– Nie powinieneś z tego drwić – ostrzegła go kobieta. – Szepczące trupy nienawidzą ciepłych i żywych. Zawsze też poszukują nowych potępieńców, którzy powiększą ich zastęp.
– Wątpię, by mieli całun moich rozmiarów – odparł Tyrion i poruszył węgielki pogrzebaczem.
– Kamiennymi ludźmi kieruje nie tyle nienawiść, ile głód. – Haldon Półmaester osłonił sobie usta i nos żółtą chustą, tłumiącą jego głos. – W tych mgłach nie rośnie nic, co zdrowy na umyśle człowiek pragnąłby zjeść. Triarchowie Volantis trzy razy do roku wysyłają w górę rzeki galerę z zapasami, ale statki miłosierdzia często się spóźniają, a zdarza się też, że przywożą więcej gąb do wykarmienia niż żywności.
– W rzece muszą być ryby – sprzeciwił się Młody Gryf.
– Nie chciałabym zjeść żadnej z ryb złowionych w tych wodach – odparła Ysilla. –
Naprawdę nie.
– Lepiej by też było nie wdychać tej mgły – dodał Haldon. – Klątwa Garina otacza nas ze wszystkich stron.
Żeby jej nie wdychać, musielibyśmy nie oddychać w ogóle.
– Klątwa Garina to tylko szara łuszczyca – zapewnił Tyrion. Często widziało się ją u dzieci, zwłaszcza w zimnym, wilgotnym klimacie. Zarażone ciało sztywniało, ulegało zwapnieniu, a wreszcie pękało, karzeł czytał jednak, że postępy choroby można zatrzymać za pomocą limony, okładów z gorczycy oraz gorących kąpieli – jak mówili maesterzy – albo modlitwy, składania ofiar i postów – jak zapewniali septonowie. Z czasem choroba ustępowała, zostawiając młodą ofiarę oszpeconą, ale żywą. Maesterzy i septonowie zgadzali się co do tego, że dzieciom dotkniętym szarą łuszczycą nie grozi rzadsza, śmiertelna postać choroby ani jej straszliwa błyskawiczna kuzynka, szara zaraza.
– Powiadają, że winna jest wilgoć – dodał. – Plugawe wapory unoszące się w powietrzu, nie żadne klątwy.
– Zdobywcy również w to nie wierzyli, Hugorze Hill – odparła Ysilla. – Ludzie z Volantis i Valyrii zawiesili Garina w złotej klatce i drwili z niego, gdy wezwał swą Matkę, by ich zniszczyła. Ale nocą wody wezbrały i wszyscy utonęli. Po dziś dzień nie zaznali spokoju. Nadal siedzą pod wodą, ci, którzy kiedyś byli władcami ognia. Ich zimny oddech wznosi się z topieli i staje się mgłą, a ich ciała zamieniły się w kamień, taki sam jak ich serca.
Tyrion poczuł nagłe swędzenie w kikucie nosa. Podrapał się po nim. Ona może mieć rację. To niedobre miejsce. Czuję się, jakbym znowu był w wychodku i patrzył, jak ojciec umiera. On również by oszalał, gdyby musiał spędzać swe dni w tej szarej zupie, podczas gdy jego ciało i kości obracałyby się w kamień.
Młody Gryf najwyraźniej nie podzielał jego obaw.
– Jeśli spróbują nas niepokoić, pokażemy im, z czego my jesteśmy stworzeni.
– Z krwi i kości, na podobieństwo Ojca i Matki – oznajmiła septa Lemore. – Błagam, nie wypowiadaj czczych przechwałek. Pycha to straszliwy grzech. Kamienni ludzie również jej ulegali, a Zawoalowany Lord był najpyszniejszy z nich wszystkich.
Twarz Tyriona poczerwieniała od buchającego od węgielków żaru.
– Czy Zawoalowany Lord rzeczywiście istnieje? To nie są tylko bajania?
– Władał tymi mgłami od czasów Garina – odparł Yandry. – Niektórzy powiadają, że to sam Garin, który wstał z podwodnego grobu.
– Umarli nie wstają – zapewnił Haldon Półmaester. – I żaden człowiek nie może żyć tysiąc lat. Ale zawoalowani lordowie istnieli. Było ich już ze dwudziestu. Kiedy jeden umiera, jego miejsce zajmuje następny. Obecny był korsarzem z Bazyliszkowych Wysp, który sądził, że na Rhoyne znajdzie bogatsze łupy niż na Morzu Letnim.
