Jego lordowska mość oklapł na swym stolcu, ramiona mu opadały, nogi rozstawiał szeroko, a ręce wspierał na poręczach tronu, jakby nie mógł udźwignąć ich ciężaru.
Bogowie bądźcie łaskawi – pomyślał Davos na widok twarzy lorda Wymana. Wygląda prawie jak trup. Cerę miał bladą, z odcieniem szarości.
Królowie i trupy zawsze wymagają obsługi, jak mówiło stare porzekadło. W przypadku Manderly’ego również było to prawdą. Na lewo od ulokowanego na podwyższeniu tronu stał maester, niemalże dorównujący tuszą lordowi, któremu służył.
Miał różowe policzki, mięsiste usta i głowę pełną złotych loków. Honorowe miejsce na prawo od jego lordowskiej mości zajął ser Marlon. Na wyściełanym stołku u jego stóp przycupnęła tłusta różowolica dama. Za lordem Wymanem stały dwie młodsze kobiety, wyglądające na siostry. Starsza splotła kasztanowe włosy w długi warkocz. Młodsza, najwyżej piętnastoletnia, miała jeszcze dłuższy, ufarbowany na jaskrawozielono.
Nikt nie raczył przedstawić się Davosowi. Pierwszy odezwał się maester.
– Stoisz przed Wymanem Manderlym, lordem Białego Fortu i strażnikiem Białego Noża, Tarczą Wiary, Obrońcą Wydziedziczonych, lordem marszałkiem Manderu i rycerzem Zakonu Zielonej Ręki – oznajmił. – Na Dworze Trytona zwyczaj wymaga, by wasale i błagalnicy klęknęli.
Cebulowy rycerz mógłby ugiąć kolan, ale nie królewski namiestnik. W ten sposób zasugerowałby, że król, któremu służy, stoi niżej od grubego lorda.
– Nie przybyłem tu jako błagalnik – odparł Davos. – Ja również mam sporo tytułów.
Lord Deszczowego Lasu, admirał wąskiego morza, królewski namiestnik.
Tłusta kobieta siedząca na stołku zatoczyła oczami.
– Admirał bez okrętów, namiestnik bez palców, służący królowi bez tronu. Czy to rycerz stoi przed nami, czy odpowiedź na dziecinną zagadkę?
– To wysłannik, dobra córko – odparł lord Wyman – złowróżbna cebula. Stannisowi nie spodobała się odpowiedź, jaką przyniosły mu kruki, przysłał nam więc tego... tego przemytnika. – Skierował na Davosa oczka ledwie widoczne pod zwałami tłuszczu. – Jak sądzę, odwiedzałeś już nasze miasto, by pozbawić nasze kieszenie monet, a nasze stoły żywności? Ciekawe, ile zdołałeś mi ukraść?
Za mało, byś choć raz musiał się obejść bez posiłku.
– Zapłaciłem za przemyt w Końcu Burzy, wasza lordowska mość.
Davos zdjął rękawicę i pokazał lewą dłoń z jej czterema skróconymi palcami.
– Cztery palce za całe życie spędzone na kradzieży? – zapytała siedząca na stołku kobieta. Włosy miała blond, a twarz pyzatą, różową i mięsistą. – Tanio się wykpiłeś, cebulowy rycerzu.
Davos nie zamierzał temu przeczyć.
– Jeśli wasza lordowska mość raczy, chciałbym prosić o audiencję w cztery oczy.
Jego lordowska mość nie raczył.
– Nie mam tajemnic przed swą rodziną ani przed wiernymi lordami i rycerzami.
Wszystko to moi dobrzy przyjaciele.
– Panie – odrzekł Davos – nie chciałbym, żeby moje słowa usłyszeli wrogowie Jego Miłości... albo twoi.
– Stannis może mieć wrogów w tej komnacie, ale ja nie.
– Nawet ludzi, którzy zabili twojego syna? – Davos wskazał palcem. – Ci Freyowie byli wśród gospodarzy Krwawych Godów.
Jeden ze wskazanych podszedł bliżej – wysoki gibki rycerz o twarzy gładko wygolonej, poza wąsami cienkimi jak myrijski sztylet.
– Krwawych Godów winien był Młody Wilk. Zamienił się w bestię na naszych oczach i rozszarpał gardło mojemu kuzynowi Dzwoneczkowi, który był nieszkodliwym półgłówkiem. Zabiłby też mojego pana ojca, gdyby ser Wendel nie osłonił go własnym ciałem.
