To jednak była kwestia na inny dzień. W tej chwili problem stanowiła żywność.
– Nie możemy pozwolić, by król Stannis i jego ludzie głodowali, nawet gdybyśmy chcieli – rzekł Jon. – W razie potrzeby mógłby po prostu zabrać nam wszystko siłą.
Mamy za mało ludzi, by go powstrzymać. Dzikich również musimy karmić.
– Jak, wasza lordowska mość? – zapytał Bowen Marsh.
Gdybym tylko wiedział.
– Znajdziemy jakiś sposób.
Gdy wrócili na powierzchnię, popołudniowe cienie były już długie. Wiatr niósł po niebie szare i białe chmury, przypominające wystrzępione chorągwie. Dziedziniec pod zbrojownią był pusty, ale Jon zauważył, że w środku czeka na niego królewski giermek.
Devan był chudym chłopakiem w wieku około dwunastu lat, ciemnowłosym i ciemnookim. Stał przemarznięty przy kuźni, ledwie śmiejąc się poruszyć, gdy Duch obwąchiwał go od stóp do głów.
– Nie zrobi ci krzywdy – zapewnił Jon, ale chłopiec wzdrygnął się na dźwięk jego głosu i nagły ruch sprawił, że wilkor obnażył kły.
– Nie! – zawołał Jon. – Duch, zostaw go. Idź.
Wilk wrócił do swej wołowej kości jak milczek na czterech łapach.
Devan był blady jak Duch, twarz miał mokrą od potu.
– P... panie. Wasza Miłość n... nakazuje, byś go odwiedził.
Chłopak był obleczony w czarno-złote barwy Baratheonów, a na piersi miał wyszyte serce człowieka królowej.
– Chciałeś powiedzieć „prosi” – poprawił go Edd Cierpiętnik. – Jego Miłość prosi, by lord dowódca go odwiedził. Tak ja bym to ujął.
– Zostaw go, Edd.
Jon nie miał ochoty na kłótnie.
– Wrócili ser Richard i ser Justin – oznajmił Devan. – Pójdziesz ze mną, panie?
Zwiadowcy jadący w niewłaściwą stronę. Massey i Horpe wyruszyli na południe, nie na północ. To, czego się dowiedzieli, z pewnością nie dotyczyło Nocnej Straży, ale Jon i tak był ciekawy.
– Skoro Jego Miłość tego pragnie. – Ruszył za młodym giermkiem przez dziedziniec.
Duch ruszył za nim, ale Jon zawołał: – Nie! Zostań.
Zamiast zostać, wilkor gdzieś pobiegł.
W Wieży Króla Jonowi odebrano broń, po czym dopuszczono go przed królewskie oblicze. W samotni było gorąco i tłoczno. Stannis i jego oficerowie zgromadzili się nad mapą północy. Byli wśród nich dwaj rzekomi zwiadowcy, a także Sigorn, młody magnar Thennu, odziany w skórzaną kurtę wyszywaną łuskami z brązu. Grzechocząca Koszula siedział na krześle, drapiąc kajdany na nadgarstku pękniętym pożółkłym paznokciem.
Jego zapadnięte policzki i cofnięty podbródek porastała brązowa szczecina, a na oczy opadały kosmyki brudnych włosów.
– Idzie dzielny chłopak, który zabił Mance’a Raydera, kiedy go związano i zamknięto w klatce – odezwał się na widok Jona. Wielki kwadratowy klejnot na jego okowach migotał krwawym blaskiem. – Podoba ci się mój rubin, Snow? To dar miłości od Czerwonej Pani.
Jon zignorował jego słowa i opadł na jedno kolano.
– Wasza Miłość, przyprowadziłem lorda Snow – oznajmił Devan.
– Widzę. Witaj, lordzie dowódco. Jak sądzę, znasz moich rycerzy i oficerów.
– Mam ten zaszczyt.
Zadał sobie trud, by dowiedzieć się jak najwięcej o tych, którzy otaczali Stannisa.
Wszystko to są ludzie królowej. Jonowi wydawało się dziwne, że w królewskiej świcie nie ma ludzi króla, ale tak to wyglądało. Opowiadano, że narazili się na gniew Stannisa na Smoczej Skale.
– Mamy wino. Albo wodę gotowaną z cytrynami.
– Dziękuję, ale nie.
– Jak sobie życzysz. Mam dla ciebie dar, lordzie Snow. – Król wskazał na Grzechoczącą Koszulę. – Jego.
