Выбрать главу

Nazywała się Hazzea. Miała cztery lata. Chyba że jej ojciec kłamał. To było możliwe.

Nikt poza nim nie widział smoka. Jedynym dowodem, jaki przedstawił, były nadpalone kości, ale one o niczym nie świadczyły. Mógł sam zabić dziewczynkę, a potem ją spalić.

Nie byłby pierwszym ojcem, który pozbył się niechcianej córki, jak twierdził Golony Łeb.

Winni mogą też być Synowie Harpii. Mogli sprawić, żeby to wyglądało na atak smoka, żeby miasto mnie znienawidziło. Dany pragnęła w to uwierzyć, ale... w takim przypadku, czy ojciec Hazzei zaczekałby, aż komnata audiencyjna niemal się opróżni, nim by do niej podszedł. Gdyby zamierzał podburzyć Meereeńczyków przeciwko niej, opowiedziałby swą historię, gdy w komnacie było pełno słuchaczy.

Golony Łeb nalegał, by kazała go zabić.

– Przynajmniej wyrwij mu język. Jego kłamstwa mogą zgubić nas wszystkich.

Dany jednak postanowiła zapłacić okup. Nikt nie potrafił jej powiedzieć, ile jest warta córka, wypłaciła więc stukrotność ceny za owcę.

– Zwróciłabym ci Hazzeę, gdybym mogła – oznajmiła ojcu – ale pewne sprawy wykraczają nawet poza możliwości królowych. Pochowamy jej kości w Świątyni Łask i sto świec będzie się paliło dniem i nocą, by uczcić jej pamięć. Wracaj do mnie co rok w dzień jej imienia, a twoim innym dzieciom niczego nie braknie... ale ta opowieść nigdy więcej nie może wyjść z twoich ust.

– Ludzie będą pytać – odparł pogrążony w żałobie ojciec. – Będą pytać, gdzie jest Hazzea i dlaczego umarła.

– Ukąsił ją wąż – oznajmił Reznak mo Reznak. – Albo porwał żarłoczny wilk. Nagle zachorowała. Powiedz, co zechcesz, ale nie wspominaj o smokach.

Viserion zadrapał pazurami o kamienie. Potężne łańcuchy zagrzechotały, gdy znowu spróbował do niej dotrzeć. Nie zdołał osiągnąć celu i ryknął, wykręcając szyję do tyłu tak mocno, jak tylko mógł. Złocisty płomień padł na ścianę za nim. Ile czasu minie, nim ten ogień zrobi się tak gorący, że kamienie od niego popękają, a żelazo się roztopi?

Jeszcze niedawno jechał na ramieniu Dany, owijając ogon wokół jej ramienia.

Jeszcze niedawno karmiła go z ręki przypalonym mięsem. Jego pierwszego zakuto w łańcuchy. Daenerys sama zaprowadziła go do podziemia i zamknęła tam z kilkoma wołami. Kiedy się nażarł do syta, zapadł w drzemkę, i wtedy założyli mu łańcuchy.

Z Rhaegalem było trudniej. Być może usłyszał ryki rozjuszonego brata, choć dzieliły ich od siebie mury z cegieł i kamieni.

W końcu musieli narzucić na niego sieć z ciężkich żelaznych łańcuchów, gdy grzał się w słońcu na jej tarasie. Opierał się tak gwałtownie, szarpiąc się i kłapiąc szczękami, że minęły trzy dni, nim sprowadzili go na dół schodami dla służby. Jego ogień poparzył sześciu ludzi.

A Drogon...

Pogrążony w żałobie ojciec nazwał go skrzydlatym cieniem. Drogon był największy, najgwałtowniejszy i najdzikszy z jej smoków. Jego łuski były czarne, a oczy przypominały kałuże ognia.

Drogon daleko zapuszczał się na polowanie, ale lubił wygrzewać się w słońcu na szczycie Wielkiej Piramidy, gdzie kiedyś stała harpia Meereen. Trzykrotnie próbowali go tam pojmać, lecz za każdym razem bez powodzenia. Czterdziestu jej najodważniejszych ludzi ryzykowało życie. Prawie wszyscy zostali poparzeni, a czterech z nich śmiertelnie.

Kiedy po raz ostatni widziała Drogona, odlatywał ku zachodzącemu słońcu w noc trzeciej próby. Czarny smok przeleciał nad Skahazadhanem, zmierzając na północ, ku wysokim trawom morza Dothraków. Nie wrócił.

