Kiedy bębny osiągnęły crescendo, trzy dziewczyny skoczyły nad płomieniami, wirując w locie. Mężczyźni złapali je w taliach i nasunęli na członki. Kobiety wygięły plecy i oplotły partnerów nogami. Flety płakały, a mężczyźni poruszali biodrami w rytm muzyki. Daenerys nieraz już oglądała akty miłosne. Dothrakowie parzyli się równie otwarcie jak ich klacze i ogiery. Nigdy jednak nie widziała żądzy zaspokajanej przy akompaniamencie muzyki.
Poczuła ciepło na twarzy. To wino – powiedziała sobie. Mimo to złapała się na tym, że myśli o Daario Naharisie. Rano przybył wysłannik od niego. Wrony Burzy wracały z Lhazaru. Kapitan przynosił jej przyjaźń z Owczarzami. Żywność i handel – pomyślała.
Nie zawiódł mnie i nigdy nie zawiedzie. Daario pomoże mi uratować miasto. Królowa pragnęła znowu zobaczyć jego twarz, pogłaskać trójdzielną brodę, opowiedzieć mu o swych kłopotach... ale Wrony Burzy były jeszcze wiele dni drogi stąd, za przełęczą Khyzai, a ona musiała władać królestwem.
Między fioletowymi kolumnami unosiły się kłęby dymu. Tancerze uklękli, pochylając głowy.
– Byliście wspaniali – oznajmiła im Dany. – Rzadko miałam okazję oglądać taką grację i piękno. – Skinęła na Reznaka mo Reznaka. Seneszal podbiegł do niej.
Pomarszczoną łysinę upstrzyły mu kropelki potu. – Odprowadź naszych gości do łaźni, żeby mogli się odświeżyć. Niech im też podadzą jadło i napoje.
– To będzie dla mnie wielki zaszczyt, Wasza Wspaniałość.
Daenerys podsunęła Irri kielich do napełnienia. Wino było słodkie i mocne, przesycone wonią wschodnich korzeni. Znacznie lepsze od ghiscarskich cienkuszy, które ostatnio wypełniały jej puchar. Xaro przyjrzał się leżącym na trzymanej przez Jhiqui tacy owocom i wybrał śliwę daktylową. Pomarańczowy owoc harmonizował z koralem w jego nosie. Ugryzł kęs i wydął usta.
– Cierpka.
– Wolałbyś coś słodszego, panie?
– Słodycz jest mdła. Cierpkie owoce i pikantne kobiety nadają życiu smak. – Odgryzł kolejny kęs, przeżuł go i połknął. – Daenerys, słodka królowo, nie potrafię wyrazić, jak mi przyjemnie, że znowu mogę się napawać twą bliskością. Z Qarlhu odpłynęło dziecko, piękne i zagubione. Obawiałem się, że zmierzasz ku zgubie, ale teraz widzę, że siedzisz na tronie i władasz starożytnym miastem, otoczona przez potężny zastęp wyczarowany z marzeń.
Nie – pomyślała. Z krwi i ognia.
– Cieszę się, że mnie odwiedziłeś. Miło jest znowu ujrzeć twą twarz, przyjacielu.
Nie zaufam ci, ale jesteś mi potrzebny. Potrzebuję twoich Trzynastu, twoich statków i twoich towarów.
Przez stulecia Meereen oraz jego siostrzane miasta, Yunkai i Astapor, były fundamentami handlu niewolnikami, miejscem, gdzie dothraccy khale i korsarze z Wysp Bazyliszkowych sprzedawali jeńców, a reszta świata zjeżdżała się, by ich kupować.
Bez niewolników Meereen miało niewiele do zaoferowania kupcom. Pośród wzgórz ghiscarskich nie brakowało złóż miedzi, ale ten metal nie był już tak cenny jak w czasach, gdy światem władał brąz. Wysokie cedry, porastające ongiś wybrzeże, padły pod ciosami siekier Starego Imperium albo pochłonął je smoczy ogień w czasach, gdy Ghis toczyło wojnę z Valyrią. Po zniknięciu drzew gleba spiekła się w gorących promieniach słońca i uleciała z wiatrem w gęstych czerwonych tumanach. „To właśnie te katastrofy uczyniły z tutejszych ludzi handlarzy niewolników” – oznajmiła jej Galazza Galare w Świątyni Gracji. A ja jestem katastrofą, która z powrotem zamieni handlarzy niewolników w ludzi – poprzysięgła sobie Dany.
