– Zrobiłem to – wymamrotał. – Zrobiłem, zrobiłem. Zjadłem go. One robią ze mną to samo, proszę...
Chłopcy podeszli bliżej. Słoma chrzęściła cicho pod ich stopami.
– Powiedz coś – zażądał jeden z nich, ten mniejszy. Był chudy, ale sprytny. –
Pamiętasz, kim jesteś?
W brzuchu więźnia zagotował się strach. Mężczyzna jęknął.
– Powiedz coś. Jak masz na imię?
Moje imię. Krzyk uwiązł mu w gardle. Nauczyli go, jak ma na imię, tak jest, ale to było tak dawno, że już zapomniał. Jeśli źle odpowiem, zabierze kolejny palec albo jeszcze gorzej, może... może...
– Proszę – pisnął słabym, cienkim głosikiem, godnym stuletniego starca. Być może rzeczywiście nim był. Jak długo już tu siedzę? – Zostawcie mnie – mamrotał przez wybite zęby i połamane palce, zaciskając mocno powieki w straszliwie jasnym świetle. –
Proszę. Możecie zabrać szczura, ale nie róbcie mi krzywdy.
– Fetor – podpowiedział mu większy chłopiec. – Nazywasz się Fetor. Pamiętasz?
On trzymał w ręce pochodnię, a młodszy pęk żelaznych kluczy.
Fetor? Łzy spłynęły mu po policzkach.
– Pamiętam. Tak. – Otworzył i zamknął usta. – Nazywam się Fetor. Muszę cierpieć przeto.
W ciemności nie potrzebował imienia i łatwo mu było je zapomnieć. Fetor. Fetor, nazywam się Fetor. Nie przyszedł na świat z tym imieniem. Kiedyś, w innym życiu, nosił odmienne, ale tu i teraz był Fetorem. Pamiętał.
Przypomniał sobie też chłopaków. Byli ubrani w identyczne wamsy z jagnięcej wełny, srebrnoszare z ciemnoniebieskim obszyciem. Obaj mieli osiem lat, byli giermkami i nazywali się Walder Frey. Duży Walder i Mały Walder, tak jest. Ale to ten większy był Małym Walderem, a mniejszy Dużym. Chłopców to bawiło, a resztę świata wprowadzało w błąd.
– Znam was – wyszeptał przez spękane usta. – Wiem, jak się nazywacie.
– Masz iść z nami – oznajmił Mały Walder.
– Jego lordowska mość cię wzywa – dodał Duży Walder.
Strach przeszył go jak nóż. To tylko dzieci – pomyślał. Dwaj ośmioletni chłopcy. Z pewnością da sobie radę z dwoma ośmioletnimi chłopcami, nawet tak osłabiony. Mógłby zabrać im pochodnie, klucze i sztylet wiszący u pasa Małego Waldera, a potem uciec.
Nie, to zbyt łatwe. To pułapka. Jeśli ucieknę, zabierze mi jeszcze jeden palec i kilka dalszych zębów.
Już raz próbował ucieczki. Wydawało mu się, że od owej chwili minęło wiele lat. Miał jeszcze wówczas w sobie trochę sił i był zdolny stawiać opór. To Kyra przyszła wtedy z kluczami. Powiedziała, że je ukradła i wie, iż tylna furta nigdy nie jest strzeżona.
– Zabierz mnie z powrotem do Winterfell – błagała z drżeniem. Twarz miała pobladłą. – Nie znam drogi. Nie mogę uciec sama. Chodź ze mną, proszę.
Posłuchał jej. Strażnik był kompletnie pijany. Leżał w kałuży wina, spodnie opadły mu do kostek. Drzwi lochu były otwarte, a tylnej furty nikt nie pilnował, zgodnie ze słowami dziewczyny. Zaczekali, aż księżyc skryje się za chmurą, a potem wymknęli się z zamku i przeszli w bród Płaczącą Wodę, potykając się o kamienie, zimne jak zamarzająca woda. Gdy znaleźli się na drugim brzegu, pocałował ją.
– Uratowałaś nas – oznajmił.
Głupiec. Głupiec.
Wszystko to była pułapka, gra, drwina. Lord Ramsay uwielbiał polowania i wolał ścigać dwunożną zwierzynę. Całą noc biegli przez pogrążoną w mroku puszczę, ale gdy wzeszło słońce, usłyszeli za drzewami odległy dźwięk rogu oraz ujadanie sfory ogarów.
– Powinniśmy się rozdzielić – powiedział Kyrze, gdy psy się zbliżały. – Nie zdołają wytropić obojga.
Dziewczyna oszalała jednak ze strachu i nie chciała go opuścić, nawet gdy przysiągł, że zwoła zastęp żelaznych ludzi i wróci po nią, jeśli to jej trop wybiorą psy.
