– Dwa tysiące. Może trzy.
– Trzy tysiące? Jacy to ludzie?
– Dumni. Ubodzy. Drażliwi, gdy chodzi o ich honor, ale dzielni w walce.
– Lepiej, żeby to nie była jakaś bękarcia sztuczka. Czy zamienię trzystu wojowników na trzy tysiące? Oczywiście. Nie jestem ostatnim głupcem. Jeśli zostawię z tobą też naszą księżniczkę, czy dasz mi słowo, że będziesz jej pilnie strzegł?
Ona nie jest księżniczką.
– Jak sobie życzysz, Wasza Miłość.
– Czy muszę ci kazać przysiąc przed drzewem?
– Nie.
Czy to miał być żart? W przypadku Stannisa trudno to było odgadnąć.
– W takim razie zgoda. A teraz powiedz, gdzie znajdę tych ludzi?
– Tutaj.
Jon rozpostarł poparzoną dłoń na mapie, na zachód od królewskiego traktu i na południe do Daru.
– W tych górach? – W głosie Stannisa zabrzmiała podejrzliwość. – Nie widzę tu żadnych zamków. Ani dróg, miasteczek, czy wiosek.
– Mapa to nie kraina, jak często mawiał mój ojciec. W dolinach i na tamtejszych łąkach od tysiącleci mieszkają ludzie. Władają nimi wodzowie klanów. Można by ich nazwać poślednimi lordami, choć sami nie używają podobnych tytułów. Ich wielcy wojownicy walczą potężnymi dwuręcznymi mieczami, a prości ludzie używają proc albo okładają się nawzajem drągami z jarzębinowego drewna. Trzeba przyznać, że to swarliwy lud. Kiedy nie walczą między sobą, wypasają swe stada, łowią ryby w Lodowej Zatoce i hodują najodporniejsze konie, jakie w życiu zobaczysz.
– I wierzysz, że zechcą walczyć dla mnie?
– Jeśli ich poprosisz.
– Czemu miałbym żebrać o to, co mi się prawnie należy?
– Powiedziałem, że musisz poprosić, nie żebrać. – Jon uniósł dłoń. – Pisanie listów nic nie da. Wasza Miłość musi się do nich udać osobiście. Jedz ich chleb i sól, pij ich ale, słuchaj ich dudziarzy, wychwalaj urodę córek i odwagę synów, a otrzymasz ich miecze.
Klany nie oglądały króla, odkąd Torrhen Stark ugiął kolan. Twoją wizytę uznają za zaszczyt. Jeśli rozkażesz im walczyć za twoją sprawę, popatrzą na siebie nawzajem i powiedzą: „Kim jest ten człowiek? To nie mój król”.
– O ilu klanach mowa?
– Czterdziestu, małych i dużych. Flintowie, Wullowie, Norreyowie, Liddle’owie... jeśli zdobędziesz starego Flinta i Wiadrowego, reszta pójdzie za nimi.
– Wiadrowego?
– Wulla. Ma największe brzuszysko w górach, a także najwięcej ludzi. Wullowie łowią ryby w Lodowej Zatoce i straszą dzieci, że jeśli będą niegrzeczne, porwą je żelaźni ludzie.
Ale żeby do nich dotrzeć, Wasza Miłość musi przejść przez ziemie Norreyów. Oni mieszkają najbliżej Daru i zawsze byli dobrymi przyjaciółmi Straży. Mógłbym dać wam przewodników.
– Mógłbyś? – Niewiele umykało uwagi Stannisa. – Czy dasz?
– Dam. Będą wam potrzebni. A także pewnie stąpające koniki. Tamtejsze szlaki to niewiele więcej niż ścieżki wydeptane przez kozy.
– Słucham? – Król przymrużył oczy. – Mówię, że muszę poruszać się szybko, a ty marnujesz mój czas na kozie ścieżki?
– Kiedy Młody Smok podbił Dorne, też skorzystał z takich ścieżek, żeby ominąć wieże strażnicze na Szlaku Kości.
– Znam tę opowieść. Daeron za bardzo się tym przechwala w tej swojej pyszałkowatej książce. To okręty wygrały tę wojnę, nie kozie ścieżki. Oakenfist zdobył Miasto z Desek i dotarł do połowy długości Zielonej Krwi, podczas gdy główne siły Dornijczyków były związane w Książęcym Wąwozie. – Stannis zabębnił palcami o mapę. – Czy ci górscy lordowie nie będą mi utrudniać przemarszu?
– Tylko ucztami. Każdy będzie się starał prześcignąć innych w gościnności. Pan ojciec mawiał, że nigdzie nie jadł tak dobrze, jak wśród górskich klanów.
