Выбрать главу

Przemytnik mógłby zginąć w ten sposób, ale nie królewski namiestnik. Więcej zyska, gdy sprzeda mnie swojej królowej.

Lord dotknął palcami wstęgi, przyglądając się z zasępioną miną pieczęciom. Był brzydkim mężczyzną, rosłym i pulchnym. Cechował się potężnymi ramionami wioślarza i brakiem szyi. Policzki i brodę porastała mu szorstka siwa szczecina, gdzieniegdzie przechodząca w biel. Nad wydatnym jak skalna półka czołem był zupełnie łysy. Wielki czerwony nochal przeszywały popękane żyłki, usta miał grube, a między trzema środkowymi palcami prawej dłoni coś w rodzaju błony. Davos słyszał, że niektórzy lordowie Trzech Sióstr mają błoniaste dłonie i stopy, ale zawsze uważał, że to tylko marynarskie bajania.

Lord oparł się wygodnie.

– Przetnij mu więzy – rozkazał. – I zdejmij te rękawice. Chcę zobaczyć jego dłonie.

Kapitan wykonał polecenie. Gdy uniósł okaleczoną lewą dłoń jeńca, znowu rozbłysła błyskawica i cień skróconych palców Davosa Seawortha padł na twarde, grubo ciosane oblicze Godrica Borrella, lorda Słodkiej Siostry.

– Każdy może ukraść wstęgę, ale te palce nie kłamią – stwierdził lord. – Jesteś cebulowym rycerzem.

– Niekiedy tak mnie nazywano, wasza lordowska mość. – Davos również był teraz lordem, a na rycerza pasowano go przed wielu laty, w głębi duszy pozostawał jednak tym, kim był zawsze: nisko urodzonym przemytnikiem, który kupił tytuł rycerza za statek pełen cebuli i solonych ryb. – Słyszałem też gorsze.

– To prawda. Zdrajca. Buntownik. Sprzedawczyk.

To ostatnie oburzyło Davosa.

– Nigdy nikogo nie sprzedałem, wasza lordowska mość. Jestem człowiekiem króla.

– Tylko jeśli uznamy, że Stannis jest królem. – Lord przeszył go twardym spojrzeniem czarnych oczu. – Większość rycerzy, którzy zawijają do moich brzegów, szuka mnie w moim zamku, nie w „Brzuchu Wieloryba”. To obrzydliwa nora przemytników. Czyżbyś wrócił do dawnego zajęcia, cebulowy rycerzu?

– Nie, wasza lordowska mość. Szukałem statku do Białego Portu. Król wysłał mnie z listem do jego lorda.

– W takim razie trafiłeś w niewłaściwe miejsce i do niewłaściwego lorda. – Lorda Godrica najwyraźniej to rozbawiło.

– To jest Sisterton, na Słodkiej Siostrze.

– Wiem o tym.

Sisterton nie miało w sobie nic słodkiego. To było odrażające miasteczko, mały paskudny chlew cuchnący świńskim gównem i gnijącymi rybami. Davos świetnie je pamiętał z czasów, gdy był przemytnikiem. Trzy Siostry od stuleci były ulubionym miejscem parających się tym zajęciem żeglarzy. Przedtem było to gniazdo piratów. Ulice Sisterton pokrywało błoto albo deski, a tutejsze domy były krytymi strzechą lepiankami.

Na Szubienicznej Bramie zawsze wisieli ludzie z wyprutymi wnętrznościami.

– Nie wątpię, że masz na Siostrach przyjaciół – podjął lord. – Każdy przemytnik ich ma. Niektórzy z nich to również moi przyjaciele. A tych, którzy nimi nie są, wieszam.

Pozwalam, by dusili się powoli, a wyprute flaki zwisają im do kolan. – Wnętrze komnaty rozjaśniła kolejna błyskawica. Grom zabrzmiał po dwóch uderzeniach serca. – Jeśli chciałeś dotrzeć do Białego Portu, dlaczego trafiłeś do Sisterton? Co cię tu sprowadziło?

Rozkaz króla i zdrada przyjaciela – mógłby rzec Davos.

– Sztormy – powiedział tylko na głos.

Ze Wschodniej Strażnicy wypłynęło dwadzieścia dziewięć okrętów. Davos bardzo by się zdziwił, gdyby choć połowa z nich trzymała się jeszcze na wodzie. Przez całą drogę wzdłuż wybrzeża prześladowały ich czarne niebo, gwałtowne wichry i ulewne deszcze.

Galery „Oledo” oraz „Syn Starej Matki” rozbiły się na skałach Skagos, wyspy jednorożców i kanibali, gdzie nawet Ślepy Bękart bał się zapuszczać. Wielka koga „Saathos Saan” zatonęła nieopodal Szarych Urwisk.

