– Pragnę ci zapewnić bezpieczeństwo. – Missandei była tylko dzieckiem i Dany czuła się przy niej tak, jakby również mogła nim być. – Mnie nikt go nie zapewnił, kiedy byłam mała. To znaczy, był ser Willem, ale potem umarł... a Viserys... pragnę cię ochraniać, ale... ale to takie trudne. Być silną. Nie zawsze wiem, jak powinnam postąpić. Ale muszę to wiedzieć. Jestem wszystkim, co mają. Jestem królową, jestem ich... ich...
– ...matką – wyszeptała Missandei.
– Matką Smoków.
Dany zadrżała.
– Nie. Matką nas wszystkich. – Dziewczynka przytuliła ją mocniej. – Wasza Miłość powinna zasnąć. Wkrótce nadejdzie świt i przyjdą błagalnicy.
– Obie zaśniemy i przyśnią nam się słodsze dni. Zamknij oczy.
Gdy Missandei to zrobiła, Dany ucałowała jej powieki. Dziewczynka zachichotała.
Pocałunki przychodziły jednak łatwiej niż sen. Zamknęła oczy i próbowała myśleć o domu, o Smoczej Skale, Królewskiej Przystani i wszystkich tych miejscach, o których opowiadał jej Viserys, leżących w krainie lepszej niż ta... ale jej myśli ciągle wracały do Zatoki Niewolniczej, jak statki niesione jakimś złowrogim wiatrem. Gdy Missandei zasnęła głęboko, Dany wysunęła się z jej objęć i wyszła w chłodne przedświtowe powietrze. Wsparła się o chłodny murek z cegieł i wyjrzała na miasto. Rozciągały się pod nią tysiące dachów pomalowanych przez księżyc na odcienie srebra i kości słoniowej.
Gdzieś pod tymi dachami zbierali się Synowie Harpii, knujący spiski, by zabić Dany i wszystkich, którzy ją kochali, a jej dzieci zakuć z powrotem w łańcuchy. Gdzieś na dole głodne dziecko domagało się płaczem mleka. Gdzieś umierała staruszka. Gdzieś mężczyzna i dziewczyna obejmowali się, niecierpliwymi dłońmi ściągając z siebie ubrania. Na górze widziała jednak tylko księżycowy blask, padający na piramidy i areny.
Nic nie zdradzało, co może się dziać pod spodem. Na górze była sama.
Była krwią smoka. Mogła zabić Synów Harpii i synów synów, a potem również ich synów. Ale smok nie nakarmi głodnego dziecka ani nie złagodzi bólu umierającej kobiety. Ikto odważyłby się pokochać smoka?
Znowu pomyślała o Daario Naharisie z jego złotym zębem, trójdzielną brodą oraz mocnymi dłońmi spoczywającymi na rękojeściach arakha i sztyletu, ukształtowanych ze złota na podobieństwo nagich kobiet. W dniu, gdy się z nim żegnała, przesuwał delikatnie wzdłuż nich kciukami. Jestem zazdrosna o rękojeści – uświadomiła sobie. O kobiety ze złota. Postąpiła rozsądnie, wysyłając go do Owczarzy. Była królową, a Daario Naharis nie nadawał się na króla.
– Minęło już wiele czasu – powiedziała ser Barristanowi nie dalej jak wczoraj. – Co, jeśli Daario zdradził? Przeszedł na stronę moich wrogów? – Trzy zdrady cię spotkają. –
Co, jeśli poznał inną kobietę? Jakąś lhazareńską księżniczkę?
Wiedziała, że stary rycerz nie lubi Daaria i nie ufa mu.
– Nie ma kobiety piękniejszej niż Wasza Miłość – odparł jednak uprzejmie. – Tylko ślepiec mógłby sądzić, że jest inaczej, a Daario Naharis nie jest ślepy.
To prawda – pomyślała. Oczy ma ciemnoniebieskie, prawie fioletowe, a kiedy się do mnie uśmiecha, jego złoty ząb błyszczy.
Ser Barristan był pewien, że Daario wróci. Dany mogła się jedynie modlić o to, by rycerz miał rację.
Kąpiel mnie uspokoi. Ruszyła boso po trawie do umieszczonego na tarasie basenu.
Dotyk chłodnej wody wywołał gęsią skórkę. Małe rybki skubały jej ręce i nogi. Zamknęła oczy, unosząc się na powierzchni.
Otworzyła je, usłyszawszy jakiś szelest. Usiadła z cichym pluskiem.
– Missandei? – zawołała. – Irri? Jhiqui?
– Wszystkie śpią – padła odpowiedź.
