Выбрать главу

Bowen Marsh czekał na nich na skrzyżowaniu, od którego odchodziły tunele prowadzące w cztery strony. Towarzyszył mu Wick Strugany Patyk, wysoki i chudy jak włócznia.

– To są zapisy sprzed trzech cykli księżyca – oznajmił Marsh, wręczając Jonowi gruby plik papierów – dla porównania z obecnym stanem zapasów. Czy zaczniemy od spichrzy?

Ruszyli naprzód przez szary półmrok. Każdy magazyn wyposażono w solidne dębowe drzwi zamknięte na żelazną kłódkę, wielką jak mały talerz.

– Czy kradzieże są problemem? – zapytał Jon.

– Jak dotąd nie – odparł Bowen Marsh – ale gdy nadejdzie zima, wasza lordowska mość postąpiłby rozsądnie, wystawiając tu strażników.

Wick Stragany Patyk nosił klucze na pierścieniu zawieszonym na szyi. Dla Jona wszystkie wyglądały jednakowo, ale Wick w jakiś sposób zawsze znajdował odpowiedni.

Po wejściu do środka wyciągał z mieszka kawał kredy wielkości pięści i oznaczał wszystkie skrzynie, worki i beczki, licząc je. Potem Marsh porównywał wynik ze stanem zapisanym poprzednio.

W spichrzach mieli owies, pszenicę i jęczmień, a także beczki grubo mielonej mąki.

W spiżarniach przeznaczonych do przechowywania jarzyn z krokwi zwisały sznury cebuli i czosnku, a na półkach leżały worki marchewki, pasternaku, rzodkiewki, rzepy i brukwi.

W jednym magazynie mieli kręgi sera tak wielkie, że potrzeba było dwóch mężczyzn, by je przesunąć. W następnym beczułki z soloną wołowiną, wieprzowiną, baraniną i dorszem ustawiono w stosach wysokich na dziesięć stóp. Na belkach sufitowych pod wędzarnią zawieszono trzysta szynek oraz trzy tysiące długich czarnych kiełbas. W schowku z przyprawami znaleźli pieprz, goździki, cynamon, ziarna gorczycy, kolendrę, szałwię lekarską i muszkatołową, pietruszkę oraz bloki soli. W innym pomieszczeniu były beczki z jabłkami i gruszkami, suszonym grochem i suszonymi figami, worki orzechów i migdałów, płaty wędzonego łososia oraz gliniane dzbany wypełnione oliwkami w oliwie i zalakowane. W innym magazynie można było znaleźć słoje z mięsem zająca, udźce jelenie w miodzie, kiszoną kapustę i buraki, a do tego cebulę, jaja albo śledzie w occie.

W miarę jak przechodzili od pomieszczenia do pomieszczenia, w korytarzach robiło się coraz zimniej. Po chwili Jon zauważył w świetle lampy, że z ich ust bucha para.

– Jesteśmy pod Murem.

– A wkrótce znajdziemy się w jego wnętrzu – dodał Marsh. – W zimnie mięso się nie psuje. Do celów długotrwałego przechowywania to lepsze niż sól.

Następne drzwi były żelazne i zardzewiałe. Za nimi zaczynały się drewniane schody.

Edd Cierpiętnik ruszył przodem, oświetlając im drogę. Na szczycie znaleźli tunel długi jak wielka komnata Winterfell, ale nie szerszy od robaczych korytarzy. Jego lodowe ściany jeżyły się mnóstwem żelaznych haków. Na każdym zawieszono zwierzęcą tuszę; obdarte ze skóry jelenie i łosie, połowy krów, wielkie świnie kołyszące się pod sufitem, bezgłowe owce i kozy, a nawet konie i niedźwiedzie. Wszystko pokrywała warstwa szronu.

W pewnej chwili Jon zdjął lewą rękawicę i dotknął najbliższego udźca. Poczuł, że palce przylepiły mu się do mięsa, a gdy zdołał je oderwać, stracił kawałek skóry. Ich koniuszki miał zupełnie odrętwiałe. A czego się spodziewałeś? Masz nad głową całą lodową górę, tyle ton lodu, że nawet Bowen Marsh nie zdołałby ich zliczyć. Niemniej było tu zimniej, niżby należało.

– Jest gorzej, niż się obawiałem, panie – oznajmił lord zarządca, kiedy skończył, głosem bardziej posępnym niż głos Edda Cierpiętnika.

Jon właśnie w tej chwili pomyślał, że otacza ich całe mięso na świecie. Nic nie wiesz, Jonie Snow.

– Dlaczego? Mam wrażenie, że to mnóstwo żywności.

