum jedno, karle. Jesteś najmniej ważnym członkiem naszej kompanii. Trzymaj język za zębami i rób, co ci każą, bo inaczej pożałujesz.
Tak, ojcze – omal nie powiedział Tyrion.
– Jak każesz, wasza lordowska mość.
– Nie jestem lordem.
Kłamiesz.
– To była tylko uprzejmość, mój przyjacielu.
– Nie jestem też twoim przyjacielem.
Nie jesteś rycerzem, lordem ani przyjacielem.
– Szkoda.
– Oszczędź mi swojej ironii. Zabiorę cię do Volantis. Jeśli okażesz się posłuszny i użyteczny, będziesz mógł zostać z nami i służyć królowej na miarę swych możliwości. Ale jeśli okaże się, że jest z tobą więcej kłopotów, niż jesteś wart, będziesz musiał ruszyć swoją drogą.
Pewnie. Ta droga zaprowadzi mnie na dno Rhoyne, gdzie ryby będą mogły obgryźć to, co zostało z mojego nosa.
– Valar dohaeris.
– Możesz spać na pokładzie albo w ładowni, jak wolisz. Ysilla znajdzie dla ciebie posłanie.
– To bardzo miło z jej strony. – Tyrion pokłonił się niezgrabnie, ale w drzwiach kajuty obejrzał się jeszcze za siebie. – A co, jeśli odnajdziemy królową i okaże się, że całe to gadanie o smokach to tylko wymysł jakiegoś pijanego marynarza? Na szerokim świecie pełno jest podobnych szalonych opowieści. Grumkiny i snarki, duchy i ghule, syreny, skalne gobliny, skrzydlate konie, skrzydlate świnie... skrzydlate lwy.
Gryf wbił w niego zasępione spojrzenie.
– Już raz cię ostrzegałem, Lannister. Trzymaj język za zębami albo go stracisz. Tu chodzi o los królestw. O nasze życie, nazwiska i honor. To nie jest gra służąca twojej rozrywce.
Ależ jest – pomyślał Tyrion. Gra o tron.
– Skoro tak mówisz, kapitanie – wyszeptał i pokłonił się raz jeszcze.
DAVOS
Niebo na północy przeszyła błyskawica. W jej świetle na moment pojawiła się sylwetka Nocnej Lampy rysująca się na tle niebieskobiałego nieba. Po sześciu uderzeniach serca zahuczał grom, niczym odległy ton bębna.
Strażnicy przeprowadzili Davosa Seawortha przez most z czarnego bazaltu. Potem przeszli pod żelazną kratą, naznaczoną już śladami rdzy. Za nią znajdowała się głęboka, wypełniona słoną wodą fosa oraz most zwodzony wiszący na parze potężnych łańcuchów. Pod spodem płynął zielony nurt, obryzgujący pianą fundamenty zamku. Za mostem była druga wieża bramna, większa od pierwszej. Jej kamienie porosły zielonymi algami. Davos wlókł się przez błotnisty dziedziniec z rękami związanymi w nadgarstkach. Od zimnego deszczu szczypały go oczy. Strażnicy poprowadzili go w górę schodów do otchłannego wnętrza kamiennego donżonu zamku Breakwater.
Gdy znaleźli się w środku, kapitan zdjął płaszcz i zawiesił go na kołku, żeby nie zalać wodą wytartego myrijskiego dywanu. Davos postąpił tak samo, szarpiąc zapinkę związanymi dłońmi. Zapomniał o uprzejmościach, których się nauczył w ciągu lat służby na Smoczej Skale.
Lord siedział sam w mrocznej komnacie, spożywając kolację złożoną z piwa, chleba i siostrzanego gulaszu. W grube kamienne mury wprawiono dwadzieścia żelaznych uchwytów, ale tylko w czterech umieszczono żagwie i żadna z nich się nie paliła. Dwie grube łojowe świece dawały słaby, migotliwy blask. Davos słyszał dobiegający z zewnątrz szum deszczu oraz nieustanne kapanie wody wnikającej do środka przez dziurę w dachu.
– Wasza lordowska mość – odezwał się kapitan – znaleźliśmy tego człowieka w „Brzuchu Wieloryba”. Próbował kupić miejsce na statku opuszczającym wyspę. Miał przy sobie dwanaście smoków, a także to.
Kapitan położył na stole przed lordem szeroką wstęgę z czarnego aksamitu obszytą złotogłowiem. Widniały na niej trzy pieczęcie: jeleń w koronie odbity w złotym pszczelim wosku; płonące serce w czerwieni oraz ręka w bieli.
Davos czekał. Ociekał wodą, a wilgotne sznury boleśnie uwierały jego nadgarstki.
Wystarczy jedno słowo tego lorda, a wkrótce zawiśnie na Szubienicznej Bramie Sisterton. Przynajmniej jednak skrył się przed deszczem, a pod stopami miał solidny kamień zamiast kołyszącego się pokładu. Przemókł, był obolały, wynędzniały, do cna znużony żałobą i świadomością zdrady, przede wszystkim jednak miał już serdecznie dość sztormów.
Lord otarł usta grzbietem dłoni i uniósł wstęgę, by przyjrzeć się jej uważniej. Znowu rozbłysła błyskawica. Otwory strzelnicze na pół uderzenia serca wypełnił niebieskobiały blask. Raz, dwa, trzy, cztery – liczył Davos, nim w końcu usłyszał grom. Kiedy ucichł, były przemytnik znowu wsłuchał się w kapanie wody oraz cichszy łoskot fal uderzających o potężne kamienne łuki zamku Breakwater oraz przepływających przez jego lochy.
Równie dobrze mógł wkrótce tam wylądować, przykuty do wilgotnej kamiennej posadzki, by utonąć z nadejściem przypływu. Nie – przekonywał sam siebie.