Выбрать главу

– Fetor, mam dla ciebie radosne wieści – ciągnął lord Ramsay, nalewając sobie ale.

– Mam się ożenić. Pan ojciec przywiezie mi Starkównę. Córkę lorda Eddarda. Aryę.

Pamiętasz małą Aryę, prawda?

Arya wszędobylska. Omal nie powiedział tego na głos. Arya o końskim pysku.

Młodsza siostra Robba. Miała brązowe włosy, pociągłą twarz, była chuda jak patyk i zawsze brudna. To Sansa była ładna. Przypomniał sobie czasy, gdy myślał, że lord Eddard Stark może wydać za niego Sansę i uznać go za syna. To były tylko dziecinne mrzonki. Ale Arya...

– Pamiętam ją. Arya.

– Będzie panią Winterfell, a ja będę jej lordem.

To jeszcze dziecko.

– Tak, panie. Gratuluję.

– Pojedziesz ze mną na ślub, Fetor?

– Jeśli wasza lordowska mość sobie życzy – odparł po chwili wahania.

– Och, życzę sobie.

Fetor zawahał się ponownie, zastanawiając się, czy to jakaś okrutna pułapka.

– Tak, panie. Jeśli zechcesz. To byłby dla mnie zaszczyt.

– W takim razie musimy cię zabrać z tego ohydnego lochu. Wyszorujemy cię do czysta, dostaniesz świeże ubranie i coś dojedzenia. Mam dla ciebie drobne zadanie i jeśli masz mi służyć, musisz odzyskać siły. Wiem, że pragniesz mi służyć.

– Tak, panie. Bardziej niż czegokolwiek innego. – Przeszył go dreszcz. – Jestem twoim Fetorem. Błagam, pozwól, bym ci służył. Błagam.

– Jak mógłbym ci odmówić, skoro prosisz tak ładnie? – odparł z uśmiechem Ramsay Bolton. – Ruszam na wojnę, Fetor. A ty będziesz mi towarzyszył. Razem przywieziemy do domu moją dziewiczą narzeczoną.

BRAN

Coś w głosie kruka sprawiło, że po plecach Brana przebiegły ciarki. Jestem już prawie dorosłym mężczyzną – musiał sobie powiedzieć. Muszę być odważny.

Powietrze było jednak zimne, ostre i pełne strachu. Nawet Lato się bał. Jeżył sierść na karku. Na pagórkach zalegały cienie, czarne i głodne. Wszystkie drzewa pochylały się i wyginały pod ciężarem skuwającego je lodu. Niektóre prawie wcale już nie przypominały drzew. Od korzeni aż po szczyty pokryte zamarzniętym śniegiem wyglądały jak przycupnięte na drzewach olbrzymy, pokraczne monstra kulące się na lodowatym wietrze.

– Są tutaj.

Zwiadowca wyciągnął miecz.

– Gdzie? – zapytała Meera ściszonym głosem.

– Blisko. Nie wiem. Gdzieś.

Kruk znowu wrzasnął.

– Hodor – szepnął Hodor. Olbrzym schował ręce pod pachy. Z krzaczastej kasztanowej brody zwisały mu sople, a wąsy przerodziły się w bryły zamarzniętych smarków, połyskujące czerwonawo w blasku zachodzącego słońca.

– Wilki również są blisko – ostrzegł ich Bran. – Te, które szły za nami. Lato czuje ich zapach, gdy tylko wiatr wieje w naszą stronę.

– Wilki to najmniejsze z naszych zmartwień – stwierdził Zimnoręki. – Musimy się wspiąć na górę. Wkrótce zrobi się ciemno. Dobrze by było, gdybyście przed zapadnięciem nocy znaleźli się w środku. Wasze ciepło je przywabi.

Zerknął na zachód, gdzie za drzewami można było zobaczyć słaby blask zachodzącego słońca, przypominający odległy ogień.

– Czy to jedyna droga? – zapytała Meera.

– Tylne wejście jest dziewięć mil stąd, na dnie leja.

Nie musiał dodawać nic więcej. Nawet Hodor nie zdołałby zejść na dno leja z Branem na plecach, a Jojen nie przejdzie dziewięciu mil. Równie dobrze mogliby mu kazać przebiec tysiąc.

Meera przyjrzała się wzgórzu.

– Droga wygląda na czystą.

– Wygląda – mruknął złowrogo zwiadowca. – Czujesz zimno? Coś tu jest. Gdzie się ukrywają?