– Lato było długie, żniwa udane, a lordowie hojni. Mieliśmy tyle, że wystarczyłoby na trzy lata zimy, a nawet na cztery przy odrobinie ostrożności, ale teraz, jeśli będziemy musieli karmić tych wszystkich ludzi króla, ludzi królowej i dzikich... W samym tylko Mole’s Town jest tysiąc bezużytecznych gąb, a wciąż napływają nowe. Wczoraj pod bramą zjawiło się trzech, a poprzedniego dnia cały tuzin. Tak nie może być dalej.

Osiedlić ich w Darze, proszę bardzo, ale jest już za późno na siewy. Nim minie rok, będziemy skazani na rzepę i grochówkę. Potem zostanie nam tylko końska krew.

– Mniam, mniam – odezwał się Edd Cierpiętnik. – Nie ma jak kubek gorącej końskiej krwi w zimną noc. Najbardziej lubię ją z odrobiną cynamonu.

Lord zarządca nie zwracał na niego uwagi.

– Ludzie zaczną też chorować – ciągnął. – Dziąsła będą im krwawiły, a zęby wypadały. Maester Aemon zawsze mawiał, że sok z limony i świeże mięso na to pomogą, ale limony skończyły się nam przed rokiem, a mamy za mało paszy, by utrzymać stada zwierząt. Powinniśmy zarżnąć wszystkie poza kilkoma rozpłodowymi parami. Już najwyższy czas. Podczas minionych zim sprowadzano żywność z południa królewskim traktem, ale trwa wojna... wiem, że jeszcze jest jesień, ale doradzałbym przejście na zimowe racje, jeśli wasza lordowska mość raczy.

Ludzie będą zachwyceni.

– Jeśli to konieczne, zmniejszymy wszystkim racje o jedną czwartą.

Bracia już teraz się na mnie skarżą. Co powiedzą, gdy będą zmuszeni żywić się śniegiem i papką z żołędzi?

– To poprawi sytuację, panie.

Ton lorda zarządcy jasno świadczył, że jego zdaniem to nie wystarczy.

– Teraz rozumiem, dlaczego król Stannis przepuścił dzikich przez Mur – odezwał się Edd Cierpiętnik. – Chce, żebyśmy ich jedli.

Jon nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– Do tego nie dojdzie – zapewnił.

– To świetnie – ucieszył się Edd. – Wyglądają na dość żylastych, a moje zęby nie są już takie ostre jak kiedyś.

– Gdybyśmy mieli pieniądze, moglibyśmy kupić żywność na południu i sprowadzić ją tu statkami – stwierdził lord zarządca.

Moglibyśmy – pomyślał Jon. Gdybyśmy mieli złoto i kogoś, kto chciałby ją nam sprzedać. Niestety, nie mieli ani jednego, ani drugiego. Naszą największą nadzieją jest Orle Gniazdo. Dolina Arrynów słynęła z żyznej gleby i wojna dotąd jej nie tknęła. Jon zastanawiał się, czy siostra lady Catelyn będzie miała ochotę karmić bękarta Neda Starka. W młodości często miał wrażenie, że żona jego ojca żałuje mu każdego kęsa.

– Jeśli będzie trzeba, zawsze możemy polować – zaproponował Wick Strugany Patyk.

– W lasach nadal jest zwierzyna.

– A także dzicy i gorsze stworzenia – sprzeciwił się Marsh. – Nie chciałbym wysyłać tam myśliwych, wasza lordowska mość. Nie chciałbym.

To prawda. Wolałbyś zamknąć bramy na zawsze, zapieczętować je kamieniami i lodem. Wiedział, że połowa Czarnego Zamku zgadza się z poglądem lorda zarządcy, ale druga połowa traktuje ten pomysł z nieskrywaną pogardą.

– Tak jest, zapieczętujcie bramy i usadźcie na murze grube czarne dupy. Wolni ludzie przejdą przez Most Czaszek albo przez jakąś bramę, którą uważaliście za zapieczętowaną od pięciuset lat – oznajmił głośno przy kolacji stary drwal Dywen przedwczorajszego wieczoru. – Mamy za mało ludzi, by strzec trzystu mil Muru. Tormund Dupa Olbrzyma i cholerny Płaczka też o tym wiedzą. Widzieliście kiedyś kaczkę zamarzniętą na stawie, z łapkami uwięzionymi w lodzie? Z wronami może się stać tak samo.

Większość zwiadowców była tego samego zdania, co Dywen, natomiast zarządcy i budowniczowie skłaniali się ku opinii Bowena Marsha.