Mężczyzna gapił się tylko na niego.
– Kapitan zostawił mu dowództwo.
– Zdychającego konia byś dobił.
– Jakiego konia? Nigdy nie miałem konia.
Ja miałem. Wspomnienie powróciło nagle. Kwiczenie Śmieszka brzmiało niemal jak ludzki głos. Grzywa ogiera płonęła. Stanął dęba, oślepiony bólem, i młócił kopytami.
Nie, nie. Nie mój. Nie był mój. Fetor nigdy nic miał konia.
– Zabiję go za ciebie.
Fetor złapał wsparty o tarczę miecz Ralfa Kenninga. Miał jeszcze wystarczająco wiele palców, by ująć rękojeść. Gdy dotknął ostrzem obrzękłego gardła spoczywającego na słomie pół-trupa, skóra się rozszczepiła i trysnęła spod niej czarna krew zmieszana z żółtą ropą. Kenning szarpnął się gwałtownie, a potem znieruchomiał. Pomieszczenie wypełnił straszliwy smród. Fetor uciekł na schody. Na zewnątrz powietrze było zimne i wilgotne, ale znacznie czystsze niż w środku. Żelazny człowiek powlókł się za nim. Twarz mu zbielała i z wysiłkiem powstrzymywał wymioty. Fetor złapał go za rękę.
– Kto był jego zastępcą? Gdzie jest reszta ludzi?
– Na murach albo w komnacie. Śpią, piją. Zaprowadzę cię tam, jeśli chcesz.
– Zrób to.
Ramsay dał mu tylko jeden dzień.
Komnatę zbudowano z ciemnego kamienia. Była wietrzna i miała wysoki sufit, unosiły się w niej kłęby dymu, a ściany pokrywały wielkie plamy jasnych porostów. Torf palił się słabo w palenisku poczerniałym od gorętszych płomieni z minionych lat. W pomieszczeniu od stuleci stał potężny stół wyrzeźbiony z kamienia. Za nim siedziałem, kiedy byłem tu poprzednio – przypomniał sobie. Robb zasiadł na honorowym miejscu.
Po prawej miał Greatjona, a po lewej Roose‘a Boltona. Gloverowie siedzieli obok Helmana Tallharta, a Karstark i jego synowie naprzeciwko nich.
Za stołem siedziały dwa tuziny żelaznych ludzi zajętych piciem. Gdy wszedł do środka, kilku skierowało na niego tępe, pozbawione wyrazu spojrzenia. Reszta go zignorowała. Nie znał tu nikogo. Kilku mężczyzn miało płaszcze spięte broszami w kształcie srebrnych dorszy. Coddowie nie byli zbyt szanowani na Żelaznych Wyspach.
Ich mężczyzn uważano za tchórzy i złodziei, a kobiety za ladacznice sypiające z własnymi ojcami i braćmi. Fetor nie był zaskoczony, że jego stryj postanowił zostawić tu tych ludzi, gdy Żelazna Flota wracała do domu. To znacznie ułatwi mi zadanie.
– Ralf Kenning nie żyje – oznajmił. – Kto tu dowodzi?
Pijący obrzucili go tępymi spojrzeniami. Jeden z nich się roześmiał. Drugi splunął.
– A kto pyta? – odezwał się wreszcie któryś z Coddów.
– Syn lorda Balona. – Nazywam się Fetor, muszę kłamać przeto. – Przybyłem tu na rozkaz Ramsaya Boltona, lorda Hornwood i dziedzica Dreadfort, który pojmał mnie w Winterfell. Jego zastęp obozuje na północ od was, a armia jego ojca czeka na południu, ale lord Ramsay jest gotów okazać łaskę, jeśli przed zachodem słońca poddacie mu Fosę Cailin.
Wyjął list, który mu dali, i rzucił go na stół.
Jeden z pijących podniósł go i obrócił w dłoniach, drapiąc pieczęć z różowego laku.
– Pergamin – stwierdził po chwili. – Co nam po nim? Potrzebujemy sera i mięsa.
– Chciałeś powiedzieć, stali – sprzeciwił się siedzący obok mężczyzna o posiwiałej brodzie. Jego lewa ręka kończyła się kikutem. – Mieczy. Toporów. Tak jest, i łuków, jeszcze stu łuków. A także mężczyzn, którzy będą z nich strzelali.
– Żelaźni ludzie nigdy się nie poddają – oznajmił trzeci mężczyzna.
– Powiedz to mojemu ojcu. Lord Balon ugiął kolan, kiedy Robert rozbił jego mur. W przeciwnym razie zginąłby. – Fetor wskazał na dokument. – Złamcie pieczęć.
Przeczytajcie słowa. To list żelazny, spisany własną ręką lorda Ramsaya. Oddajcie miecze i pójdźcie za mną, a jego lordowska mość nakarmi was i pozwoli odejść bezpiecznie na Kamienny Brzeg, gdzie będziecie mogli znaleźć statek do domu. W przeciwnym razie czeka was śmierć.