– Tak, ja też o tym słyszałem – zgodził się Kaczka.– Ale bardziej mi się podoba inna opowieść. Ta, według której on nie jest jak inni kamienni ludzie, i z początku był posągiem, ale potem z mgły wyłoniła się szara kobieta i pocałowała go ustami zimnymi jak lód.
– Dość tego – warknął Gryf. – Uciszcie się wszyscy.
Septa Lemore wessała nagle powietrze w płuca.
– Co to było?
– Gdzie?
Tyrion nie widział nic poza mgłą.
– Coś się poruszyło. Widziałam fale na wodzie.
– Żółw – zapewnił radośnie książę. – Wielki łamignat, to wszystko.
Uniósł tyczkę przed siebie i odepchnął ich od wyniosłego zielonego obelisku.
Mgła lepiła się do nich, zimna i wilgotna. Z szarości wyłoniła się pogrążona częściowo w wodzie świątynia. Yandry i Kaczka wsparli się mocno na tyczkach i szli powoli w stronę rufy, popychając łódź. Minęli kręte marmurowe schody, wynurzające się z błota i kończące nagle w powietrzu. Dalej majaczyły inne, ledwie widoczne kształty: strzaskane wieże, bezgłowe posągi, drzewa o korzeniach większych niż ich łódź.
– To było najpiękniejsze i najbogatsze miasto na rzece – oznajmił Yandry. –
Chroyane, miasto festiwalowe.
Za bogate i za piękne – pomyślał Tyrion. Kuszenie smoków nigdy nie jest rozsądne. Zatopione miasto otaczało ich ze wszystkich stron. Na górze przemknęła jakaś ledwie widoczna sylwetka, poruszając we mgle jasnymi skórzastymi skrzydłami. Karzeł wyciągał szyję, by przejrzeć się lepiej, ale stworzenie zniknęło równie nagle, jak się pojawiło.
Wkrótce potem ujrzeli inne światło.
– Hej, tam, na łodzi – dobiegł ich nad wodą słaby głos. – Kim jesteście?
– „Nieśmiała Panna” – odkrzyknął Yandry.
– „Zimorodek”. W górę czy w dół?
– W dół. Skóry i miód, ale i łój.
– W górę. Noże i igły, koronki, płótno i korzenne wino.
– Jakie wieści ze starego Volantis? – zawołał Yandry.
– Wojna – odpowiedział głos.
– Gdzie? – zawołał Gryf. – Kiedy?
– Gdy rok się skończy. Nyessos i Malaquo idą ręka w rękę. Na słoniach pojawiły się pasy.
Głos ucichł, gdy druga łódź się oddaliła. Śledzili wzrokiem jej znikające we mgle światło.
– Czy to rozsądne krzyczeć do łodzi, których nie widzimy ? – zapytał Tyrion. – A gdyby to byli piraci?
Jeśli chodzi o piratów, szczęście im dotąd sprzyjało. Przez Jezioro Sztyletów przemknęli się nocą. Nikt ich nie zauważył ani nie niepokoił. Raz tylko Kaczka dostrzegł w oddali sylwetkę statku należącego według jego zapewnień do Urha Niemytego, ale „Nieśmiała Panna” była pod wiatr od niego i Urho – jeśli to rzeczywiście był on – nie okazał zainteresowania.
– Piraci nie zapuszczają się do Smutków – zapewnił Yandry.
– Słonie mają pasy? – mruknął Gryf. – O co tu chodzi? Nyessos i Malaquo? Illyrio zapłacił triarsze Nyessosowi ośmiokrotność jego wagi.
– W złocie czy w serze? – zażartował Tyrion.
– Zachowaj te dowcipasy dla siebie, chyba że potrafisz rozproszyć nimi mgłę – naskoczył na niego Gryf.
Tak jest, ojcze – omal nie powiedział karzeł. Będę cicho. Dziękuję. Nic nie wiedział o Volanteńczykach, ale podejrzewał, że słonie i tygrysy mogły mieć wystarczający powód do zawarcia sojuszu, gdy miały do czynienia ze smokami. Niewykluczone, że handlarz sera źle ocenił sytuację. Można kupić człowieka za złoto, ale tylko krew i stal zmuszą go do dochowania wierności.
Mały człowieczek ponownie poruszył węgielki i dmuchnął na nie, by rozżarzyły się jaśniej. Nienawidzę tego. Nienawidzę tej mgły i tego miejsca, a za Gryfem też nie przepadam. Tyrion nadal miał trujące grzyby, zebrane w rezydencji Illyria. Były dni, gdy odczuwał silną pokusę, by dodać je Gryfowi do kolacji. Kłopot w tym, że Gryf prawie nic nie jadł.