Pojmano ich przed upływem godziny. Jeden ogar przewrócił go na ziemię, a drugi ugryzł w nogę próbującą wbiec na wzgórze Kyrę. Reszta sfory otoczyła ich, warcząc i ujadając. Kłapały zębami, gdy tylko próbowali się poruszyć, nie pozwalając im uciec, aż zjawił się Ramsay Snow ze swymi łowcami. Był jeszcze wtedy bękartem, nie Boltonem.
– Tu jesteście – rzekł, uśmiechając się do nich z siodła. – Zraniliście mnie, oddalając się w ten sposób. Czyżbyście tak szybko znudzili się moją gościnnością?
Wtedy właśnie Kyra złapała za kamień i rzuciła nim w jego głowę. Chybiła o dobrą stopę.
– Trzeba cię ukarać – oznajmił z uśmiechem.
Fetor pamiętał wyraz rozpaczliwego przerażenia w oczach dziewczyny. Nigdy nie wyglądała tak młodo, jak w owej chwili, jeszcze prawie dziecko. Nie mógł jej jednak pomóc. To ona ściągnęła na nas ten los – pomyślał. Gdybyśmy się rozdzielili, jak tego chciałem, jedno z nas mogłoby uciec. Trudno mu było oddychać przez to wspomnienie.
Odwrócił twarz od blasku pochodni. Oczy zaszły mu łzami. Czego tym razem ode mnie chce? – myślał zdesperowany. Dlaczego nie może dać mi spokoju? Nie zrobiłem nic złego, nie tym razem, czemu nie zostawią mnie w ciemności? Miał szczura, tłustego, ciepłego i wciąż drgającego...
– Nie powinniśmy go umyć? – zapytał Mały Walder.
– Jego lordowska mość woli, żeby śmierdział – odparł Duży Walder. – Dlatego nazwał go Fetorem.
Fetor. Nazywam się Fetor, muszę cierpieć przeto. Musi o tym pamiętać. Służ, słuchaj i pamiętaj, kim jesteś, a nie spotka cię już nic złego. Obiecał mi, jego lordowska mość obiecał. Nawet gdyby chciał stawić opór, nie miał sił. Odebrały mu je biczowanie, głód i zdzieranie skóry. Gdy Mały Walder pociągnął go za rękę, by wstał, a Duży Walder machnął pochodnią, wyganiając go z celi, poszedł za nimi posłusznie jak pies. Gdyby miał ogon, podkuliłby go.
Gdybym miał ogon, Bękart by mi go uciął. Ta myśl nadeszła nieproszona. Podła, niebezpieczna myśl. Jego lordowska mość nie był już bękartem. Jest Boltonem, nie Snowem. Chłopiec zasiadający na Żelaznym Tronie uczynił go prawowitym synem, dał prawo używania tytułu jego pana ojca. Gdyby nazwał go Snowem, przypomniałby mu o nieprawym pochodzeniu, co wprawiłoby go w morderczy szał. Musi o tym pamiętać. I jeszcze imię. Musi pamiętać swe imię. Umknęło mu na pół uderzenia serca, co przeraziło go tak bardzo, że potknął się na stromych schodach lochu i rozdarł spodnie o kamień.
Popłynęła krew. Mały Walder musiał zagrozić mu pochodnią, by skłonić go do wstania i ruszenia w dalszą drogę.
Wyszli na dziedziniec. Nad Dreadfort zapadała noc. Nad wschodnimi murami zamku wzeszedł księżyc w pełni. Wysokie trójkątne blanki rzucały w jego bladym blasku na zamarzniętą ziemię cienie przypominające szereg ostrych czarnych zębów. Było zimno.
W wilgotnym powietrzu unosiły się na wpół zapomniane zapachy. To świat – powiedział sobie Fetor. Tak właśnie pachnie świat. Nie wiedział, jak długo siedział w lochu, ale z pewnością minęło co najmniej pół roku. Albo więcej. A gdyby to było pięć lat, dziesięć albo nawet dwadzieścia? Czy wiedziałbym o tym? Co, jeśli popadłem tam w obłęd i minęła połowa mojego życia? Nie, to był nonsens. Nie mógł tam siedzieć tak długo. Chłopcy nadal byli chłopcami. Gdyby minęło dziesięć lat, staliby się już dorosłymi mężczyznami. Musi o tym pamiętać. Nie mogę pozwolić, by doprowadził mnie do obłędu. Może zabrać mi palce u rąk i nóg, wyłupić oczy i obciąć uszy, ale nie zdoła mnie pozbawić rozumu, chyba że sam mu pozwolę.