Rankiem lord Ramsay wysłał trzech jeźdźców groblą, by zawiadomili jego pana ojca, że droga wolna. Na miejsce ściągniętego przez Fetora złotego krakena Pyke nad Wieżą Wartowniczą zawieszono obdartego ze skóry człowieka rodu Boltonów. Wzdłuż drogi z butwiejących desek głęboko w błoto wbito drewniane pale. Gniły na nich trupy, czerwone i ociekające krwią. Sześćdziesiąt trzy – pomyślał Fetor. Było ich sześćdziesięciu trzech. Jednemu brakowało połowy ręki. Drugiemu wepchnięto w usta pergamin, nadal zamknięty lakową pieczęcią.
Po trzech dniach przednia straż zastępu Roose’a Boltona minęła ruiny i szereg makabrycznych strażników. Czterystu jeźdźców nosiło niebiesko-szare barwy rodu Freyów, a groty ich włóczni błyszczały, gdy tylko przez chmury przebiły się promienie słońca. Oddział wiodło dwóch synów starego lorda Waldera. Jeden był muskularny i cechował się masywną, wystającą żuchwą oraz grubymi ramionami. Drugi miał głodne, osadzone blisko siebie oczy, spiczasty nos, rzadką kasztanową brodę, nie do końca osłaniającą słaby podbródek, i łysą głowę. Hosteen i Aenys. Fetor pamiętał ich z czasów, gdy jeszcze nie wiedział, jak ma na imię. Hosteen był silny jak byk, niełatwo wpadał w gniew, ale gdy już się to stało, stawał się nieubłagany. Uchodził za najgroźniejszego w walce ze wszystkich potomków lorda Waldera. Aenys był starszy, okrutniejszy i bystrzejszy. Dowódca, nie wojownik. Obaj byli doświadczonymi żołnierzami.
Tuż za strażą przednią posuwał i się ludzie z północy. Ich wystrzępione chorągwie powiewały na wietrze. Fetor przyglądał się im uważnie. Było ich niewielu, a większość szła na piechotę. Pamiętał potężny zastęp, który maszerował z Młodym Wilkiem pod znakiem wilkora z Winterfell. Dwadzieścia tysięcy mieczy i włóczni ruszyło na wojnę pod dowództwem Robba, albo prawie tyle, ale wracały tylko dwie dziesiąte i to przeważnie ludzie z Dreadfort.
W najgęstszym tłumie, pośrodku kolumny, jechał mężczyzna w ciemnoszarej zbroi płytowej włożonej na krwawoczerwoną skórzaną tunikę z podszewką. Jego tarczki opachowe ukształtowano na podobieństwo ludzkich głów o otwartych, krzyczących z bólu ustach. Z ramion opadał mu różowy wełniany płaszcz, wyszywany w kropelki krwi.
Na szczycie zamkniętego hełmu powiewały długie proporce z czerwonego jedwabiu.
Żaden wyspiarz nie zabije Roose’a Boltona zatrutą strzałą – pomyślał Fetor na jego widok. Za Boltonem posuwał się, poskrzypując, zamknięty wóz zaprzężony w sześć wielkich koni pociągowych. Z przodu i z tyłu strzegli go kusznicy. Jadących na wozie osłaniały przed spojrzeniami gapiów kotary z ciemnoniebieskiego aksamitu.
Dalej sunęły tabory. Wozy obładowane zapasami oraz łupami, a także inne wiozące rannych i kalekich. Kolumnę zamykali ludzie Freyów. Było ich co najmniej tysiąc, może więcej; łucznicy, włócznicy, chłopi uzbrojeni w kosy i zaostrzone pale, wolni jeźdźcy i konni łucznicy, a także stu kolejnych rycerzy, dla wzmocnienia oddziału.
Fetor – z obrożą na szyi, znowu noszący łachmany – poszedł razem z innymi psami za lordem Ramsayem, gdy jego lordowska mość ruszył przywitać ojca. Kiedy jednak jeździec w ciemnej zbroi zdjął hełm, ukazała się twarz, której Fetor nie znał. Uśmiech Ramsaya zwarzył się na ten widok. Na jego twarzy pojawił się gniew.
– Co to ma być, jakaś drwina?
– Tylko ostrożność – wyszeptał Roose Bolton, wychodząc zza zasłon osłaniających wnętrze wozu.
