Выбрать главу

Ludzie królowej unieśli róg i cisnęli go do dołu.

Zamknięty w klatce Mance Rayder szarpał pętlę związanymi rękami, krzycząc bez ładu i składu o zdradzie i czarach. Wyrzekał się królewskiego tytułu, swego ludu, imienia i wszystkiego, czym kiedykolwiek był. Błagał wrzaskiem o łaskę i przeklinał kobietę w czerwieni, aż wreszcie wybuchnął histerycznym śmiechem.

Jon patrzył na to wszystko, nie odwracając spojrzenia. Nie śmiał okazać słabości przed braćmi. Rozkazał przyjść tu dwustu ludziom, ponad połowie załogi Czarnego Zamku. Poważni, spowici w czarne stroje mężczyźni stali w równych szeregach, trzymając w rękach długie włócznie. Postawili kaptury, by osłonić twarze... a także ukryć fakt, że jest wśród nich tak wielu starców i zielonych chłopaków. Wolni ludzie bali się Straży. Jon chciał, by zanieśli ze sobą ten strach do swych nowych domów, położonych na południe od Muru.

Róg spadł na kłody, liście i chrust. Po trzech uderzeniach serca ogień wypełnił cały dół. Mance płakał i błagał, szarpiąc klatkę spętanymi rękami. Gdy ogień go dosięgnął, odtańczył krótki taniec. Jego krzyki przerodziły się w przeciągły nieartykułowany wrzask strachu i bólu. Miotał się jak liść w ognisku, jak ćma w płomieniu świecy.

Jon przypomniał sobie słowa pieśni.

Bracia, ach bracia, moje dni są skończone, życie zabrał mi Dornijczyk szalony, Ale to nic nie szkodzi, wszyscy umrzeć musimy, a jam poznał smak jego żony!

Val stała na podwyższeniu, nieruchoma jak posąg wyrzeźbiony z soli. Nie będzie płakała ani nie odwróci wzroku. Jon zastanawiał się, co by zrobiła na jej miejscu Ygritte. Kobiety są silniejsze od nas. Pomyślał o Samie i maesterze Aemonie, o Goździk i dziecku. Przeklnie mnie w ostatnich słowach, ale nie widziałem innego wyjścia. Ze Wschodniej Strażnicy nadeszły wieści, że na wąskim morzu szaleją straszliwe sztormy.

Chciałem im zapewnić bezpieczeństwo. Czy zamiast tego oddałem ich na żer krabom?

Nocą śnił mu się tonący Sam, Ygritte konająca od jego strzały – w rzeczywistości wystrzelił ją ktoś inny, ale w jego snach to zawsze był on – i Goździk płacząca krwawymi łzami.

Jon Snow widział już wystarczająco wiele.

– Teraz – rozkazał.

Ulmer z Królewskiego Lasu wbił włócznię w ziemię, zdjął łuk i wydobył z kołczana czarną strzałę. Słodki Donnel Hill położył kaptur, by uczynić to samo. Garth Szare Pióro i Brodaty Ben nałożyli strzały, naciągnęli cięciwy i wystrzelili.

Jedna strzała trafiła Mance’a Raydera w pierś, druga w brzuch, a trzecia w gardło.

Czwarta uderzyła w płonący pręt klatki, zadrżała i stanęła w płomieniach. Gdy król dzikich osunął się bezwładnie na dno klatki, spowity ogniem, od Muru odbił się echem kobiecy płacz.

– A teraz jego warta się skończyła – wyszeptał Jon. Mance Rayder był kiedyś człowiekiem z Nocnej Straży, nim zamienił czarny płaszcz na obszyty czerwonym jedwabiem.

Stojący na podwyższeniu Stannis skrzywił się z niezadowoleniem. Jon nie chciał spojrzeć mu w oczy. Z drewnianej klatki wypadło dno. Jej pręty się rozpadały. Gdy tylko płomienie sięgnęły wyżej, w dół spadały kolejne gałęzie, ciemnoczerwone i czarne.

– Pan Światła stworzył słońce, księżyc i gwiazdy, by oświetlały nam drogę, i dał nam ogień, by powstrzymywał noc – oznajmiła dzikim kobieta w czerwieni. – Nikt nie oprze się jego płomieniom.

– Nikt nie oprze się jego płomieniom! – powtórzyli echem ludzie królowej.

Ciemnoszkarłatne szaty zawirowały wokół Melisandre, włosy barwy miedzi otoczyły jej twarz aureolą, a z koniuszków palców wystrzeliły długie żółte pazury płomieni.

– WOLNI LUDZIE! Wasi fałszywi bogowie wam nie pomogą. Wasz fałszywy róg was nie uratował. Wasz fałszywy król przyniósł wam tylko śmierć, rozpacz i klęskę... ale tu stoi prawdziwy król. UJRZYJCIE JEGO CHWAŁĘ!