– Czy to groźba? – zapytał jeden z Coddów, wstając z krzesła. Był potężnie zbudowanym mężczyzną, ale oczy miał wyłupiaste, usta szerokie, a cerę białą jak trup.
Wyglądał, jakby ojciec spłodził go z rybą, lecz mimo to nosił u pasa miecz. – Dagon Codd nie poddaje się nikomu.
Nie, błagam, musicie mnie wysłuchać. Myśl o tym, co zrobi mu Ramsay, jeśli wróci do obozu, nie przynosząc kapitulacji garnizonu, przeraziła go tak bardzo, że omal się nie zlał. Nazywam się Fetor, sikam w portki przeto.
– Czy tak brzmi wasza odpowiedź? – Te słowa zabrzmiały słabo w jego uszach. – Czy ten dorsz przemawia w imieniu was wszystkich?
Strażnik, który spotkał go u drzwi, nie był taki pewien.
– Victarion rozkazał nam utrzymać Fosę, to prawda. Słyszałem go na własne uszy.
Powiedział Kenningowi: „Brońcie się tu, dopóki nie wrócę”.
– Zaiste – poparł go jednoręki mężczyzna. – Tak właśnie powiedział. Wezwano go na królewski wiec, ale poprzysiągł, że wróci z koroną z wyrzuconego na brzeg drewna na głowie i tysiącem ludzi.
– Mój stryj nie wróci – oznajmił im Fetor. – Wiec ukoronował jego brata Eurona, a Wronie Oko ma na głowie inne wojny. Myślicie, że Victariona obchodzi wasz los? Nie obchodzi. Zostawił was tu na śmierć. Zdrapał was, jak zdrapuje błoto z butów, gdy wychodzi na brzeg.
Te słowa okazały się celne. Wyczytał to z oczu żelaznych ludzi, z tego, jak popatrzyli na siebie albo zasępili się nad kubkami. Wszyscy bali się, że ich tu porzucono, ale dopiero ja zamieniłem ich strach w pewność. Nie byli kuzynami sławnych kapitanów, w ich żyłach nie płynęła też krew wielkich rodów z Żelaznych Wysp. To byli synowie poddanych i morskich żon.
– Jeśli się poddamy, będziemy mogli odejść? – zapytał jednoręki mężczyzna – Czy tak właśnie tu napisano?
Trącił nadal nierozwinięty dokument.
– Sprawdźcie to sami – odparł Fetor, choć był niemal całkowicie pewien, że nikt z obecnych nie umie czytać. – Lord Ramsay traktuje jeńców honorowo, pod warunkiem że dochowują mu wiary. Zabrał mi tylko palce u rąk i nóg i tę inną rzecz, choć przecież mógł mi wyrwać język albo zedrzeć skórę z nóg od pięt aż po uda. – Oddajcie mu miecze, a daruje wam życie.
– Kłamiesz. – Dagon Codd wydobył miecz. – Jesteś tym, którego zwą Sprzedawczykiem. Czemu mielibyśmy uwierzyć twoim obietnicom?
Jest pijany – uświadomił sobie Fetor. Mówi przez niego ale.
– Wierzcie sobie, w co chcecie. Przyniosłem wam list od lorda Ramsaya. Teraz muszę do niego wrócić. Zjemy na kolację pieczeń z dzika z brukwią i popijemy ją mocnym czerwonym winem. Ci, którzy pójdą ze mną, będą gośćmi na uczcie. Reszta zginie przed upływem dnia. Lord Dreadfort przyprowadzi swoich rycerzy groblą, a jego syn nadejdzie ze swymi ludźmi z północy. Nie będą dawać pardonu. Ci którzy zginą w walce, będą mieli szczęście. Ci, którzy przeżyją, będą oddani błotnym diabłom.
– Dość tego – warknął Dagon Codd. – Myślisz, że zdołasz przestraszyć żelaznych ludzi słowami? A kysz. Wracaj do swego pana, nim otworzę ci brzuch, wypruję flaki i każę je zjeść.
Mógłby powiedzieć jeszcze coś więcej, ale nagle wybałuszył oczy. W jego czoło z głośnym łoskotem wbił się toporek. Miecz wypadł mu z palców. Codd szarpnął się jeszcze jak ryba na haczyku i padł twarzą na stół.
To jednoręki mężczyzna rzucił toporkiem. Potem wstał, trzymając w ręce drugi.
– Kto jeszcze chce umrzeć? – zapytał resztę siedzących za stołem. – Przemówcie, a ułatwię wam to. – Pod głową Dagona Codda utworzyła się kałuża krwi. Jej strumyczki spływały po kamiennym blacie. – Ja pragnę żyć, a to znaczy, że nie zamierzam tu siedzieć, aż zgniję.