Выбрать главу

Nad nimi w śniegu tańczyły płonące sylwetki.

To upiory – uświadomił sobie Bran. Ktoś je podpalił.

Lato warczał i kłapał zębami, krążąc wokół najbliższego z nich, potężnego trupa spowitego wieńcem ognia. Co on wyprawia? Nie powinien się zbliżać. I nagle zobaczył siebie. Leżał w śniegu, twarzą w dół. Lato próbował odpędzić stwora od niego. Co się stanie, jeśli upiór mnie zabije? – zadał sobie pytanie chłopiec. Czy już na zawsze zostanę Hodorem? A może wrócę do skóry Laty? Albo po prostu umrę?

Świat zawirował nagle wokół niego. Białe drzewa, czarne niebo, czerwone płomienie, wszystko to kręciło się jak szalone. Poczuł, że się potknął. Słyszał krzyki Hodora.

– Hodor hodor hodor hodor. Hodor hodor hodor hodor. Hodor hodor hodor hodor hodor.

Z jaskini wypadło stado kruków. Zobaczył dziewczynkę z pochodnią w dłoni, biegającą to tu, to tam. Przez chwilę Bran myślał, że to jego siostra, Arya, ale to było szaleństwo, bo przecież wiedział, że ona jest tysiące mil stąd albo nie żyje. A mimo to była tutaj, tańczyła w śniegu, chuda, obdarta i dzika. Włosy miała splątane. W oczach Hodora zamarzały łzy.

Wszystko nagle odwróciło się na drugą stronę i do góry nogami. Bran wrócił do własnej skóry. Leżał na wpół zagrzebany w śniegu, a płonący upiór majaczył nad nim, rysując się ostro na tle spowitych całunem śniegu drzew. Bran zorientował się, że to jeden z nagich trupów na chwilę przed tym, nim najbliższe drzewo zrzuciło pokrywający je śnieg prosto na jego głowę.

Kiedy się ocknął, leżał na sosnowych igłach pod ciemnym kamiennym sklepieniem.

Jaskinia. Jestem w jaskini. W ustach nadal czuł smak krwi po ugryzieniu się w język, ale po jego prawej stronie płonęło ognisko i ciepło grzało mu twarz. Nigdy w życiu nie czuł się tak dobrze. Był tu Lato, obwąchujący ziemię wokół niego, i Hodor, przemoczony do suchej nitki. Meera tuliła na kolanach głowę Jojena. Podobna do Aryi dziewczynka stała obok, trzymając w ręce pochodnię.

– Śnieg – odezwał się chłopiec. – Spadł na mnie. Przysypał mnie.

– Ukrył cię. Ja cię wykopałam. – Meera wskazała głową na dziewczynkę. – Ale to ona nas uratowała. Pochodnia... ogień ich zabija.

– Ogień ich pali – poprawiła ją dziewczynka. – Jest wiecznie głodny.

To nie był głos Aryi ani żadnego dziecka, lecz kobiety. Miał wysokie, słodkie brzmienie i pobrzmiewała w nim niezwykła muzyka, jakiej Bran nigdy dotąd nie słyszał.

Przepajał go też smutek tak potężny, że omal nie pękło mu serce. Przymrużył powieki, by przyjrzeć się jej uważniej. Rzeczywiście była dziewczynką i to mniejszą od Aryi. Skórę miała cętkowaną jak łania, ukrytą pod płaszczem z liści. Oczy wyglądały dziwnie – wielkie i jasne, złocistozielone, o źrenicach pionowych jak u kota. Nikt nie ma takich oczu. Rozczochrane włosy miały kolor brązu, czerwieni i złota. Barwy jesieni. Wplotła sobie w nie pnącza, gałązki i wyschnięte kwiaty.

– Kim jesteś? – zapytała Meera Reed.

Bran już to wiedział.

– To dziecko. Dziecko lasu.

Zadrżał, w równym stopniu z zachwytu, co z zimna. Wpadli do jednej z opowieści Starej Niani.

– Pierwsi Ludzie nazwali nas dziećmi – potwierdziła mała kobieta. – Olbrzymy mówiły na nas woh dak nag gran, ludzie wiewiórki, ponieważ byliśmy mali, szybcy i lubiliśmy drzewa. My jednak nie jesteśmy wiewiórkami ani dziećmi. Nasza nazwa w prawdziwym języku znaczy „ci, którzy śpiewają pieśń ziemi”. Nim jeszcze powstał wasz stary język, śpiewaliśmy już swe pieśni przez dziesięć tysięcy lat.

– Ale teraz mówisz w języku powszechnym – zauważyła Meera.

