W fioletowej komnacie na Dany czekała hebanowa ława, wyłożona stosem atłasowych poduszek. Uśmiechnęła się blado na ten widok. To robota ser Barristana.
Stary rycerz był dobrym człowiekiem, ale czasami traktował wszystko zbyt dosłownie.
To był tylko żart, ser – pomyślała, ale i tak usiadła na jednej z poduszek.
Nieprzespana noc wkrótce dała się odczuć. Po krótkiej chwili Dany musiała ukryć ziewnięcie. Reznak ględził o cechach rzemieślniczych. Najwyraźniej kamieniarze gniewali się na nią. I murarze również. Niektórzy z byłych niewolników obrabiali kamień oraz układali cegły, kradnąc pracę cechowym czeladnikom i mistrzom.
– Praca wyzwoleńców jest zbyt tania, Wasza Wspaniałość – mówił Reznak. –
Niektórzy podają się za czeladników, a nawet mistrzów, mimo że zgodnie z prawem owe tytuły przysługują jedynie rzemieślnikom zrzeszonym w cechach. Kamieniarze i murarze z całym szacunkiem upraszają Waszą Łaskawość o obronę ich starożytnych praw oraz zwyczajów.
– Wyzwoleńcy pracują tanio, ponieważ są głodni – zauważyła Dany. – Jeśli zabronię im obrabiania kamienia albo układania cegieł, wkrótce u moich bram pojawią się producenci świec, tkacze i złotnicy, domagając się, bym ich rzemiosła również zamknęła dla wyzwoleńców. – Zastanawiała się przez chwilę. – Napiszcie, że od tej pory tylko członkom cechów wolno będzie zwać się czeladnikami albo mistrzami... pod warunkiem że cechy otworzą swe bramy dla wyzwoleńców, którzy wykażą się wymaganymi umiejętnościami.
– Ogłosimy twą decyzję – zapewnił Reznak. – Czy Wasza Łaskawość zechce teraz wysłuchać szlachetnego Hizdahra zo Loraqa?
Czy on nigdy nie przyzna się do porażki?
– Niech wystąpi.
Dziś Hizdahr nie wdział tokaru, a tylko prostą szaroniebieską szatę. Zgolił też brodę i ściął włosy. Nie wygolił sobie czaszki na łyso, ale przynajmniej jego absurdalne skrzydła zniknęły.
– Twój golibroda dobrze się spisał, Hizdahrze. Mam nadzieję, że przyszedłeś po to, by zademonstrować mi jego dzieło i nie masz zamiaru znowu zawracać mi głowy arenami.
Mężczyzna pokłonił się nisko.
– Wasza Miłość, obawiam się, że muszę to zrobić.
Dany skrzywiła się z niezadowoleniem. Nawet jej właśni ludzie nie chcieli zapomnieć o tej sprawie. Reznak mo Reznak podkreślał, że podatki ściągane z aren zasilą ich kasę.
Zielona Gracja zapewniała, że bogowie będą zadowoleni z ich otwarcia. Golony Łeb uważał, że zapewni jej to poparcie ludu przeciwko Synom Harpii. „Niech sobie walczą” – mruczał Silny Belwas, który sam ongiś był mistrzem areny. Ser Barristan zasugerował, by zamiast tego urządzili turniej. Jego sieroty mogłyby atakować pierścienie i stoczyć walkę zbiorową na tępą broń. Dany wiedziała jednak, że ta zgłoszona w dobrej wierze propozycja nic nie da. Meereeńczycy pragnęli oglądać krew, nie umiejętności. W przeciwnym razie walczący niewolnicy nosiliby zbroje. Tylko mała skryba Missandei podzielała obawy królowej.
– Odmówiłam ci już sześć razy – przypomniała Hizdahrowi Dany.
– Wasza Promienność czci siedmiu bogów, więc może zechce łaskawiej spojrzeć na moją siódmą prośbę. Dzisiaj nie przybyłem sam. Zechcesz wysłuchać moich przyjaciół?
Ich również jest siedmioro. – Zaczął ich kolejno przedstawiać. – To jest Khrazz. To Barsena Czarnowłosa, zawsze waleczna. To są Camarron od Rachuby i Goghor Gigant.
To Cętkowany Kot, a to Nieustraszony Ithoke. A na koniec Belaquo Łamignat. Przyszli po to, by dołączyć swe głosy do mojego i błagać Waszą Miłość o otworzenie aren.
Dany znała tych siedmioro, z imion, nawet jeśli nie z widzenia. Wszyscy należeli do najsławniejszych niewolników z aren... a to właśnie ci niewolnicy, uwolnieni z łańcuchów przez jej szczury kanałowe, stanęli na czele powstania, które zdobyło dla nich miasto.
Miała wobec nich dług krwi.
– Wysłucham was – zgodziła się.