Matka smoków – pomyślała Daenerys. Matka potworów. Co sprowadziłam na świat? Jestem królową, ale mój tron jest zrobiony ze spalonych kości i stoi na ruchomych piaskach. Jak mogła utrzymać Meereen bez smoków, nie wspominając już o odzyskaniu Westeros? Jestem krwią smoka. Jeśli one są potworami, to ja również.

FETOR

Szczur pisnął, gdy więzień go ugryzł, rozpaczliwie próbując wyrwać mu się z rąk.

Brzuch był najbardziej miękki. Mężczyzna rozdzierał zębami słodkie mięso, po wargach spływała mu ciepła krew. Było tak smaczne, że oczy zaszły mu łzami. Gdy przełknął kąsek, zaburczało mu w brzuchu. Po trzecim ugryzieniu szczur przestał się wyrywać.

Więzień czuł się niemal zadowolony.

Potem jednak usłyszał głosy pod drzwiami celi.

Natychmiast znieruchomiał. Bał się nawet żuć. Usta miał pełne mięsa, krwi i włosów, ale nie odważył się ich wypluć ani przełknąć. Wsłuchiwał się z przerażeniem w szuranie obutych stóp i brzęk żelaznych kluczy. Nie – pomyślał. Bogowie, błagam, tylko nie teraz. Schwytanie szczura kosztowało go bardzo wiele czasu. Jeśli mnie z nim złapią, zabiorą go, a potem lord Ramsay zada mi ból.

Wiedział, że powinien ukryć szczura, ale był tak straszliwie głodny. Nic nie jadł od dwóch dni, może nawet trzech. Po ciemku trudno było to określić. Ręce i nogi miał chude jak szczapy, lecz za to brzuch obrzęknięty i pusty. Bolał go tak bardzo, że przypomniała mu się lady Hornwood. Lord Ramsay poślubił ją, a potem zamknął w wieży, gdzie umarła z głodu. Pod koniec zjadła własne palce.

Przykucnął w kącie celi, ściskając w rękach swój łup. Krew spływała mu z kącików ust, gdy rozszarpywał szczura zębami, starając się połknąć jak najwięcej ciepłego mięsa.

Było łykowate i tak soczyste, że bał się, iż zwymiotuje. Żuł i przełykał, wyciągając małe kosteczki z dziur po wyrwanych zębach. Gryzienie było bolesne, ale ból nie pozwalał mu przestać.

Dźwięki stawały się coraz głośniejsze. Bogowie, błagam, niech nie idzie do mnie.

Były tu też inne cele, inni więźniowie. Słyszał niekiedy ich krzyki, przebijające się przez grube kamienne mury. Kobiety zawsze wrzeszczą najgłośniej. Wyssał surowe mięso i spróbował wypluć szczurzą kość, ale zsuwając mu się z dolnej wargi tylko zaplątała się w brodę. Idźcie sobie – modlił się. Idźcie sobie, pójdźcie dalej, proszę, proszę.

Kroki jednak ucichły w chwili, gdy były najgłośniejsze, a klucze zagrzechotały tuż za jego drzwiami. Szczur wypadł mu z palców. Więzień wytarł okrwawione palce o spodnie.

– Nie – wymamrotał. – Nieeee.

Uderzał piętami o słomę, próbując wcisnąć się w najdalszy kąt, pod zimnym wilgotnym murem.

Najstraszliwszy był dźwięk obracanego w zamku klucza. Gdy na twarz padło mu światło, z jego ust wyrwał się przenikliwy krzyk. Spróbował zasłonić oczy dłońmi. Głowa bolała go tak bardzo, że wydrapałby je sobie, gdyby tylko się ośmielił.

– Zabierzcie to, zróbcie to po ciemku. Proszę, och proszę.

– To nie on – usłyszał chłopięcy głos. – Popatrz na niego. Pomyliliśmy cele.

– Ostatnia cela po lewej – sprzeciwił się drugi chłopiec. – To jest ostatnia cela po lewej, tak?

– Ehe. – Pierwszy z mówiących umilkł na chwilę. – Co on mówi?

– Chyba nie lubi światła.

– A ty byś lubił, jakbyś tak wyglądał? – Chłopak odkaszlnął i splunął. – A jak śmierdzi. Chyba się zakrztuszę.

– Jadł szczury – zauważył drugi chłopak. – Popatrz.

– Rzeczywiście – zgodził się ze śmiechem pierwszy. – To śmieszne.

Musiałem – pomyślał więzień. Szczury atakowały go, kiedy spał, ogryzały mu palce u rąk i nóg, a nawet twarz, gdy więc złapał jednego z nich, nie wahał się ani chwili. Albo ty jesz, albo ciebie jedzą. To był jedyny wybór.