– Mówiłeś, że potrzebujesz ludzi, lordzie Snow – dodała z uśmiechem lady Melisandre. – Jestem przekonana, że nasz Lord Kości nadal spełnia wymagania.
Jon był przerażony.
– Wasza Miłość, temu człowiekowi nie można ufać. Jeśli zostawię go tutaj, ktoś poderżnie mu gardło, a jeśli wyślę go na zwiad, po prostu wróci do dzikich.
– Nie ja. Skończyłem już z tymi cholernymi głupcami. – Dziki postukał palcem w rubin na swym nadgarstku. – Zapytaj swojej czerwonej wiedźmy, bękarcie.
Melisandre wypowiedziała kilka cichych słów w nieznanym języku. Rubin u jej gardła rozbłysnął pulsującym powoli blaskiem. Jon zauważył, że mniejszy klejnot wprawiony w kajdany również rozżarza się i ciemnieje.
– Dopóki nosi ten kamień, jest ze mną związany krwią i duszą – oznajmiła czerwona kapłanka. – Ten człowiek będzie służył wiernie. Płomienie nie kłamią, lordzie Snow.
Płomienie może nie – pomyślał Jon. Ale ty tak.
– Zostanę twoim zwiadowcą, bękarcie – zapewnił Grzechocząca Koszula. – Będę ci udzielał mądrych rad albo śpiewał ładne pieśni, jak wolisz. Będę nawet dla ciebie walczył. Tylko nie każ mi wkładać waszego płaszcza.
Nie jesteś go godzien – pomyślał Jon, ale zachował milczenie. Kłótnie w obecności króla nie doprowadzą do niczego dobrego.
– Lordzie Snow, opowiedz mi o Morsie Umberze – zażądał król Stannis.
Nocna Straż nie opowiada się po niczyjej stronie – pomyślał Jon, ale inny głos w jego jaźni dodał: Słowa nie są mieczami.
– To starszy ze stryjów Greatjona. Zwą go Wronojadem. Wrona kiedyś wydziobała mu oko, sądząc, że jest martwy. Złapał ptaka w garść i odgryzł mu głowę. W młodych latach był potężnym wojownikiem. Jego synowie zginęli nad Tridentem, a żona zmarła przy porodzie. Jedyną córkę przed trzydziestu laty porwali dzicy.
– I dlatego domaga się głowy – wtrącił Harwood Feli.
– Czy temu Morsowi można ufać? – zapytał Stannis.
Czyżby Mors Umber ugiął kolan?
– Wasza Miłość powinien mu kazać przysiąc przed jego drzewem sercem.
Godry Olbrzymobójca ryknął głośnym śmiechem.
– Zapomniałem, że ludzie z północy czczą drzewa.
– Jaki bóg pozwala, by obszczywały go psy? – zapytał kamrat Farringa, Clayton Suggs.
Jon postanowił ich zignorować.
– Wasza Miłość, czy mogę zapytać, czy Umberowie zgodzili się cię poprzeć?
– Tylko połowa z nich, i to pod warunkiem że zapłacę cenę, której żąda ten Wronojad. – Chce dostać czaszkę Mance’a Raydera, żeby zrobić z niej puchar. Domaga się też ułaskawienia dla swego brata, który ruszył na południe, by przyłączyć się do Boltonów. Zwą go Kurwistrachem.
To również rozśmieszyło ser Godry’ego.
– Cóż za przydomki noszą ci ludzie z północy? Czy ten odgryzł głowę jakiejś kurwie?
– Można by tak powiedzieć – odparł Jon, obrzucając go chłodnym spojrzeniem. –
Próbowała go obrabować, pięćdziesiąt lat temu w Starym Mieście.
Choć brzmiało to dziwnie, stary Hoarfrost Umber był kiedyś przekonany, że jego najmłodszy syn nadaje się na maestera. Mors uwielbiał opowiadać o wronie i wydziobanym oku, ale historię Hothera powtarzano tylko szeptem... najpewniej dlatego, że kurwa, której wypruł trzewia, była mężczyzną. – Czy jacyś inni lordowie też przysięgli wierność Boltonowi?
Czerwona kapłanka przysunęła się bliżej do króla.
– Widziałam drewniane miasteczko otoczone drewnianą palisadą. Było pełne ludzi.
Nad fortyfikacjami powiewały chorągwie: łoś, topór, trzy sosny, dwa berdysze skrzyżowane pod koroną, końska głowa o gorejących oczach.
– Hornwoodowie, Cerwynowie, Tallhartowie, Ryswellowie i Dustinowie – podpowiedział ser Clyton Suggs. – Wszystko to zdrajcy. Pieski Lannisterów.