Выбрать главу

– Nie moje – warknął Skahaz Golony Łeb. – Sam je przedtem zabiję – zapewnił i uderzył otwartą dłonią w rękojeść miecza.

Dany poczuła się, jakby wymierzył jej policzek.

– Jeśli obawiacie się tego, co może was czekać po moim odejściu, popłyńcie ze mną do Westeros.

– Dokądkolwiek uda się Matka Smoków, Ludzie Matki podążą za nią – oznajmił Marselen, ocalały brat Missandei.

– Jak? – zapytał Symon Pręgowany Grzbiet, przezwany tak z powodu gęstej siatki blizn na plecach i ramionach, pamiątki po licznych chłostach z czasów, gdy był niewolnikiem w Astaporze.

– Trzynaście statków... to nie wystarczy. Nawet sto mogłoby być za mało.

– Drewniane konie są niedobre – zaprotestował Rommo, stary jaqqa rhan. –

Dothrakowie pojadą na swoich.

– Te osoby mogą pomaszerować lądem wzdłuż brzegu – zaproponował Szary Robak.

– Statki mogą dotrzymywać im kroku i uzupełniać zapasy.

– To mogłoby się udać, dopóki nie doszlibyście do ruin Bhorash – odezwał się Golony Łeb. – Dalej statki musiałyby zawrócić na południe i popłynąć obok Tolos i Wyspy Cedrów, żeby opłynąć Valyrię, a piechota poszłaby dalej w stronę Mantarys starą smoczą drogą.

– Zwą ją teraz drogą demonów – zauważył Mollono Yos Dob. Tłusty dowódca Twardych Tarcz przypominał raczej skrybę niż żołnierza, ze swymi poplamionymi inkaustem rękami i wydatnym brzuszkiem. Niemniej był wyjątkowo bystry. – Bardzo wielu z nas umarłoby podczas tej podróży.

– Ci, którzy zostaliby w Meereen, zazdrościliby im lekkiej śmierci – jęknął Reznak. –

Zrobią z nas niewolników albo zginiemy na arenach. Wszystko będzie jak dawniej. Może nawet gorzej.

– Gdzie wasza odwaga? – oburzył się ser Barristan. – Jej Miłość wyzwoliła was z łańcuchów. Gdy już was opuści, będziecie musieli naostrzyć miecze i bronić swej wolności.

– Śmiałe słowa w ustach kogoś, kto zamierza odpłynąć ku zachodzącemu słońcu – warknął w odpowiedzi Symon Pręgowany Grzbiet. – Czy obejrzysz się za siebie, by patrzeć, jak giniemy?

– Wasza Miłość...

– Wasza Wspaniałość...

– Wasza Czcigodność...

– Dość tego. – Dany trzasnęła dłonią w stół. – Nikogo nie zostawię na śmierć.

Wszyscy jesteście moimi ludźmi. – Marzenia o domu i miłości oślepiły ją na chwilę. –

Nie porzucę Meereen, by podzieliło los Astaporu. Mówię to z wielkim żalem, ale Westeros musi zaczekać.

– Musimy przyjąć te statki – zaprotestował przerażony Groleo. – Jeśli odrzucimy dar...

Barristan opadł na jedno kolano przed Dany.

– Moja królowo, twoje królestwo cię potrzebuje. Tutaj cię nie chcą, ale w Westeros pod twoje sztandary napłyną tysiące ludzi, wielkich lordów i szlachetnych rycerzy.

„Nadeszła”, będą krzyczeć z radością do siebie. „Siostra księcia Rhaegara w końcu nadeszła”.

– Jeśli kochają mnie tak bardzo, z pewnością na mnie zaczekają. – Dany wstała. –

Reznaku, wezwij Xaro Xhoan Daxosa.

Przyjęła magnata handlowego sama, na swej hebanowej ławie, siedząc na poduszkach otrzymanych od ser Barristana. Xarowi towarzyszyło czterech qartheńskich marynarzy, niosących na plecach zwinięty arras.

– Przyniosłem królowej mojego serca jeszcze jeden dar – oznajmił kupiec. – Leżał w skarbcu mojej rodziny od czasu Zagłady Valyrii.

Marynarze rozwinęli arras na podłodze. Był stary, zakurzony, wyblakły... i ogromny.

Dany musiała podejść do Xara, by zobaczyć utkany na nim wzór.

– Mapa? To piękne.

Tkanina pokrywała połowę podłogi. Morza były niebieskie, lądy zielone, a góry czarne i brązowe. Miasta przedstawiono jako gwiazdy wyszyte złotą bądź srebrną nicią.

Nie ma Dymiącego Morza – uświadomiła sobie. Valyria jeszcze nie jest wyspą.

