Выбрать главу

Bowen Marsh nalegał, by Jon przeniósł się do dawnych komnat Starego Niedźwiedzia w opuszczonej przez Stannisa Wieży Króla, ale on nie chciał tego zrobić.

Gdyby wprowadził się do komnat króla, ludzie zbyt łatwo mogliby uznać, że nie liczy na jego powrót.

Odkąd Stannis pomaszerował na południe, w Czarnym Zamku zapanowała dziwna apatia. Mogłoby się zdawać, że i wolni ludzie, i czarni bracia wstrzymują oddech, czekając na rozwój wydarzeń. Na dziedzińcach i w wieży jadalnej najczęściej nikogo nie było, Wieża Lorda Dowódcy zamieniła się w pustą skorupę, stara wspólna sala była tylko stosem poczerniałych belek, a Wieża Hardina wyglądała, jakby mógł ją przewrócić następny podmuch wiatru. Jedynym odgłosem życia, jaki słyszał Jon, był cichy brzęk mieczy dobiegający z dziedzińca pod zbrojownią. Żelazny Emmett krzyczał na Skoczka, każąc mu unieść tarczę. Lepiej, żebyśmy wszyscy trzymali tarcze uniesione.

Jon umył się, ubrał i wyszedł ze zbrojowni, zatrzymując się na chwilę na dziedzińcu, by powiedzieć kilka słów zachęty Skoczkowi oraz innym podopiecznym Emmetta. Jak zwykle odrzucił propozycję Ty’a, który chciał dać mu eskortę. Będzie dziś miał wokół siebie wystarczająco wielu ludzi. Gdyby doszło do rozlewu krwi dwóch więcej niewiele zmieni. Zabrał jednak Długi Pazur i towarzyszył mu Duch.

Gdy dotarł do stajni, Edd Cierpiętnik przygotował do drogi klaczkę lorda dowódcy.

Wozy ustawiały się już pod czujnym okiem Bowena Marsha. Lord zarządca truchtał wzdłuż kolumny, wskazując ręką na budzące jego dezaprobatę szczegóły. Policzki miał czerwone od zimna. Gdy zauważył Jona, poczerwieniały jeszcze bardziej.

– Lordzie dowódco, czy nadal upierasz się przy tym...

– ...szaleństwie? – dokończył Jon. – Powiedz mi proszę, że nie to słowo chciałeś wypowiedzieć, panie. Tak, upieram się. Wschodnia Strażnica domaga się więcej ludzi.

Wieża Cieni również. Nie wątpię, że w Szarej Warcie i Icemarku również by się przydali, a mamy też czternaście innych zamków, które nadal stoją puste, a także wiele mil Muru, nieobsadzonych i pozbawionych obrońców.

Marsh wydął usta.

– Lord dowódca Mormont...

– ...nie żyje. Co więcej, nie zginął z rąk dzikich, lecz własnych zaprzysiężonych braci, którym ufał. Żaden z nas nie może wiedzieć, co by zrobił albo czego by nie zrobił na moim miejscu. – Jon zawrócił wierzchowca. – Dość już gadania. W drogę.

Edd Cierpiętnik słyszał całą rozmowę. Gdy Bowen Marsh oddalił się kłusem, wskazał głową w kierunku jego pleców.

– Owoce granatu – rzekł. – Wszystkie te pestki. Można się nimi zadławić na śmierć.

Wolę rzepy. Nigdy nie słyszałem, żeby rzepa komuś zaszkodziła.

Właśnie w takich chwilach Jonowi najbardziej brakowało maestera Aemona. Clydas potrafił się opiekować krukami, ale nie miał nawet jednej dziesiątej wiedzy i doświadczenia Aemona Targaryena, a co dopiero jego mądrości. Bowen był dobrym człowiekiem na swój sposób, ale rana odniesiona na Moście Czaszek usztywniła jego poglądy i jedyną piosenką, jaką można było usłyszeć, był znajomy tekst o zapieczętowaniu bram. Othell Yarwyck był małomówny, flegmatyczny i pozbawiony wyobraźni, a pierwsi zwiadowcy ginęli tak szybko, że Jon nie mógł nadążyć z ich mianowaniem. Nocna Straż straciła zbyt wielu najlepszych ludzi – pomyślał, gdy wozy ruszyły w drogę. Starego Niedźwiedzia, Qhorina Półrękiego, Donala Noye‘a, Jarmena Buckwella, mojego stryja...

Zaczął sypać lekki śnieżek. Kolumna posuwała się na południe królewskim traktem, długi szereg wozów mijał pola, strumienie i zalesione wzgórza. Eskorta składała się z dwunastu włóczników i takiej samej liczby konnych łuczników. Podczas kilku ostatnich podróży w Mole’s Town doszło do szeregu nieprzyjemnych incydentów, przepychanek i szarpanin, słyszeli też trochę wymamrotanych przekleństw i widzieli mnóstwo złowrogich spojrzeń. Bowen Marsh uważał, że lepiej nie ryzykować i tym razem Jon się z nim zgadzał.

