Ryby nie wyłażą z kociołka, żeby ciebie nadziać. Jon sam wspiął się kiedyś na Mur.
– Sądząc po ilości zebranych przez nas drzewc, łucznicy Mance’a Raydera wypuścili do nas około dziesięciu tysięcy strzał – ciągnął Marsh. – A tylko niespełna sto dosięgło stojących na Murze ludzi. W większości przypadków zaniósł je tam przypadkowy powiew wiatru. Jedynym człowiekiem, który zginął na górze, był Czerwony Alyn z Różanego Lasu, a jego zabił upadek, nie strzała wbita w nogę. Donal Noye poległ, broniąc bramy.
To był odważny czyn, z pewnością... ale gdyby bramę zapieczętowano, dzielny płatnerz mógłby nadal być z nami. Nieważne, czy wrogów jest stu, czy sto tysięcy. Dopóki my stoimy na szczycie Muru, a oni są na dole, nic nie mogą nam zrobić.
Nie myli się. Zastęp Mance’a Raydera rozbił się o Mur jak fala o kamienisty brzeg, mimo że broniła go tylko garstka starców, zielonych chłopaków i kalek. Mimo to sugestia Bowena kłóciła się z wszystkimi instynktami Jona.
– Jeśli zapieczętujemy bramy, nie będziemy mogli wysyłać zwiadowców – zauważył.
– Staniemy się ślepi.
– Ostatnia wyprawa zwiadowcza lorda Mormonta kosztowała Straż jedną czwartą jej ludzi, lordzie dowódco. Musimy oszczędzać siły, które nam zostały. Każda śmierć je umniejsza, a nasze siły są straszliwie rozciągnięte... Mój stryj zawsze mawiał, że trzeba zająć wyżej położoną pozycję, by wygrać bitwę. Żadna pozycja nie jest wyżej położona niż szczyt Muru, lordzie dowódco.
– Stannis obiecał ziemię, żywność i sprawiedliwość wszystkim dzikim, którzy ugną kolan. Nie pozwoli nam zapieczętować bram.
Marsh zawahał się.
– Lordzie Snow, nie zwykłem powtarzać plotek, ale niektórzy gadają, że zbytnio... zbytnio się zaprzyjaźniłeś z lordem Stannisem. Są nawet tacy, którzy sugerują, że jesteś...
Buntownikiem i sprzedawczykiem, tak jest, a także bękartem i na dodatek wargiem. Janos Slynt nie żył, ale jego kłamstwa nie zniknęły.
– Wiem, co gadają. – Jon słyszał szepty, widział ludzi, którzy odwracali się, gdy szedł przez dziedziniec. – A co ich zdaniem powinienem uczynić? Ruszyć z mieczami w rękach na Stannisa i na dzikich? Jego Miłość ma trzy razy więcej ludzi od nas, a do tego jest naszym gościem. Chronią go prawa gościnności. Mamy też wobec niego dług.
– Lord Stannis pomógł nam, gdy potrzebowaliśmy pomocy – nie ustępował Marsh – ale nadal pozostaje buntownikiem, a jego sprawa jest skazana na klęskę. My również będziemy skazani, jeśli Żelazny Tron uzna nas za zdrajców. Musimy uważać, by nie opowiedzieć się po pokonanej stronie.
– Nie mam zamiaru opowiadać się po żadnej ze stron – odparł Jon. – Nie jestem jednak tak pewien wyniku tej wojny jak ty, wasza lordowska mość. Nie po śmierci lorda Tywina. – Jeśli wierzyć opowieściom napływającym królewskim traktem, królewski namiestnik zginął z ręki swego karłowatego syna, siedząc w wychodku. Jon poznał przelotnie Tyriona Lannistera. Uścisnął mi dłoń i nazwał mnie przyjacielem. Trudno było uwierzyć, by ten mały człowieczek był zdolny zamordować własnego ojca, ale zgon lorda Tywina wydawał się faktem. – Lew w Królewskiej Przystani to tylko szczenię, a Żelazny Tron dorosłych mężczyzn nieraz krajał na plasterki.
– Może to i chłopiec, wasza lordowska mość, ale... króla Roberta kochano, a większość ludzi nadal wierzy, że Tommen to jego syn. Im lepiej poznają lorda Stannisa, tym mniej go miłują, a jeszcze mniej jest takich, którzy lubią lady Melisandre z jej ogniami i posępnym czerwonym bogiem. Ludzie się skarżą.