– Musiałem tu przybyć – odparł ospałym tonem Xaro. – Nawet w odległym Qarthu do moich uszu dotarły przerażające opowieści. Płakałem, słuchając ich. Powiadają, że twoi wrogowie obiecują bogactwa, chwałę i sto dziewiczych niewolnic każdemu mężczyźnie, który cię zabije.
– Synowie Harpii. – Skąd o tym wie? – Bazgrzą nocami po murach i podrzynają gardła uczciwym wyzwoleńcom, kiedy ci śpią. A gdy wzejdzie słońce, kryją się jak karaluchy. Boją się moich Mosiężnych Bestii. – Skahaz mo Kandaq dał jej nową straż, o którą prosiła, złożoną w połowie z wyzwoleńców, a w połowie z meereeńskich golonych łbów. Zbrojni w ciemnych kapturach i mosiężnych maskach patrolowali ulice dniem i nocą. Synowie Harpii grozili straszliwą śmiercią każdemu zdrajcy, który odważy się służyć smoczej królowej, a także całym ich rodzinom. Dlatego ludzie Golonego Łba ukrywali prawdziwe twarze za maskami szakali, sów i innych stworzeń. – Miałabym powód bać się Synów, gdyby złapali mnie samą na ulicy, ale tylko nocą i gdybym nie miała broni. To tchórze.
– Tchórz z nożem może zabić królową równie łatwo jak bohater. Spałbym lepiej, gdybym wiedział, że zachwyt mojego serca ma przy sobie swych wojowniczych władców koni. W Qarthu miałaś trzech braci krwi, którzy nigdy się od ciebie nie oddalali. Gdzie się podziali?
– Aggo, Jhogo i Rakharo nadal mi służą. – Igra ze mną. Dany potrafiła odwdzięczyć mu się tym samym. – Jestem tylko młodą dziewczyną i niewiele wiem o takich sprawach, ale starsi i mądrzejsi mężczyźni mówią mi, że aby władać Meereen, muszę panować nad otaczającymi je ziemiami, aż po zachodnią granicę Lhazaru i Yunkijskie Wzgórza na południu.
– Te ziemie nie są dla mnie cenne. Ty zaś jesteś. Gdyby przydarzyło ci się coś złego, ten świat utraciłby smak.
– To miło, że wykazujesz taką troskę, panie, ale jestem dobrze strzeżona. – Dany wskazała na Barristana Selmy’ego, który stał obok z dłonią na rękojeści miecza. – Zwą go Barristanem Śmiałym. Już dwukrotnie uratował mnie przed skrytobójcami.
Xaro obrzucił Selmy’ego pobieżnym spojrzeniem.
– Chciałaś powiedzieć, Barristanem Starym? Twój niedźwiedzi rycerz był młodszy i bardziej ci oddany.
– Nie chcę mówić o Jorahu Mormoncie.
– Oczywiście. Był grubiański i kudłaty. – Magnat handlowy pochylił się nad stołem. –
Lepiej porozmawiajmy o miłości, o marzeniach, pożądaniu i o Daenerys, najpiękniejszej kobiecie tego świata. Upiłem się twoim widokiem.
Przesadne qartheńskie komplementy nie były dla niej nowością.
– Jeśli się upiłeś, to z pewnością winem.
– Żadne wino nie oszałamia nawet w połowie tak skutecznie jak twa uroda. Moja rezydencja stała się pusta jak grobowiec, odkąd opuściła ją Daenerys. Wszystkie przyjemności Królowej Miast mają dla mnie smak popiołu. Dlaczego mnie porzuciłaś?
Musiałam uciekać z twojego miasta z obawy o życie.
– Nadszedł na to czas. Qarth chciał, żebym odpłynęła.
– Kto? Ludzie czystej krwi? Oni mają w żyłach wodę. Kupcy korzenni? Ci mają twaróg zamiast mózgu. Powinnaś była mnie poślubić. Jestem prawie pewien, że prosiłem cię o rękę. A nawet błagałem.
– Tylko pół setki razy – zażartowała Dany. – Za łatwo dajesz za wygraną, panie.
Wszyscy się zgadzają, że muszę wyjść za mąż.
– Khaleesi potrzebuje khala – potwierdziła Irri, ponownie napełniając kielich królowej. – Wszyscy to wiedzą.
– Czy mam cię poprosić znowu? – zastanawiał się Xaro. – Nie, znam ten uśmiech.