Выбрать главу

„Wesoła Położna” zacumowała u końca zwietrzałego drewnianego pirsu w zewnętrznym porcie, daleko od „Lwiej Gwiazdy”. Załoga przywiązała liny do pachołków, a kapitan podszedł niespiesznie do Davosa. Casso Mogat był kundlem z wąskiego morza, dzieckiem kurwy z Sisterton i ibbeńskiego wielorybnika. Liczył sobie tylko pięć stóp wzrostu i był straszliwie owłosiony. Włosy na głowie i zarost zabarwił na ciemnozielony kolor mchu i z tego powodu przypominał pniak drzewa w żółtych butach. Pomimo wyglądu sprawiał wrażenie dobrego żeglarza, choć dla załogi był surowym kapitanem.

– Jak długo cię nie będzie?

– Co najmniej dobę. Być może dłużej.

Davos zdążył się już nauczyć, że lordowie lubią kazać ludziom czekać. Zapewne chcieli w ten sposób zademonstrować władzę oraz wzbudzić lęk.

– „Akuszerka” może się tu zatrzymać na trzy dni. Nie dłużej. Będą na mnie czekać w Sisterton.

– Jeśli wszystko pójdzie dobrze, mogę wrócić już jutro.

– A jeśli pójdzie źle?

Mogę nie wrócić w ogóle.

– Nie będziesz musiał na mnie czekać.

Gdy schodził na ląd, na pokład weszło dwóch celników. Żaden z nich nawet na niego nie spojrzał. Przyszli porozmawiać z kapitanem i sprawdzić zawartość ładowni. Nie obchodzili ich prości marynarze, a niewielu ludzi wyglądało zwyczajniej od Davosa. Był średniego wzrostu, miał chytrą, chłopską twarz ogorzałą od wiatru i słońca, a kasztanową brodę i włosy mocno upstrzyła mu już siwizna. Ubiór również miał prosty: stare buty, brązowe spodnie, niebieska bluza oraz płaszcz z niefarbowanej wełny, spięty drewnianą zapinką. Włożył pokryte plamami soli rękawice, by ukryć palce, przed tak wielu laty skrócone przez Stannisa. Raczej nie przypominał lorda, a tym bardziej królewskiego namiestnika. Tak będzie lepiej, dopóki się nie zorientuje, jak stoją tu sprawy.

Przeszedł przez nabrzeże i rybny targ. „Dzielny Magister” ładował na pokład miód pitny. Na pirsie ustawiono stosy wysokie na cztery beczułki. Za jednym z nich zauważył trzech marynarzy grających w kości. Handlarki ryb zachwalały dzisiejszy połów. Nieco dalej chłopiec wybijał rytm na bębenku i stary, wyleniały niedźwiedź tańczył w kółko, otoczony pierścieniem rzecznych marynarzy. Przy Foczej Bramie straż pełnili dwaj włócznicy z herbami rodu Manderlych na piersi. Pochłonęło ich jednak flirtowanie z portową kurwą i nawet nie zauważyli Davosa. Brama była otwarta, a krata uniesiona.

Były przemytnik wmieszał się w przechodzący pod nią tłum.

Za bramą był brukowany plac z fontanną pośrodku. Z wody wyłaniał się kamienny tryton, wysoki na dwadzieścia stóp od ogona do czubka głowy. Jego kędzierzawa broda zrobiła się zielona i biała od porostów, a jedno z ostrzy trójzębu ułamało się jeszcze przed narodzeniem Davosa. Mimo to posąg nadal wyglądał imponująco. Miejscowi zwali go „Starcem Rybią Stopą”. Plac nosił imię jakiegoś nieżyjącego lorda, ale wszyscy używali określenia „Dziedziniec Rybiej Stopy”.

Dzisiejszego popołudnia było tu gęsto od ludzi. Jakaś kobieta prała bieliznę w fontannie Rybiej Stopy i wieszała ją na trójzębie, żeby wyschła. Pod łukami kolumnady handlowej na klientów czekali skrybowie i wekslarze, a także wędrowny czarodziej, zielarka i bardzo kiepski żongler. Jakiś mężczyzna sprzedawał jabłka z taczki, a kobieta oferowała śledzie z siekaną cebulą. Pod nogami kręciło się pełno kur i dzieci. Potężne drzwi z okutej żelazem dębiny, prowadzące do Starej Mennicy, zawsze były zamknięte, gdy Davos odwiedzał Biały Port, dzisiaj jednak stały otworem. Wypatrzył w środku setki kobiet, dzieci i starców skulonych na rozłożonych na podłodze futrach. Niektórzy nawet palili małe ogniska.

