Выбрать главу

– Błagam o przebaczenie. Od tej chwili nie śmiem nawet poruszyć uszami bez lordowskiego pozwolenia waszej lordowskiej mości.

Wydaje mu się, że to wszystko zabawa. Jon miał ochotę nim potrząsnąć, żeby wbić mu do głowy odrobinę rozsądku.

– Uszami możesz poruszać do woli. To ruszanie językiem powoduje kłopoty.

– Dopilnuję, żeby był ostrożniejszy – zapewnił Grenn. – A jeśli będzie trzeba, to mu przyłożę. – Zawahał się. – Zjesz z nami kolację, lordzie dowódco? Owen, posuń się. Zrób miejsce dla Jona.

Jon niczego nie pragnął bardziej. Nie – musiał sobie powiedzieć. Te czasy już minęły. Owa świadomość była dla niego jak nóż wbity w brzuch. Mur należał do niego i ich życie również. Lord może kochać ludzi, którymi dowodzi, ale nie może być im przyjacielem, bo pewnego dnia może być zmuszony ich osądzić albo wysłać na śmierć.

Tak mu powiedział pan ojciec.

– Innym razem – skłamał lord dowódca. – Edd, lepiej zajmij się swoją kolacją. Mam parę pilnych rzeczy do zrobienia.

Na dworze było jeszcze zimniej niż przedtem. Widział blask świec w oknach Wieży Króla. Val stała na jej dachu, gapiąc się na Mur. Stannis trzymał ją zamkniętą w pokojach położonych nad należącymi do niego, ale pozwalał jej wychodzić na dach, by rozprostować kończyny. Jest samotna – pomyślał Jon. Samotna i piękna. Ygritte była ładna na swój sposób, z rudymi włosami pocałowanymi przez ogień, ale to uśmiech przydawał życia jej twarzy. Val nie musiała się uśmiechać. Mężczyźni oglądaliby się za nią na wszystkich dworach szerokiego świata.

Niemniej strażnicy nie darzyli księżniczki dzikich miłością. Gardziła wszystkimi jako „klękaczami” i już trzykrotnie próbowała ucieczki. Gdy jeden ze zbrojnych pozwolił sobie na zbyt wiele, wyrwała mu sztylet z pochwy i dźgnęła w kark. Cal w lewo i mógłby umrzeć.

Samotna, piękna i śmiertelnie groźna – pomyślał Jon. A ja mogłem ją mieć. Ją, Winterfell i nazwisko pana ojca. Wybrał jednak czarny płaszcz i lodowy Mur. Wybrał honor. Honor bękarta.

Kiedy szedł przez dziedziniec, Mur majaczył po jego prawej stronie. Na górze lód lśnił blado, ale dolna część była pogrążona w cieniu. Pod bramą dostrzegał słaby pomarańczowy blask pochodni przeświecający przez kraty, za którymi wartownicy skryli się przed wiatrem. Jon słyszał poskrzypywanie łańcuchów. Kołysząca się winda drapała o lód. Ludzie pełniący służbę na szczycie z pewnością tłoczyli się w szopie wokół piecyka, krzycząc do siebie, by zagłuszyć wiatr. Albo może dali sobie spokój z rozmowami i każdy pogrążył się we własnym kręgu milczenia. Powinienem wjechać na górę. Mur należy do mnie.

Gdy szedł obok ruin Wieży Lorda Dowódcy, mijając miejsce, w którym Ygritte skonała w jego ramionach, nagle pojawił się Duch. Jego oddech zamieniał się w parę w zimnym powietrzu, a czerwone oczy lśniły w blasku księżyca niczym kałuże ognia. Jon poczuł w ustach smak krwi. Duch coś upolował tej nocy. Nie – pomyślał chłopak.

Jestem człowiekiem, nie wilkiem. Otarł usta grzbietem urękawicznionej dłoni i splunął.

Pokoje pod ptaszarnią nadal zajmował Clydas. Gdy Jon zapukał, zarządca dowlókł się do drzwi i uchylił je nieco. W dłoni trzymał świeczkę.

– Przeszkadzam? – zapytał Jon.

– Nie, nie. – Clydas otworzył drzwi szerzej. – Właśnie grzałem wino. Czy wasza lordowska mość wypije kubek?

– Z przyjemnością.

Ręce zesztywniały mu od zimna. Ściągnął rękawice i zaczął poruszać palcami.