– Stannis za nie zapłaci – wściekał się Salladhor Saan. – Zapłaci za wszystkie szczerym złotem.

Mogłoby się zdawać, że jakiś gniewny bóg zażądał od nich zapłaty za łatwy rejs na północ. Sprzyjający wiatr z południa zaniósł ich od Smoczej Skały aż na Mur. Kolejny szkwał zerwał żagle „Obfitych Żniw” i Salla musiał wziąć kogę na hol. Trzydzieści mil na północ od Wdowiej Strażnicy znowu rozpętała się burza. „Obfite Żniwa” uderzyły w jedną z holujących je galer i oba statki zatonęły. Resztę lyseńskiej floty wiatr rozproszył po wąskim morzu. Niektóre okręty zdołają się dowlec do jakiegoś portu. Innych już nigdy nie ujrzą na oczy.

– Salladhor Żebrak, oto, kim uczynił mnie twój król – poskarżył się Davosowi Salladhor Saan, gdy resztki jego floty wlokły się przez Zimną Wodę. – Salladhor Rozbitek. Gdzie są moje statki? I moje złoto, całe to złoto, które mi obiecał? – Gdy Davos próbował go zapewnić, że otrzyma zapłatę, Salla wybuchnął gniewem. – Kiedy? Kiedy!

Jutro, przy nowym księżycu, kiedy wróci czerwona kometa? Obiecuje mi złoto i klejnoty, zawsze obiecuje, ale nigdy nie widziałem tego złota. Mówi, że mam jego słowo, och, tak, jego królewskie słowo, zapisał to na papierze. Czy Salladhor Saan może jeść królewskie słowa? Czy nasyci pragnienie dokumentami i lakowymi pieczęciami? Czy może cisnąć obietnice na piernaty i pierdolić je, aż zaczną piszczeć?

Davos usiłował go przekonać do dochowania wierności. Wskazał, że jeśli Salla porzuci Stannisa i jego sprawę, straci wszelką nadzieję na otrzymanie należnego mu złota. W końcu zwycięski król Tommen raczej nie będzie płacił długów pokonanego stryja. Jedyną nadzieją Salli było dochowanie wierności Stannisowi Baratheonowi aż do chwili, gdy ten zasiądzie na Żelaznym Tronie. W przeciwnym razie nigdy nie zobaczy ani miedziaka. Musi być cierpliwy.

Być może jakiś miodousty lord zdołałby przekonać lyseńskiego księcia piratów, ale Davos był tylko cebulowym rycerzem. Jego słowa sprowokowały kolejny wybuch gniewu.

– Byłem cierpliwy na Smoczej Skale, gdy kobieta w czerwieni paliła drewnianych bogów i wrzeszczących ludzi – wołał Salla. – Byłem cierpliwy przez całą długą drogę na Mur. Byłem cierpliwy we Wschodniej Strażnicy... choć marzłem, tak okropnie marzłem.

Do licha z tym, mówię. Do licha z twoją cierpliwością i z twoim królem. Moi ludzie są głodni. Chcą znowu wyruchać żony, policzyć synów, zobaczyć Stopnie i ogrody rozkoszy w Lys. Nie potrzebują lodu, sztormów i pustych obietnic. Na północy jest za zimno i z każdą chwilą robi się coraz zimniej.

Wiedziałem, że ten dzień nadejdzie – powiedział sobie Davos. Lubiłem starego łotra, ale nigdy nie byłem na tyle głupi, żeby mu ufać.

– Sztormy... – lord Godric wypowiedział to słowo z taką czułością, z jaką inny mężczyzna mógłby wypowiadać imię kochanki. – Przed nadejściem Andalów na Siostrach uważano je za święte. Naszymi bogami byli Pani Fal i Pan Nieba. Kiedy się ze sobą łączyli w miłosnym akcie, powodowali sztormy. – Pochylił się nad stołem. –

Wszyscy ci królowie nigdy nie zwracają uwagi na Siostry. Czemu mieliby to robić?

Jesteśmy mali i biedni. A mimo to trafiłeś tutaj. Oddały mi cię sztormy.

Oddał ci mnie mój przyjaciel – pomyślał Davos.

Lord Godric spojrzał na kapitana.

– Zostaw tego człowieka ze mną. Nigdy go tu nie było.

– Tak jest, wasza lordowska mość. Nigdy.

Kapitan ruszył w stronę wyjścia. Jego mokre buty zostawiały na podłodze wilgotne ślady. Pod podłogą bezustannie szumiało morze, podmywając fundamenty zamku.

Zewnętrzne drzwi zatrzasnęły się z dźwiękiem przypominającym odległy grom. Jakby w odpowiedzi, rozbłysła kolejna błyskawica.

– Wasza lordowska mość – odezwał się Davos. – Gdybyś wysłał mnie do Białego Portu, Jego Miłość uznałby to za akt przyjaźni.