– Tu widzisz Astapor, Yunkai i Meereen. – Xaro wskazał na trzy srebrne gwiazdki sąsiadujące z błękitną Zatoką Niewolniczą. – Westeros jest... gdzieś tam. – Machnął od niechcenia ręką w kierunku końca komnaty. – Zawróciłaś na północ, zamiast popłynąć na południowy zachód przez Letnie Morze, ale ten dar pomoże ci powrócić na właściwą drogę. Przyjmij moje galery z radością w sercu i powiosłuj na zachód.

Gdybym tylko mogła.

– Panie, bardzo bym się ucieszyła z tych statków, ale nie mogę ci dać obietnicy, o którą prosisz. Ujęła go za rękę. – Daj mi te galery, a przysięgnę, że Qarth pozostanie przyjacielem Meereen, dopóki gwiazdy nie zgasną. Pozwól mi wykorzystać je do handlu, a otrzymasz znaczącą część zysków.

Z twarzy magnata handlowego zniknął zadowolony uśmieszek.

– Co mówisz? Chcesz powiedzieć, że nie opuścisz Meereen?

– Nie mogę.

Z jego oczu popłynęły łzy, spływające nosem między szmaragdami, ametystami i czarnymi diamentami.

– Zapewniłem Trzynastu, że wysłuchasz moich słów mądrości. Z wielkim żalem słyszę, że się myliłem. Przyjmij te statki i odpłyń albo z pewnością zginiesz, krzycząc z bólu. Nie możesz wiedzieć, ilu wrogów sobie narobiłaś.

Wiem, że jeden z nich stoi teraz przede mną, roniąc komedianckie łzy – uświadomiła sobie ze smutkiem.

– Kiedy przybyłem do Komnaty Tysiąca Tronów, by błagać o twoje życie, powiedziałem, że jesteś tylko dzieckiem – ciągnął Xaro. – Ale wtedy Egon Emeros Wyśmienity wstał i rzekł: „Jest głupim dzieckiem, szalonym, lekkomyślnym i zbyt niebezpiecznym, by pozwolić mu żyć”. Małe smoki były cudem, ale kiedy dorosły, stały się śmiercią i zniszczeniem, płonącym mieczem zawieszonym nad światem. – Otarł łzy.

– Powinienem był zabić cię w Qarthu.

– Byłam gościem pod twoim dachem, spożywałam twoje mięso i miód – odpowiedziała. – Na pamiątkę wszystkiego, co dla mnie uczyniłeś, wybaczę ci te słowa... jeden raz... ale już nigdy nie waż się mi grozić.

– Xaro Xhoan Daxos nie grozi. On obiecuje.

Smutek Dany przerodził się w furię.

– A ja ci obiecuję, że jeśli nie znikniesz z miasta przed wschodem słońca, przekonamy się, czy łzy kłamcy potrafią skutecznie ugasić smoczy ogień. Odejdź stąd, Xaro. Szybko.

Oddalił się, ale zostawił za sobą swój świat. Dany wróciła na ławę i wpatrzyła się na niebieskie jedwabne morze, za którym leżało odległe Westeros. Pewnego dnia – obiecała sobie.

Rankiem galeasy, którą przypłynął Xaro, nie było już w porcie, ale jego „dar” pozostał w Zatoce Niewolniczej. Na masztach trzynastu qartheńskich galer powiewały długie czerwone proporce. Gdy Daenerys zeszła na audiencję, czekał już na nią poseł ze statków. Nie odzywając się ani słowem, położył u jej stóp czarną atłasową poduszkę, na której leżała brudna od krwi rękawica.

– Co to ma być? – zapytał Skahaz. – Zakrwawiona rękawica...

– ...oznacza wojnę – dokończyła królowa.

JON

– Uważaj na szczury, panie. – Edd Cierpiętnik prowadził Jona w dół po schodach, trzymając w ręce lampę. – Okropnie piszczą, jeśli na nie nadepnąć. Moja mama zawsze wydawała z siebie podobny dźwięk, kiedy byłem chłopcem. Musiała mieć w sobie coś ze szczura, jeśli się nad tym zastanowić. Myszowate włosy, małe paciorkowate oczka, lubiła ser. Może miała też ogon, ale nigdy tam nie zaglądałem, żeby sprawdzić.

Cały Czarny Zamek łączył ze sobą labirynt podziemnych tuneli zwanych przez braci „robaczymi korytarzami”. Było w nich ciemno i wilgotno, więc latem rzadko z nich korzystano, ale gdy nachodziły zimowe wichry i zaczynał sypać śnieg, stawały się najłatwiejszą drogą między poszczególnymi budynkami. Zarządcy już teraz nimi chodzili. Jon zauważył świece palące się w niektórych wnękach po drodze. Korytarz wypełniało echo ich kroków.