– Dla niego. Dla małego Brana. Urodziłam się w czasie smoka i przez dwieście lat wędrowałam po świecie ludzi, by patrzeć, słuchać i uczyć się. Mogłabym wędrować nadal, ale nogi mnie rozbolały, a serce się znużyło, więc skierowałam swe kroki do domu.

– Dwieście lat? – zapytała Meera.

– To ludzie są dziećmi – odparła z uśmiechem dziewczynka.

– Masz jakieś imię? – zapytał Bran.

– Kiedy go potrzebuję. – Wskazała pochodnią na czarną szczelinę w tylnej ścianie jaskini. – Nasza droga wiedzie w dół. Musicie pójść ze mną.

Bran zadrżał znowu.

– Zwiadowca...

– On nie może tu przyjść.

– Zabiją go.

– Nie. Zabili go już dawno temu. Chodźcie. Na dole jest cieplej i nikt was tam nie skrzywdzi. Czeka na was.

– Trójoka wrona? – zapytała Meera.

– Zielony jasnowidz.

Wypowiedziawszy te słowa, ruszyła przed siebie. Nie mieli innego wyjścia, jak podążyć za nią. Meera pomogła Branowi wrócić na plecy Hodora, choć jego kosz był uszkodzony i wilgotny od topniejącego śniegu. Potem objęła brata i raz jeszcze uniosła go na nogi.

– Co? – zapytał, otwierając oczy. – Meero? Gdzie jesteśmy? – Zobaczył ogień i uśmiechnął się. – Miałem niezwykły sen.

Tunel był wąski i kręty, tak niski, że Hodor wkrótce musiał przykucnąć. Bran pochylał się, jak tylko mógł, ale i tak co chwila uderzał albo drapał czubkiem głowy o sklepienie. Kawałki ziemi spadały w dół przy każdym dotknięciu, sypały się mu do oczu i na włosy. W pewnej chwili walnął mocno czołem o gruby biały korzeń, wyrastający ze ściany. Zwisały zeń cienkie witki, a między odroślami miał pajęczyny.

Dziecko szło przodem, trzymając w rękach pochodnię. Szemrzący płaszcz liści ciągnął się za nim. Korytarz był jednak tak kręty, że Bran wkrótce stracił je z oczu. W tunelu nie było teraz żadnego światła poza odbijającym się od ścian. Gdy zeszli nieco w dół, jaskinia się podzieliła, ale w jednym odgałęzieniu panowała nieprzenikniona ciemność, dlatego nawet Hodor wiedział, że trzeba iść za światłem pochodni.

Migotliwe cienie sprawiały wrażenie, że ściany również się poruszają. Bran spostrzegł coś, co wyglądało jak wielkie białe palce wyłażące z ziemi i znikające w niej. Serce zabiło mu ze strachu. Zastanawiał się, czy trafili na gniazdo mlecznych węży albo gigantycznych cmentarnych robaków, miękkich, białych i mlaszczących pod nogami.

Cmentarne robaki mają zęby.

Hodor również je zobaczył.

– Hodor – jęknął, nie chcąc iść dalej. Gdy jednak dziewczynka się zatrzymała, by mogli ją dogonić, blask pochodni znieruchomiał i Bran uświadomił sobie, że węże są w rzeczywistości tylko białymi korzeniami, takimi jak ten, o który się uderzył.

– To korzenie czardrzew – uspokoił chłopca stajennego. – Pamiętasz drzewo serce w bożym gaju, Hodor? Było białe i miało czerwone liście. Drzewo nie może cię skrzywdzić.

– Hodor.

Sługa ruszył przed siebie, śpiesząc za dziewczynką i jej pochodnią. Z każdą chwilą zapuszczali się coraz głębiej. Minęli drugie rozgałęzienie, a potem trzecie, aż wreszcie dotarli do pełnej ech jaskini dorównującej rozmiarami wielkiej komnacie Winterfell.

Kamienne zęby zwisały z jej sklepienia i sterczały z podłogi. Dziecko w płaszczu z liści szło przed nimi, wytyczając drogę. Od czasu do czasu zatrzymywało się, by pomachać na nich niecierpliwie pochodnią. Tędy – zdawało się mówić. Tędy, tędy, szybciej.

Mijali potem kolejne odgałęzienia i podziemne komory. Bran słyszał gdzieś po prawej dźwięk skapującej wody. Spojrzał w tam tą stronę i zobaczył patrzące na nich oczy o pionowych źrenicach, lśniące w blasku pochodni. To dzieci – powiedział sobie Bran. Dziewczynka nie jest jedyna. Mimo to przypomniał sobie też opowieść Starej Niani o dzieciach Gendela.