– W jaskini? – zasugerowała dziewczyna.

– Jaskinia ma osłony. Nie wejdą. – Zwiadowca wskazał mieczem. – Widać stąd wejście. Ta szczelina w skale, w połowie wysokości stoku, między czardrzewami.

– Widzę ją – potwierdził Bran. Kruki latały we wszystkie strony.

– Hodor – powiedział Hodor, przestępując z nogi na nogę.

– Ja widzę tylko zagłębienie – sprzeciwiła się Meera.

– Jest tam przejście. Z początku strome i kręte. Tunel biegnący przez skałę. Jeśli zdołacie do niego dotrzeć, będziecie bezpieczni.

– A co z tobą?

– Jaskinia ma osłony.

Meera przyjrzała się szczelinie.

– Nie może być dalej niż tysiąc jardów stąd.

To prawda – pomyślał Bran. Ale to jest tysiąc jardów pod górę. Wzgórze było strome i porośnięte gęstym lasem. Śnieg przestał padać przed trzema dniami, lecz w ogóle nie topniał i pod drzewami ziemię pokrywała gruba warstwa nieskazitelnej bieli.

– Nikogo tu nie ma – zapewnił chłopiec z odwagą w głosie. – Spójrzcie na śnieg. Nie widać śladów.

– Biali wędrowcy lekko stąpają po śniegu – rzekł zwiadowca. – Nie zobaczycie ich tropów.

Jeden z kruków sfrunął z gałęzi i usiadł mu na ramieniu. Towarzyszyło im już tylko kilkanaście wielkich czarnych ptaków. Reszta zniknęła gdzieś po drodze. Co rano, budząc się, zauważali, że jest ich mniej.

Chodźcie – zaskrzeczał kruk. – Chodźcie, chodźcie.

Trójoka wrona – pomyślał Bran. Zielony jasnowidz.

– To nie jest daleko – stwierdził. – Krótka wspinaczka i będziemy bezpieczni. Może uda się rozpalić ognisko.

Wszyscy oprócz zwiadowcy byli zmarznięci, przemoczeni i głodni, a Jojen Reed osłabł tak bardzo, że nie mógł chodzić o własnych siłach.

– Wy idźcie. – Meera Reed pochyliła się nad bratem.

Jojen siedział wsparty o pień dębu. Zamknął oczy i dygotał gwałtownie. Niewielki fragment jego twarzy nieosłonięty przez kaptur i szalik był bezbarwny jak pokrywający ziemię śnieg, ale z nozdrzy chłopaka nadal wydobywały się niewielkie obłoczki pary.

Siostra niosła go przez cały dzień. Posiłek i ogień pomogą mu odzyskać siły – przekonywał sam siebie Bran, choć nie był pewien, czy tak się stanie.

– Nie dam rady jednocześnie walczyć i nieść Jojena. Zbocze jest za strome – podjęła Meera. – Hodor, zanieś Brana do jaskini.

– Hodor.

Olbrzym klasnął w dłonie.

– Jojen po prostu musi coś zjeść – stwierdził Bran z przygnębieniem w głosie. Minęło dwanaście dni, odkąd łoś padł na ziemię po raz trzeci i ostatni. Zimnoręki uklęknął w zaspie obok zwierzęcia, wyszeptał błogosławieństwo w jakimś niezwykłym języku i poderżnął mu gardło. Gdy trysnęła czerwona krew, Bran popłakał się jak dziewczynka.

Nigdy nie odczuwał swego kalectwa dotkliwiej niż wtedy, gdy patrzył bezradnie, jak Meera Reed i Zimnoręki ćwiartują odważne zwierzę, które zaniosło ich tak daleko.

Powtarzał sobie, że nie będzie go jadł, że lepiej głodować niż karmić się mięsem przyjaciela, ale na koniec nasycił się dwa razy, w skórze własnej i Laty. Choć łoś był chudy i wygłodzony, wycięte przez zwiadowcę kotlety wystarczyły im na siedem dni.

Ostatnie zjedli, kuląc się przy ognisku w ruinach starego fortu na wzgórzu.

– Musi coś zjeść – zgodziła się Meera, głaszcząc brata po czole. – Wszyscy musimy, ale tu nie ma nic do jedzenia. Ruszajcie.

Bran usunął mruganiem łzę i poczuł, jak zamarza mu na policzku. Zimnoręki ujął olbrzymiego sługę za rękę.

– Zmrok już zapada. Jeśli jeszcze ich tu nie ma, wkrótce się zjawią.