Clydas wrócił do paleniska, żeby pomieszać wino. Ma sześćdziesiątkę jak nic. Jest już stary. Wydawał się młody tylko w porównaniu z Aemonem. Niski, pękaty mężczyzna miał mętne różowe oczy jak jakieś nocne stworzenie. Jego czaszki trzymała się jeszcze garstka białych włosów. Gdy nalał wino, Jon wziął kubek w obie ręce, poczuł zapach korzeni i pociągnął łyk. Poczuł, że pierś wypełnia mu ciepło. Wypił drugi łyk, tym razem dłuższy, by spłukać z ust smak krwi.

– Ludzie królowej mówią, że król za Murem umarł jak tchórz. Że błagał o litość i zapewniał, że nie jest królem.

– To prawda. Światłonośca świecił jaśniej niż kiedykolwiek przedtem. Jasno jak słońce. – Uniósł kubek. – Za Stannisa Baratheona i jego magiczny miecz.

Wino w jego ustach miało gorzki smak.

– Jego Miłość ma trudny charakter. Jak większość tych, którzy noszą koronę.

Maester Aemon mawiał, że wielu dobrych ludzi okazało się złymi królami, a niektórzy źli ludzie dobrymi.

– Z pewnością wiedział, co mówi. – Aemon Targaryen widział dziewięciu królów na Żelaznym Tronie. Był królewskim synem, bratem i stryjem. – Przejrzałem książkę, którą mi dał. Nefrytowe kompendium. Stronice mówiące o Azorze Ahai. Światłonośca był jego mieczem. Zahartował go we krwi własnej żony, jeśli wierzyć Votarowi. Od owej chwili Światłonośca nigdy nie był zimny w dotyku, lecz ciepły jak Nissa Nissa. Podczas bitwy jego klinga gorzała straszliwym żarem. Pewnego razu Azor Ahai walczył z potworem. Gdy wbił miecz w brzuch bestii, jej krew zawrzała, z paszczy buchnęły dym i para, oczy stopiły się i spłynęły po policzkach, a ciało stanęło w płomieniach.

Clydas zamrugał.

– Miecz, który sam produkuje ciepło...

– ...przydałby się na Murze. – Jon odstawił kubek i wciągnął czarne rękawice z kreciej skórki. – Szkoda, że miecz Stannisa jest zimny. Chciałbym zobaczyć, jak jego Światłonośca sprawuje się w walce. Dziękuję za wino. Duch, za mną.

Jon Snow postawił kaptur płaszcza i otworzył drwi. Biały wilk podążył za nim w noc.

W zbrojowni było ciemno i cicho. Jon skinął głową do strażników, a potem ruszył wzdłuż pogrążonych w milczeniu półek z włóczniami do swoich pokojów. Pas powiesił na jednym kołku przy drzwiach, a płaszcz na drugim. Ściągnął rękawice. Dłonie miał zimne i zesztywniałe. Minęła dłuższa chwila, nim zdołał zapalić świece. Duch zwinął się na dywaniku i zasnął, ale Jon nie mógł jeszcze udać się na spoczynek. Na podrapanym sosnowym stole leżały mapy Muru i krain położonych za nim, wykaz zwiadowców oraz list z Wieży Cieni napisany wprawną ręką ser Denysa Mallistera.

Przeczytał list raz jeszcze, naostrzył gęsie pióro i otworzył kałamarz z gęstym czarnym inkaustem. Napisał dwa listy, pierwszy do ser Denysa, a drugi do Cottera Pyke’a. Obaj domagali się więcej ludzi. Haidera i Ropuchę wysłał na zachód, do Wieży Cieni, a Grenna i Pypa do Wschodniej Strażnicy. Inkaust gęstniał, a wszystkie napisane słowa wydawały się Jonowi szorstkie, nieuprzejme i źle dobrane. Mimo to nie dawał za wygraną.

Gdy wreszcie odłożył pióro, w pokoju było ciemno i zimno. Miał wrażenie, że ściany zaciskają się wokół niego. Kruk Starego Niedźwiedzia, przycupnięty nad oknem, kierował na Jona sprytne spojrzenie czarnych oczek. Mój ostatni przyjaciel – pomyślał z żalem młodzieniec. I lepiej, żebym go przeżył, bo inaczej zeżre również i moją twarz.

Duch się nie liczył. Był czymś więcej niż przyjacielem. Częścią jego samego.

Jon wstał i wspiął się po stopniach do wąskiego łoża, które niegdyś należało do Donala Noye’a. To jest teraz mój los – uświadomił sobie, zdejmując ubranie. Na tę noc i na wszystkie pozostałe.

DAENERYS