Mole’s Town zawsze było większe, niż się zdawało. Większa część osady znajdowała się pod ziemią, osłonięta przed zimnem i śniegiem. Teraz było to prawdą w jeszcze większym stopniu niż kiedykolwiek. Magnar Thennu puścił opustoszałą wioskę z dymem, gdy przejeżdżał tędy, by zaatakować Czarny Zamek. Na górze pozostały tylko stosy poczerniałych belek i osmalone kamienie... ale krypty, tunele i głębokie piwnice ukryte pod zamarzniętą ziemią ocalały. W nich właśnie skryli się wolni ludzie. Tulili się do siebie w ciemności jak krety, od których pochodziła nazwa osady.
Wozy ustawiono w półksiężyc przed resztkami budynku, który ongiś był kuźnią.
Nieopodal tłumek dzieci o czerwonych od zimna twarzach budował fort ze śniegu, ale wszystkie uciekły na widok obleczonych w czarne płaszcze braci i skryły się w dziurach w ziemi. Po paru chwilach zaczęli z nich wychodzić dorośli. Przynieśli ze sobą smród niemytych ciał i brudnych ubrań, kału i moczu. Jon zauważył, że jeden z jego ludzi zmarszczył nos i powiedział coś do towarzysza. Na pewno jakiś żart o zapachu wolności. Zbyt wielu jego braci kpiło ze smrodu dzikusów z Mole’s Town.
Durne uprzedzenia – pomyślał Jon. Wolni ludzie niczym się nie różnili od braci z Nocnej Straży. Jedni byli czyści, inni brudni, ale większość była raz taka, a raz taka. Ten smród był po prostu wonią tysiąca ludzi tłoczących się w tunelach i piwnicach mających pomieścić zaledwie stu.
Dzicy nie pierwszy raz tańczyli ten taniec. Bez słowa ustawili się w kolejkach za wozami. Na jednego mężczyznę przypadały trzy kobiety. Spódnic wielu z nich czepiały się blade chude dzieci. Jon widział bardzo niewiele niemowląt. Umarły podczas marszu
– uświadomił sobie. A te, które przeżyły bitwę, nie przetrwały królewskiej zagrody.
Wojownikom powiodło się lepiej. Podczas rady Justin Massey wspomniał o trzystu zdolnych do walki mężczyznach. Policzył ich lord Harwood Feli. Będą też włóczniczki.
Pięćdziesiąt, sześćdziesiąt, może nawet sto. Jon wiedział, że Feli uwzględnił również mężczyzn, którzy odnieśli rany. Widział ich około dwudziestu. Wspierali się na prowizorycznych kulach, mieli puste rękawy, stracili jedno oko albo połowę twarzy.
Jednego beznogiego człowieka niosło dwóch towarzyszy. Wszyscy byli wychudzeni i mieli poszarzałe twarze. Są złamani – pomyślał. Nie tylko upiory trzeba zwać żywymi trupami.
Niemniej nie wszyscy wojownicy dali się złamać. Sześciu Thennów w zbrojach łuskowych z brązu przystanęło wokół jednego z zejść do piwnicy. Patrzyli spode łba na pozostałych, nie chcąc się do nich przyłączyć. W ruinach wioskowej kuźni Jon wypatrzył masywnego łysego mężczyznę. Poznał Hallecka, brata Hanny Psi Łeb. Ale świnie jego siostry zniknęły. Na pewno je zjedli. Dwaj mężczyźni w futrach byli Rogostopymi, chudymi i barbarzyńskimi. Nawet na śniegu nie włożyli butów. Wśród tych owiec są jeszcze wilki.
Val przypomniała mu o tym, kiedy ją ostatnio odwiedził.
– Wolni ludzie i klękacze nie różnią się od siebie aż tak bardzo, Jonie Snow.
Mężczyźni są mężczyznami, a kobiety kobietami, wszystko jedno, po której stronie Muru się zrodzili. Dobrzy i źli, bohaterowie i łajdacy, ludzie honoru, tchórze, bestie... mamy ich pod dostatkiem, tak samo jak wy.
Nie myliła się. Kłopot w tym, jak ich odróżnić, oddzielić owce od kozłów.
Czarni bracia zaczęli rozdawać żywność. Przywieźli płaty twardej solonej wołowiny, suszone dorsze, suszoną fasolę, rzepę, marchew, worki jęczmiennej kaszy i pszenicznej mąki, marynowane jajka, beczki cebuli i jabłek.