Stannis Baratheon wydobył Światłonoścę.

Miecz rozbłysnął żywym światłem, czerwonym, żółtym i pomarańczowym. Jon widział to już nieraz... ale nie w takiej formie. Nigdy przedtem tak nie było. Światłonośca stał się słońcem przekutym w stal. Gdy Stannis wzniósł oręż nad głowę, ludzie musieli odwracać wzrok albo zasłaniać oczy. Ogień płonący w wykopie cofnął się przed tą burzą światła niczym mały pies kulący się przed większym. Nawet sam Mur przybierał kolor czerwieni, różu bądź oranżu, gdy na powierzchni lodu tańczyły barwne fale. Czy to jest moc królewskiej krwi?

– Westeros ma tylko jednego króla – zaczął Stannis twardym głosem, pozbawionym śpiewnych tonów głosu Melisandre. – Tym mieczem bronię poddanych i przynoszę zgubę tym, którzy im zagrażają. Ugnijcie kolan, a obiecuję wam żywność, życie i sprawiedliwość. Klęknijcie i ocalcie życie albo odejdźcie i zgińcie. Wybór należy do was.

– Schował Światłonoścę do pochwy i świat pociemniał. – Otwórzcie bramę.

– OTWÓRZCIE BRAMĘ – ryknął ser Clayton Suggs głosem donośnym jak brzmienie rogu. – OTWÓRZCIE BRAMĘ – powtórzył echem ser Corliss Penny, dowodzący strażą.

– OTWÓRZCIE BRAMĘ – zawołali sierżanci. Ludzie wzięli się do roboty. Wyrwali z ziemi zaostrzone pale i zakryli deskami głębokie rowy. Jon Snow uniósł rękę, a potem ją opuścił. Czarne szeregi jego ludzi rozstąpiły się, otwierając drogę do Muru, gdzie Edd Cierpiętnik Tollett otwierał żelazną bramę.

– Chodźcie – wzywała ich Melisandre. – Chodźcie do światła... albo ucieknijcie z powrotem w ciemność. – W dole za jej plecami nadal gorzał ogień. – Jeśli wybieracie życie, przyjdźcie do mnie.

Posłuchali jej. Jeńcy zaczęli wychodzić ze swej zagrody z grubo ciosanych kłód. Z początku szli powoli. Niektórzy utykali albo wspierali się na towarzyszach. Jeśli chcecie jeść, przyjdźcie do mnie – pomyślał Jon. Jeśli pragniecie ujść śmierci z głodu lub zimna, poddajcie się. Niepewni, obawiający się pułapki jeńcy przechodzili po deskach i mijali pierścień pali, zmierzając w stronę Melisandre oraz Muru. Kiedy się przekonali, że tym, którzy szli pierwsi, nie stało się nic złego, podążyli za nimi następni. Było ich coraz więcej, aż wreszcie przerodzili się w ciągły strumień. Ludzie królowej w wysadzanych ćwiekami kurtach oraz pół-hełmach wręczali każdemu mężczyźnie, kobiecie albo dziecku kawałek białego czardrzewa: patyk, rozszczepioną gałązkę jasną jak kość albo garść ciemnoczerwonych liści. Fragmenty starych bogów mają nakarmić nowego. Jon poruszył palcami ręki, w której zwykł trzymać miecz.

Żar bijący od dołu z ogniem wyczuwało się nawet z daleka. Dla dzikich musiał być straszliwy. Widział mężczyzn kulących się trwożnie, gdy zbliżali się do płomieni, słyszał płaczące dzieci. Garstka jeńców zawróciła w stronę lasu. Widział młodą, potykającą się kobietę, na obu rękach trzymającą dzieci. Co kilka kroków oglądała się za siebie, by się upewnić, że nikt za nią nie idzie. Gdy była już blisko drzew, zerwała się do biegu. Jakiś staruszek postanowił wykorzystać otrzymaną gałąź czardrzewa jako broń. Okładał nią wszystkich wkoło, aż wreszcie ludzie królowej przebili go włóczniami. Dzicy musieli omijać jego ciało, lecz po chwili ser Corliss kazał je cisnąć do ognia. Po tym wydarzeniu więcej wolnych ludzi wybierało las, być może jeden na dziesięciu.

Większość jednak przychodziła. Za nimi były tylko zimno i śmierć. Z przodu czekała nadzieja. Szli, ściskając swoje kawałki drewna, aż nadchodziła pora, by cisnąć je do ognia. R’hllor był zazdrosnym, wiecznie głodnym bóstwem. Nowy bóg pożerał trupa starego. W jego blasku Stannis i Melisandre rzucali na Mur gigantyczne cienie, czarne na tle błyszczącego czerwonawym światłem lodu.