Davos zatrzymał się przy kolumnadzie i kupił jabłko za pół grosika.

– W Starej Mennicy mieszkają jacyś ludzie? – zapytał handlarza.

– Ci, którzy nie mają gdzie się podziać. Przeważnie prostaczkowie znad Białego Noża, a także ludzie Hornwoodów. Bękart Boltona jest na swobodzie i wszyscy chcą się schronić za murami. Nie wiem, co chce zrobić jego lordowska mość z taką masą ludzi.

Większość nie ma nic poza łachmanami na grzbiecie.

Davos poczuł ukłucie winy. Szukają azylu, miasta nietkniętego przez walki, a ja chcę ich wciągnąć w wojnę. Ugryzł jabłko i z tego powodu również poczuł wyrzuty sumienia.

– A co jedzą?

Handlarz wzruszył ramionami.

– Niektórzy żebrzą. Inni kradną. Mnóstwo dziewcząt zeszło na złą drogę, jak zawsze się dzieje, gdy nie mają nic więcej do sprzedania. A każdy chłopak, który ma co najmniej pięć stóp wzrostu, znajdzie miejsce w koszarach jego lordowskiej mości, pod warunkiem że potrafi utrzymać włócznię.

A więc zbiera ludzi. To mogła być dobra wiadomość... albo zła. Jabłko było suche i mączyste, ale Davos zmusił się do odgryzienia kolejnego kęsa.

– Czy lord Wyman ma zamiar połączyć siły z Bękartem?

– Gdy tylko jego lordowska mość przyjdzie tu po jabłka, na pewno go o to zapytam.

– Słyszałem, że jego córka ma wyjść za jakiegoś Freya.

– Wnuczka. Ja też o tym słyszałem, ale jego lordowska mość zapomniał zaprosić mnie na wesele. Hej, skończysz wreszcie to jabłko? Wezmę resztę z powrotem. To dobre nasiona.

Davos rzucił mu ogryzek. Niedobre jabłko, ale warto było zapłacić pół grosika, żeby się dowiedzieć, że Manderły zbiera ludzi. Ruszył wokół placu, mijając dziewczynę sprzedającą kubki świeżego mleka od własnej kozy. Od chwili przybycia do miasta przypominał sobie coraz więcej szczegółów na jego temat. Trójząb Rybiej Stopy wskazywał na zaułek, w którym sprzedawano smażonego dorsza, z wierzchu kruchego i złocistobrązowego, a w środku białego i rozpadającego się na kawałki. Dalej znajdował się nietypowo czysty burdel, w którym marynarz mógł się nacieszyć towarzystwem kobiety bez obaw, że go obrabują albo zabiją. Po drugiej stronie w jednym z budynków, przylegających do murów Wilczego Barłogu jak pąkle do starego kadłuba, znajdował się ongiś browar, w którym produkowano ciemne piwo tak gęste i smaczne, że za jego beczułkę można było dostać w Braavos albo w Porcie Ibbeńskim tyle samo, co za beczułkę złotego arborskiego – pod warunkiem że miejscowi zostawią piwowarowi coś na eksport.

Davos jednak miał ochotę na wino, kwaśne, ciemne i beznadziejne. Przeciął plac i zszedł po schodach do winiarni „Pod Leniwym Węgorzem”, ulokowanej pod magazynem pełnym owczych skór. W czasach gdy był przemytnikiem, tawerna słynęła z najstarszych kurew i najpaskudniejszego wina w Białym Porcie, a także wypełnionych sadłem i chrząstką pasztecików, które w najlepszych dniach były niejadalne, a w najgorszych wręcz trujące. Te atrakcje sprawiały, że większość miejscowych omijała lokal, zostawiając go marynarzom, którzy nie wiedzieli o niczym lepszym. „Pod Leniwym Węgorzem” nigdy nie spotykało się strażników miejskich ani celników.

Niektóre sprawy nigdy się nie zmieniają. „Pod Leniwym Węgorzem” czas się zatrzymał. Beczkowaty sufit pokryły czarne plamy sadzy, podłogę stanowiło ubite klepisko, a w powietrzu unosiła się woń dymu, zepsutego mięsa i starych wymiocin.