Pod hebanowcem stała kobieta odziana w szatę opadającą aż do trawy. Ukryta pod kapturem twarz wydawała się twarda i błyszcząca. Ona nosi maskę – uświadomiła sobie Dany. Drewnianą maskę pociągniętą ciemnoczerwonym lakierem.
– Quaithe? Czy to sen? – Uszczypnęła się w ucho i skrzywiła z bólu. – Przyśniłaś mi się na „Balerionie”, kiedy przypłynęliśmy do Astaporu.
– To nie był sen. Ani wtedy, ani teraz.
– Skąd się tu wzięłaś? Jak udało ci się ominąć strażników?
– Przybyłam w inny sposób. Twoi strażnicy mnie nie widzieli.
– Jeśli ich zawołam, zabiją cię.
– Przysięgną ci, że nikogo tu nie ma.
– Ale ty tu jesteś?
– Nie. Wysłuchaj mnie, Daenerys Targaryen. Szklane świece płoną. Wkrótce przybędzie biała klacz, a po niej inni. Kraken i czarny płomień, lew i gryf, syn słońca i smok komediantów. Nie ufaj żadnemu z nich. Pamiętaj o Nieśmiertelnych. Strzeż się perfumowanego seneszala.
– Reznaka? Dlaczego miałabym się go bać? – Dany wyszła z basenu. Strużki wody spływały jej po nogach, a na ramionach pojawiła się gęsia skórka od chłodnego, nocnego powietrza. – Jeśli pragniesz mnie przed czymś ostrzec, wyrażaj się jasno. Czego ode mnie chcesz, Quaithe?
– Pragnę wskazać ci drogę – odparła kobieta. W jej oczach odbijał się blask księżyca.
– Pamiętam ją. Żeby dotrzeć na północ, trzeba zmierzać na południe. Żeby znaleźć się na zachodzie, powinno się podążać na wschód. Żeby iść naprzód, należy się cofać, a żeby dotknąć światła, musi się przejść przez cień. – Wykręciła srebrzyste włosy. Spłynęły z nich strużki wody. – Mam już serdecznie dość zagadek. W Qarthu byłam żebraczką, ale tutaj jestem królową. Rozkazuję ci...
– Daenerys. Pamiętaj o Nieśmiertelnych. Pamiętaj, kim jesteś.
– Krwią smoka. – Ale moje smoki ryczą w ciemności. – O Nieśmiertelnych też pamiętam. Nazwali mnie dziecięciem trojga. Obiecali trzy wierzchowce, trzy ognie i trzy zdrady. Jedną za krew, jedną dla złota i jedną z...
– Wasza Miłość? – Missandei stała w drzwiach sypialni królowej, trzymając w ręce lampę. – Z kim rozmawiasz?
Dany zerknęła na drzewo. Nikt pod nim nie stał. Nie widziała szaty z kapturem, lakierowanej maski ani Quaithe.
Nie ma nikogo. To był cień. Wspomnienie. Była krwią smoka, ale ser Barristan ostrzegał ją, że w tej krwi kryje się skaza. Czy to możliwe, że tracę zmysły? Jej ojca zwano kiedyś obłąkanym.
– Modliłam się – oznajmiła naathańskiej dziewczynce. – Wkrótce zrobi się jasno.
Lepiej, żebym coś zjadła, zanim zaczną się audiencje.
– Przyniosę ci śniadanie.
Gdy Dany została sama, okrążyła piramidę, licząc na to, że znajdzie Quaithe gdzieś za zwęglonymi drzewami i spaloną ziemią pozostałymi w miejscu, gdzie jej ludzie próbowali schwytać Drogona. Słyszała jednak tylko wiatr świszczący wśród drzew owocowych. Nie było tu nic żywego poza kilkoma jasnymi ćmami.
Missandei przyniosła melon i miskę jaj na twardo, ale Dany nie miała apetytu. Gdy niebo zaczęło jaśnieć i gwiazdy znikały jedna po drugiej, Irri i Jhiqui pomogły jej wdziać tokar z fiołkowego jedwabiu, obszyty złotą nicią.
Kiedy pojawili się Reznak i Skahaz, złapała się na tym, że spogląda na nich nieufnie, pamiętając o trzech zdradach. Strzeż się perfumowanego seneszala. Powąchała podejrzliwie Reznaka mo Reznaka. Mogłabym rozkazać Golonemu Łbu aresztować go i przesłuchać. Czy to powstrzymałoby proroctwo? Czy może jakiś inny zdrajca zająłby jego miejsce? Proroctwa są podstępne – powtórzyła sobie. Niewykluczone, że Reznak jest tylko tym, kim się wydaje.