– Na lorda dowódcę Mormonta też się skarżyli. Stary Niedźwiedź powiedział mi kiedyś, że ludzie uwielbiają się użalać na żony i na lordów, a ci, którzy nie mają żon, narzekają na lordów dwukrotnie więcej. – Jon Snow zerknął na palisadę. – Zostawię cię tu, żebyś dokończył roboty, Bowen. Dopilnuj, żeby spalono wszystkie trupy. Dziękuję za rady. Zapewniam, że przemyślę wszystko, co mi powiedziałeś.
W powietrzu nadal unosił się dym i drobiny popiołu. Jon ruszył kłusem w stronę bramy. Przed wejściem zsunął się z siodła, by przeprowadzić konika przez lód na południe. Edd Cierpiętnik szedł przed nim z zapaloną pochodnią. Jej płomienie muskały sufit, przy każdym więc kroku skapywały na nich zimne łzy.
– Ulżyło mi, kiedy zobaczyłem, że ten róg się spalił, wasza lordowska mość – odezwał się Edd. – Ostatniej nocy śniło mi się, że odlewałem się z Muru, gdy ktoś nagle postanowił dmuchnąć w ten róg. Nie żebym się skarżył. Lepsze to niż mój poprzedni sen, w którym Harma Psi Łeb rzucała mnie na pożarcie swoim świniom.
– Harma nie żyje – zauważył Jon.
– Ale świnie żyją. Patrzą na mnie tak samo, jak Zabójca gapił się na szynkę. Nie sugeruję, że dzicy źle nam życzą. To prawda, że porąbaliśmy ich bogów na kawałki i kazaliśmy im je spalić, ale za to daliśmy im zupę cebulową. Co znaczy bóg wobec miski porządnej zupy? Sam chętnie bym taką zjadł.
Czarny strój Jona nadal cuchnął dymem i spalonym ciałem. Młodzieniec wiedział, że powinien coś zjeść, ale pragnął towarzystwa, nie posiłku. Kubka wina z maesterem Aemonem,kilku cichych słów z Samem, odrobiny śmiechu z Pypem, Grennem i Ropuchą. Ale Aemon i Sam odpłynęli, a jego pozostali przyjaciele...
– Zjem dziś wieczorem kolację z ludźmi.
– Gotowana wołowina i buraki. – Edd Cierpiętnik zawsze wiedział, co przygotował kucharz. – Ale Hobb mówi, że brakuje mu chrzanu. Gotowana wołowina bez chrzanu jest do niczego.
Odkąd dzicy spalili starą wspólną salę, ludzie z Nocnej Straży spożywali posiłki w kamiennej piwnicy pod zbrojownią. Dwa rzędy kwadratowych kamiennych kolumn dzieliły olbrzymie pomieszczenie o kopulastym suficie na trzy części, a pod ścianami stały wielkie beczki z winem i ale. Gdy Jon wszedł do środka, za stołem ustawionym najbliżej wejścia czterech budowniczych grało w płytki. Bliżej ognia siedziała grupa zwiadowców oraz garstka ludzi króla, rozmawiających ze sobą cicho.
Młodsi mężczyźni zebrali się przy innym stole. Pyp nadział rzepę na nóż.
– Noc jest ciemna i pełna rzep – oznajmił z namaszczeniem. – Wszyscy módlmy się o dziczyznę, moje dzieci, z cebulą i odrobiną smacznego sosu.
Jego przyjaciele parsknęli śmiechem – Grenn, Ropucha, Atłas i cała reszta.
Ale nie Jon Snow.
– To głupie drwić z modlitwy innych, Pyp. Głupie i niebezpieczne.
– Jeśli czerwony bóg czuje się urażony, niech mnie powali.
Ze wszystkich twarzy zniknęły uśmiechy.
– To z czerwonej kapłanki się śmialiśmy – odezwał się Atłas, ładny gibki młodzieniec, który ongiś trudnił się kurestwem w Starym Mieście. – To był tylko żart, wasza lordowska mość.
– Wy macie swoich bogów, a ona swoich. Zostawcie ją w spokoju.
– Ona nie daje spokoju naszym – sprzeciwił się Ropucha.
– Zwie Siedmiu fałszywymi bogami, wasza lordowska mość. I starych bogów też.
Kazała dzikim spalić gałęzie czardrzew. Widziałeś to.
– Lady Melisandre nie jest moją podkomendną. Wy jesteście. Nie chcę złej krwi między ludźmi króla a moimi.
Pyp położył dłoń na ramieniu przyjaciela.
– Nie rechocz więcej, dzielna Ropucho. Przemówił wielki lord Snow. – Zerwał się na nogi i pokłonił drwiąco Jonowi.