Lord Dreadfort nie był zbyt podobny do swego bękarta. Twarz miał wygoloną, gładką i zwyczajną, może nie przystojną, lecz również nie brzydką. Choć Roose walczył w bitwach, nie naznaczyły go blizny. Dawno już przekroczył czterdziestkę, ale nie miał zmarszczek i tylko słabo zaznaczone bruzdy świadczyły o upływie czasu. Usta miał tak wąskie, że gdy je zacisnął, znikały niemal bez śladu. Miał w sobie jakiś opierający się upływowi czasu spokój. Na twarzy Roose’a Boltona gniew i radość wyglądały bardzo podobnie. Jedyne, co łączyło go z Ramsayem, to oczy. Jego oczy są jak lód. Fetor zastanawiał się, czy Roose Bolton kiedyś w życiu płakał. A jeśli tak, czy po jego policzkach spływały zimne łzy?
Kiedyś chłopak zwany Theonem Greyjoyem z przyjemnością żartował z Roose’a Boltona, gdy zasiadali w radzie Robba Starka. Szydził z jego cichego głosu i dowcipkował na temat pijawek. Musiał być szalony. Z tego człowieka nie wolno drwić. Wystarczyło spojrzeć na Boltona, by sobie uświadomić, że w małym palcu u jego nogi kryje się więcej okrucieństwa niż we wszystkich Freyach razem wziętych.
– Ojcze – rzekł lord Ramsay i klęknął przed nim.
Lord Roose przyglądał mu się przez chwilę.
– Możesz wstać.
Odwrócił się, by pomóc dwóm młodym kobietom wysiąść z wozu.
Pierwsza była niska i bardzo tłusta. Spod kaptura sobolowego futra wyglądała okrągła czerwona twarz o trzech kołyszących się podbródkach.
– Moja nowa żona – przedstawił ją Roose Bolton. – Lady Waldo, to jest mój naturalny syn. Pocałuj macochę w rękę, Ramsayu. – Syn go posłuchał. – Jestem pewien, że pamiętasz lady Aryę, swą narzeczoną.
Dziewczyna była szczupła i wyższa, niż pamiętał Fetor, ale tego należało się spodziewać. W tym wieku dziewczęta rosną szybko. Miała na sobie suknię z szarej wełny, obszytą białym atłasem, na którą narzuciła gronostajowe futro spięte srebrną głową wilka. Ciemnobrązowe włosy opadały jej do połowy pleców. A oczy...
To nie jest córka lorda Eddarda.
Arya miała oczy po ojcu, szare oczy Starków. Dziewczyna w jej wieku mogła zapuścić długie włosy i urosnąć kilka cali, mogły się jej też wypełnić piersi, ale zmiana koloru oczu nie wchodziła w grę. To jest mała przyjaciółka Sansy, córka zarządcy. Jeyne, tak się nazywała. Jeyne Poole.
– Lordzie Ramsayu. – Dziewczyna dygnęła przed nim. To również się nie zgadzało.
Prawdziwa Arya Stark splunęłaby mu w twarz. – Modlę się, bym stała się dla ciebie dobrą żoną i dała ci silnych synów, którzy będą twymi następcami.
– Tak się stanie – zapewnił Ramsay. – I to wkrótce.
JON
Świeca zgasła w kałuży wosku, ale przez okiennice do środka wnikało już światło poranku. Jon znowu zasnął przy pracy. Stół pokrywały wysokie stosy książek. Przyniósł je tu osobiście, poświęciwszy pół nocy na poszukiwania w zakurzonych piwnicach przy świetle lampy. Samwell miał rację, księgi pilnie powinno się posegregować, sporządzić listę i ustawić w porządku. To jednak nie było zadanie dla zarządców, którzy nie umieli czytać ani pisać. Trzeba będzie z tym zaczekać na powrót grubasa.
Jeśli w ogóle wróci. Jon bał się o Sama i o maestera Aemona. Cotter Pyke napisał mu ze Wschodniej Strażnicy, że ludzie z „Wrony Burzy” widzieli u brzegów Skagos wrak galery. Załoga nie potrafiła określić, czy rozbitym statkiem był „Kos”, któryś z najemników Stannisa Baratheona, czy może jakiś statek kupiecki. Chciałem wysłać Goździk i dziecko w bezpieczne miejsce. Czyżbym zamiast tego wysłał ich do grobu?
Obok jego łokcia stała zimna kolacja, prawie nietknięta. Edd Cierpiętnik wypełnił wydrążony bochen tak bardzo, że zawartość niemal się przelewała, by osławiony gulasz z trzech mięs Trzypalcego Hobba choć trochę zmiękczył czerstwy chleb. Bracia żartowali, że te trzy mięsa to baranina, baranina i baranina, ale bliższe prawdy byłyby marchew, cebula i rzepa. Resztki gulaszu pokrywała lśniąca warstewka zimnego tłuszczu.