Lord Wyman usunął mruganiem łzy z oczu.
– Wendel zawsze był dzielnym chłopakiem. Nie zdziwiłem się na wieść, że zginął jak bohater.
Davos zaczerpnął głośno tchu, porażony bezczelnością tego kłamstwa.
– Utrzymujesz, że to Robb Stark zabił Wendela Manderly’ego? – zapytał Freya.
– I wielu innych. Był wśród nich mój własny syn, Tytos, a także mąż mojej córki.
Kiedy Stark zmienił się w wilka, jego ludzie z północy poszli za jego przykładem.
Wszyscy nosili znamię bestii. Wargowie tworzą nowych wargów, zarażając innych przez ukąszenie, wszyscy to dobrze wiedzą. Ja i moi bracia ledwie zdołaliśmy ich powstrzymać, by nie zabili nas wszystkich.
Frey uśmiechał się szyderczo, opowiadając tę historię. Davos miał ochotę wyciąć mu usta nożem.
– Ser, czy mogę zapytać, jak się zwiesz?
– Ser Jared z rodu Freyów.
– Jaredzie z rodu Freyów, nazywam cię kłamcą.
To wyraźnie rozbawiło ser Jareda.
– Niektórzy płaczą, gdy siekają cebulę, ale ja zawsze byłem wolny od tej słabości. –
Wyciągnął miecz z szelestem stali trącej o skórę. – Jeśli rzeczywiście jesteś rycerzem, ser, broń tego oszczerstwa własnym ciałem.
Lord Wyman otworzył nagle oczy.
– Nie pozwolę na przelew krwi na Dworze Trytona. Schowaj stal, ser Jaredzie, bo inaczej będę zmuszony cię prosić, byś nas opuścił.
Frey schował miecz.
– Pod twoim dachem twe słowo jest prawem, wasza lordowska mość... ale zamierzam się policzyć z tym cebulowym lordem, zanim opuści miasto.
– Krew! – zawyła siedząca na stołku kobieta. – Tego właśnie chce od nas ta złowróżbna cebula, panie. Widzisz, jak próbuje wywoływać kłopoty. Odeślij go, błagam.
On łaknie krwi tego ludu, krwi twych dzielnych synów. Odeślij go. Jeśli królowa usłyszy, że udzieliłeś audiencji temu zdrajcy, może zwątpić w naszą lojalność. Może... może...
– Nie dojdzie do tego, dobra córko – zapewnił lord Wyman. – Żelazny Tron nie ma powodu w nas wątpić.
Te słowa nie przypadły do gustu Davosowi, ale nie pokonał tak długiej drogi po to, by trzymać język za zębami.
– Chłopiec siedzący na Żelaznym Tronie to uzurpator – oznajmił. – A ja nie jestem zdrajcą, lecz namiestnikiem Stannisa Baratheona, Pierwszego Tego Imienia, prawowitego króla Westeros.
Gruby maester odchrząknął.
– Stannis Baratheon jest bratem nieżyjącego króla Roberta, niech Ojciec osądzi go sprawiedliwie. Tommen to potomek z ciała Roberta. W takim przypadku prawa sukcesji są jasne. Syn musi mieć pierwszeństwo przed bratem.
– Maester Theomore ma rację – zgodził się lord Wyman. – Jest mądry we wszystkich takich sprawach i zawsze służył mi dobrą radą.
– Prawowity syn ma pierwszeństwo przed bratem – przyznał Davos – ale Tommen zwany Baratheonem jest bękartem, podobnie jak jego brat Joffrey przed nim. Spłodził ich Królobójca, łamiąc wszelkie prawa bogów i ludzi.
– Słowa zdrady płyną z jego ust – odezwał się inny Frey. – Stannis odrąbał mu złodziejskie palce, a ty powinieneś mu uciąć zdradziecki język.
– Lepiej zetnij mu głowę – zasugerował Jared. – Albo każ mu spotkać się ze mną w honorowej walce.
– Co Frey może wiedzieć o honorze? – odciął się Davos.
Czterech Freyów ruszyło ku niemu, ale lord Wyman powstrzymał ich, unosząc rękę.
– Stójcie, przyjaciele. Wysłucham go, zanim... zanim postanowię, co z nim zrobić.
– Czy możesz przedstawić jakiś dowód tego kazirodztwa, ser? – zapytał maester Theomore, splatając na brzuchu miękkie dłonie.
Edric Storm – pomyślał Davos – ale odesłałem go daleko za wąskie morze, by go ocalić przed ogniami Melisandre.