– Możesz dostać cebulę albo jabłko – oznajmił Kudłaty Hal jakiejś kobiecie – ale nie jedno i drugie. Musisz wybrać.
Najwyraźniej go nie zrozumiała.
– Potrzebuję po dwa. Po jednym dla mnie i po jednym dla mojego chłopca. Jest chory, ale jabłko mu pomoże.
Hal potrząsnął głową.
– Musi sam przyjść, żeby dostać jabłko. Albo cebulę. Nie i to, i to. Jabłko czy cebula?
Decyduj się szybko, ludzie czekają.
– Jabłko – odpowiedziała.
Podał jej owoc, mały, stary i wyschnięty.
– Ruszaj się, kobieto – zawołał mężczyzna stojący trzy osoby za nią. – Jest zimno.
Zignorowała jego krzyk.
– Jeszcze jedno jabłko – poprosiła Kudłatego Hala. – Dla mojego syna. Proszę. To jest bardzo małe.
Hal spojrzał na Jona, który potrząsnął głową. Wkrótce zabraknie im jabłek. Jeśli zaczną dawać po dwa każdemu, kto o to poprosi, nie wystarczy ich dla tych, którzy przyszli później.
– Z drogi – zawołała stojąca za kobietą dziewczyna i nagle popchnęła ją w plecy.
Kobieta zachwiała się, wypuściła jabłko i upadła. Inne wiktuały, które trzymała w ramionach, spadły na ziemię. Fasola poleciała na wszystkie strony, rzepa potoczyła do kałuży, a worek z mąką pękł i jego cenna zawartość posypała się na śnieg.
Zabrzmiały gniewne głosy w obu językach, starym i powszechnym. Pod sąsiednim wozem również doszło do przepychanki.
– To za mało – warknął jakiś staruszek. – Chcecie nas zagłodzić na śmierć, cholerne wrony?
Przewrócona kobieta klęczała, zbierając porozrzucane produkty. W odległości kilku jardów Jon zauważył błysk nagiej stali. Jego łucznicy nałożyli strzały na cięciwy.
Odwrócił się w siodle.
– Rory, ucisz ich.
Mężczyzna uniósł do ust swój wielki róg i zadął w niego.
– AAAAhuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu.
Tumult i szarpanina ustały. Głowy się odwróciły. Jakieś dziecko się rozpłakało. Kruk Mormonta przeszedł z lewego ramienia Jona na prawe.
– Snow, snow, snow – mamrotał, kołysząc głową.
Jon zaczekał, aż wybrzmią ostatnie echa, po czym spiął klaczkę i wyjechał na wolną przestrzeń, by wszyscy go widzieli.
– Karmimy was najlepiej jak możemy, oddajemy wszystko, co możemy poświęcić.
Jabłka, cebulę, rzepę, marchew... przed nami długa zima, a nasze zapasy nie są niewyczerpane.
– Wrony jedzą dobrze – odciął się Halleck.
Na razie.
– Bronimy Muru. Mur osłania królestwo... a teraz również was. Znacie wroga, z którym mamy do czynienia. Wiecie, kto wkrótce nadejdzie. Niektórzy z was już się z nimi zetknęli. Upiory i biali wędrowcy, martwe stworzenia o niebieskich oczach i czarnych dłoniach. Ja również ich widziałem. Walczyłem z nimi i kilku odesłałem do piekła. Zabijają nas, a potem wysyłają poległych przeciwko nam. Olbrzymy nie zdołały się im oprzeć, wy, Thennowie, również nie, podobnie jak klany znad lodowej rzeki, Rogostopi, wolni ludzie... a w miarę jak dni stają się krótsze i robi się coraz zimniej, ich moc narasta. Porzuciliście domy i przybyliście na południe setkami i tysiącami, po co, jeśli nie po to, by przed nimi uciec? Znaleźć bezpieczne miejsce. No więc, to Mur zapewnia wam bezpieczeństwo. Mur i my, czarne wrony, którymi gardzicie.
– Bezpieczeństwo i głód – skwitowała przysadzista kobieta o ogorzałej twarzy, wyglądająca na włóczniczkę.
– Chcecie dostać więcej? – zapytał Jon. – Mamy żywność dla wojowników. Pomóżcie nam bronić Muru, a będzie jeść równie dobrze jak wrony.