Jedno po drugim podchodzili do niej i prosili, by zgodziła się otworzyć areny.
– Dlaczego? – zapytała, gdy Ithoke skończył. – Nie jesteście już niewolnikami. Nie musicie umierać dla zaspokojenia kaprysów swych panów. Uwolniłam was. Dlaczego chcecie zakończyć życie na szkarłatnym piasku?
– Ćwiczę od trzeciego roku życia – odparł Goghor Gigant. – A zabijam od szóstego.
Matka Smoków mówi, że jestem wolny. To dlaczego nie wolno mi walczyć?
– Jeśli pragniesz walki, walcz dla mnie. Poprzysięgnij wierność Twardym Tarczom albo Ludziom Matki. Naucz walki innych wyzwoleńców.
Goghor potrząsnął głową.
– Przedtem walczyłem dla pana. Mówisz, żebym walczył dla ciebie. A ja mówię, że będę walczył dla siebie. – Ogromny mężczyzna walnął się w pierś pięścią wielką jak szynka. – Dla złota. Dla chwały.
– Goghor przemawia w imieniu nas wszystkich. – Cętkowany Kot nosił przerzuconą przez ramię skórę lamparta. – Kiedy ostatnio mnie sprzedano, cena wynosiła trzysta tysięcy honorów. Jako niewolnik spałem na futrach i obgryzałem z kości czerwone mięso. A teraz jestem wolny, śpię na słomie i jem soloną rybę, jeśli uda mi się ją dostać.
– Hizdahr przysięga, że zwycięzcy otrzymają połowę monet zebranych przy bramach – dodał Khrazz. – Przysięga, że połowę, a Hizdahr to honorowy człowiek.
Nie honorowy, tylko sprytny. Daenerys poczuła, że jest w pułapce.
– A pokonani? Co oni otrzymają?
– Ich imiona zostaną wyryte na Bramach Losu, obok innych, którzy zginęli w walce – oznajmiła Barsena. Ponoć przez osiem lat zabijała wszystkie kobiety, które się z nią zmierzyły. – Wszyscy muszą umrzeć, mężczyźni i kobiety, ale nie o wszystkich będzie się pamiętać.
Dany nie potrafiła na to odpowiedzieć. Jeśli moi poddani naprawdę tego pragną, jakie mam prawo im odmawiać? To było ich miasto, zanim stało się moje, i to własne życie pragną poświęcić.
– Rozważę wszystkie wasze słowa. Dziękuję za udzielone mi rady. – Wstała. – Resztę przełożymy na jutro.
– Wszyscy klękają przed Daenerys Zrodzoną w Burzy, Niespaloną, królową Meereen, królową Andalów, Rhoynarów i Pierwszych Ludzi, khaleesi Wielkiego Morza Traw, Wyzwolicielką z Okowów i Matką Smoków – zawołała Missandei.
Ser Barristan odprowadził ją do komnat.
– Opowiedz mi coś, ser – zażądała. – Jakąś historię o bohaterskich czynach ze szczęśliwym zakończeniem. – Nagle bardzo zapragnęła szczęśliwych zakończeń. –
Opowiedz, jak uciekłeś przez uzurpatorem.
– Wasza Miłość, uciekałem, by uratować życie. Nie ma w tym nic bohaterskiego.
Dany usiadła na poduszce, skrzyżowała nogi i spojrzała na niego.
– Proszę. To młody uzurpator usunął cię z Gwardii Królewskiej...
– Tak, Joffrey. Jako przyczynę podali mój wiek, ale prawda wyglądała inaczej.
Chłopak chciał dać biały płaszcz swemu psu, Sandorowi Clegane’owi, a jego matka pragnęła, by Królobójca został jej lordem dowódcą. Kiedy mi o tym powiedzieli... zdjąłem płaszcz, jak mi rozkazali, rzuciłem miecz do stóp Joffreya, a potem przemówiłem nierozsądnie.
– Co powiedziałeś?
– Prawdę... ale na ich dworze prawda nigdy nie była mile widziana. Wyszedłem z sali tronowej, unosząc głowę wysoko, ale nie miałem pojęcia, dokąd się udam. Nie miałem żadnego domu poza Wieżą Białego Miecza. Wiedziałem, że kuzyni znajdą dla mnie miejsce w Żniwnym Dworze, ale nie chciałem ściągnąć im na głowy niezadowolenia Joffreya. Gdy zbierałem swe rzeczy, przyszło mi na myśl, że sam ściągnąłem na siebie ten los, przyjmując ułaskawienie Roberta. On był dobrym rycerzem, ale złym królem, ponieważ nie miał praw do tronu, na którym zasiadał. Wtedy właśnie zrozumiałem, że jeśli pragnę odkupienia, muszę odnaleźć prawdziwego króla i służyć mu ze wszystkich sil, jakie mi pozostały.