– Za trzy tysiące ludzi pewnie jakoś zniosę dudy i owsiankę – zgodził się król. W jego głosie jednak nadal pobrzmiewała pretensja.
Jon spojrzał na Melisandre.
– Pani, muszę cię ostrzec. W górach starzy bogowie są silni. Ludzie z klanów nie będą tolerować zniewag dla swych drzew serc.
To ją rozweseliło.
– Nie obawiaj się, Jonie Snow. Nie będę kłopotała twych górskich dzikusów i ich mrocznych bogów. Moje miejsce jest tutaj, z tobą i twymi dzielnymi braćmi.
To było ostatnie, czego chciałby Jon Snow, nie zdążył się jednak sprzeciwić.
– A gdzie twoim zdaniem powinienem poprowadzić tych śmiałków, jeśli nie na Dreadfort?
Jon zerknął na mapę.
– Na Deepwood Motte. – Wskazał zamek palcem. – Jeśli Bolton zamierza walczyć z żelaznymi ludźmi, nie możesz być gorszy od niego. Deepwood to gródek z podgrodziem, położony w gęstym lesie. Łatwo można zakraść się do niego niepostrzeżenie. To drewniany zamek, otoczony wykopaną w ziemi fosą i palisadą. Co prawda marsz przez góry będzie wolniejszy, ale za to twój zastęp może się posuwać niepostrzeżenie i ujawnić się dopiero prawie pod samymi bramami Deepwood.
Stannis potarł szczękę.
– Kiedy Balon Greyjoy zbuntował się po raz pierwszy, pokonałem żelaznych ludzi na morzu, gdzie są najgroźniejsi. Na lądzie, zaskoczeni... tak jest. Pokonałem już dzikich i ich króla za Murem. Jeśli zdołam rozbić również żelaznych ludzi, północ zrozumie, że znowu ma króla.
A ja dostanę tysiąc dzikich – pomyślał Jon. Choć nie mam czym wykarmić nawet pięciuset.
TYRION
„Nieśmiała Panna” sunęła przez mgłę jak ślepiec wymacujący sobie drogę w nieznanym korytarzu.
Septa Lemore modliła się. Jej stłumiony przez mgłę głos brzmiał słabo i cicho. Gryf spacerował po pokładzie, pod jego futrem z wilczych skór pobrzękiwała kolczuga. Od czasu do czasu dotykał miecza, jakby chciał się upewnić, że nadal ma go u pasa. Rolly Duckfield odpychał tyczką łódź przy prawej burcie, a Yandry przy lewej. Ysilla stała przy rumplu.
– Nie podoba mi się to miejsce – mruknął Haldon Półmaester.
– Boisz się odrobiny mgły? – zadrwił Tyrion, choć w rzeczywistości było jej bardzo dużo. Na dziobie stał Młody Gryf z trzecią tyczką, służącą do odpychania łodzi od wyłaniających się z oparów zagrożeń. Z przodu i z tyłu zapalono lampy, ale mgła była tak gęsta, że ze środkowego pokładu karzeł widział tylko dwa światła unoszące się przed łodzią i za nią. Jemu zlecono opiekowanie się piecykiem koksowym i pilnowanie, by ogień nie zgasł.
– To nie jest zwykła mgła, Hugorze Hill – zapewniła Ysilla. – Śmierdzi czarami. Sam byś to poczuł, gdybyś miał nos. Wielu wędrowców zaginęło tu bez śladu. Barki, piraci, a nawet wielkie rzeczne galery. Błądzą we mgle, szukając słońca, ale nie mogą go znaleźć, aż wreszcie głód albo obłęd kładą kres ich życiu. W powietrzu unoszą się tu niespokojne widma, a pod wodą czają się udręczone dusze.
– Oto jedna z nich – odezwał się Tyrion. Po prawej burcie z mrocznej topieli wyłaniała się dłoń tak wielka, że mogłaby zgnieść w uścisku całą ich łódź. Nad taflę wysuwały się tylko koniuszki dwóch palców, ale gdy „Nieśmiała Panna” przepływała obok, karzeł ujrzał w głębi resztę ręki, a także bladą twarz zwróconą ku górze. Choć próbował żartować, ogarnął go niepokój. To było niedobre miejsce, cuchnące rozpaczą i śmiercią. Ysilla się nie myli. To nie jest naturalna mgła. W tutejszych wodach lęgło się coś plugawego, a w powietrzu unosiły się toksyczne opary. Nic dziwnego, że kamienni ludzie tracą zmysły.