Lord zarządca jechał na początku kolumny. Jon trzymał się kilka jardów za nim, z Eddem Cierpiętnikiem Tollettem u boku. Pół mili na południe od Czarnego Zamku Edd podjechał bliżej.

– Panie? – odezwał się. – Popatrz tam. Wielki pijak na wzgórzu.

Pijak był starym jesionem, powykręcanym przez stulecia narażenia na wiatr. A teraz miał twarz. Poważne usta, złamany konar służący jako nos, dwoje wyrzeźbionych głęboko w pniu oczu patrzyło na północ, w stronę zamku i Muru.

A więc dzicy jednak przyprowadzili ze sobą swych bogów. Jon nie był zaskoczony.

Ludzie nie wyrzekali się swych wierzeń tak łatwo. Całe przedstawienie urządzone pod Murem przez lady Melisandre nagle wydało mu się pustą komediancką farsą.

– Trochę przypomina ciebie, Edd – odparł, starając się obrócić całą sprawę w żart.

– To prawda, panie. Ja nie mam liści w nosie, ale poza tym... lady Melisandre nie będzie zadowolona.

– Wątpię, by to zobaczyła. Dopilnuj, by nikt jej nie powiedział.

– Ale ona widzi różne rzeczy w tych swoich ogniach.

– Dym i popioły.

– I płonących ludzi. Najpewniej mnie. Z liśćmi w nosie. Zawsze się bałem, że mnie spalą, ale miałem nadzieję, że najpierw umrę.

Jon obejrzał się na twarz, zastanawiając się, kto ją wyrył. Wystawił wokół Mole’s Town strażników mających nie dopuścić jego wron do dzikich kobiet, a także nie pozwolić wolnym ludziom wybierać się na południe na wyprawy łupieżcze. Ten, kto wyrył twarz, najwyraźniej jednak wymknął się wartownikom. Mógłbym raz jeszcze podwoić straże – pomyślał skwaszony Jon. I zmarnować dwukrotnie więcej łudzi, którzy mogliby chodzić po Murze.

Wozy nadal posuwały się powoli na południe przez zamarznięte błoto i sypiący śnieg.

Jakąś milę dalej natrafili na drugą twarz, wyrytą w kasztanowcu rosnącym nad lodowatym strumieniem. Oczy drzewa były skierowane na stary most z desek.

– Dwa razy więcej kłopotów – skwitował Edd Cierpiętnik.

Drzewo było bezlistne jak szkielet, ale jego nagie brązowe konary nie były puste. Na nisko zwisającej nad strumieniem gałęzi siedział kruk. Ptaszysko skuliło się, strosząc pierze dla ochrony przed zimnem. Zauważywszy Jona, rozpostarło skrzydła i wrzasnęło głośno. Młodzieniec uniósł zaciśniętą w pięść dłoń i zagwizdał. Wielki czarny ptak podleciał do niego.

Ziarno, ziarno, ziarno – wrzeszczał.

– Ziarno jest dla wolnych ludzi – oznajmił mu Jon. – Nie dla ciebie.

Zadał sobie pytanie, czy przed końcem zimy wszyscy nie będą zmuszeni jeść kruków.

Nie wątpił, że bracia jadący na wozach również widzieli twarze. Nikt o nich nie wspominał, ale każdy, kto miał oczy, potrafiłby to wyczytać z ich min. Jon słyszał kiedyś, jak Mance Rayder stwierdził, że większość klękaczy to owce.

– Pies może kierować stadem owiec – rzekł mu król za Murem – ale wśród wolnych ludzi niektórzy są cieniokotami, a inni kamieniami. Ten pierwszy rodzaj wędruje, gdzie zechce, i rozszarpie wasze psy na strzępy. Ten drugi nie ruszy się z miejsca, dopóki się go nie kopnie.

Ani cieniokoty, ani kamienie nie wyrzekną się bogów czczonych przez całe życie, by pokłonić się takiemu, którego ledwie znali.

Tuż na północ od Mole’s Town ujrzeli trzeciego obserwatora, wyrzeźbionego w wielkim dębie, znaczącym granicę wioski. Głębokie oczy kierował na królewski trakt. To nie jest przyjazna twarz – pomyślał Jon Snow. Oblicza w minionych epokach wyryte w czardrzewach przez Pierwszych Ludzi i dzieci lasu często robiły surowe bądź gwałtowne wrażenie, ale ta twarz wyglądała na wyjątkowo zagniewaną, jakby drzewo było gotowe wyrwać korzenie z ziemi i ruszyć w pościg za nimi. Jego rany są tak samo świeże, jak rany tych, którzy wyrzeźbili mu twarz.