– Ale bez Daenerys i jej smoków, jak możemy liczyć na zwycięstwo?
– Nie musisz zwyciężyć – zapewnił Tyrion. – Wystarczy, że wzniesiesz chorągwie, zgromadzisz stronników i utrzymasz się aż do chwili, gdy przybędzie Daenerys, by dodać swe siły do twoich.
– Powiedziałeś, że może mnie nie zechcieć.
– Być może przesadziłem. Może ulituje się nad tobą, gdy przybędziesz, by żebrać o jej rękę. – Karzeł wzruszył ramionami. – Chcesz postawić swój tron na kaprys kobiety? Ale jeśli popłyniesz do Westeros... ach, wtedy będziesz buntownikiem, nie żebrakiem.
Śmiałym i nieustraszonym, prawdziwą latoroślą rodu Targaryenów, idącą w ślady Aegona Zdobywcy. Smokiem. Mówiłem ci, że znam naszą małą królową. Niech tylko usłyszy, że zamordowany syn jej brata Rhaegara żyje, że dzielny chłopak ponownie wzniósł w Westeros smoczy sztandar jej przodków, że toczy rozpaczliwą wojnę, by pomścić ojca i odzyskać Żelazny Tron dla dynastii Targaryenów, że ze wszystkich stron otaczają go wrogowie... pomknie do ciebie tak szybko, jak tylko poniosą ją wiatr i woda.
Jesteś ostatni z jej rodu, a ta Matka Smoków, ta Wyzwolicielka z Okowów, nade wszystko pragnie nieść ratunek. Dziewczyna, która utopiła niewolnicze miasta we krwi, bo nie chciała pozwolić, by obcy jej ludzie nosili łańcuchy, raczej nie porzuci syna własnego brata w godzinie niebezpieczeństwa. A gdy dotrze do Westeros i ujrzy cię po raz pierwszy, spotkacie się jako równi sobie, mężczyzna i kobieta, nie królowa i błagalnik. Powiedz, jak mogłaby cię wtedy nie pokochać? – Uśmiechnął się, wziął w rękę smoka i przeleciał nim na drugi koniec planszy. – Mam nadzieję, że Wasza Miłość mi wybaczy. Twój król jest uwięziony. Śmierć za cztery ruchy.
Książę wbił wzrok w planszę.
– Mój smok...
– ...jest za daleko, by cię uratować. Trzeba go było przesunąć na środek.
– Przecież mówiłeś...
– Kłamałem. Nie ufaj nikomu. I zawsze trzymaj smoka pod ręką.
Młody Gryf zerwał się na nogi i przewrócił kopniakiem planszę. Figury poleciały na wszystkie strony, podskakując na deskach pokładu „Nieśmiałej Panny”.
– Pozbieraj je – rozkazał chłopak.
Być może rzeczywiście jest Targaryenem.
– Jak Wasza Miłość sobie życzy.
Tyrion opadł na ręce i kolana, a potem zaczął łazić po pokładzie, zbierając figury.
Gdy Yandry i Ysilla wrócili na „Nieśmiałą Pannę”, zbliżał się już zmierzch. Szedł za nimi tragarz pchający taczkę wyładowaną stertą zapasów: solą i mąką, świeżo ubitym masłem, płatami boczku owiniętymi w płótno oraz workami pomarańczy, jabłek i gruszek. Yandry niósł na ramieniu beczułkę wina, a Ysilla przerzuciła przez swoje szczupaka. Ryba dorównywała długością wzrostowi Tyriona.
Gdy kobieta zobaczyła stojącego na końcu trapu karła, zatrzymała się tak nagle, że Yandry na nią wpadł. Szczupak omal nie wleciał do rzeki, ale Kaczka pomógł jej go uratować. Ysilla łypnęła spode łba na Tyriona i wykonała trzema palcami osobliwy, przypominający pchnięcie nożem gest. Znak chroniący przed złem.
– Daj, pomogę ci nieść tę rybę – zaproponował Kaczce Tyrion.
– Nie – warknęła Ysilla. – Nie zbliżaj się. Nie dotykaj żadnej żywności, poza tą, którą sam jesz.
Karzeł uniósł ręce.
– Wedle rozkazu.
Yandry z głośnym stukiem postawił beczkę na pokładzie.
– Gdzie Gryf? – zapytał Haldona.
– Śpi.
– To go obudź. Przynosimy wieści, które powinien usłyszeć. Wszyscy w Selhorys powtarzają imię królowej. Ponoć nadal przebywa w Meereen i ze wszystkich stron otaczają ją wrogowie. Jeśli wierzyć w to, co mówią ludzie na targowiskach, Stare Volantis wkrótce przyłączy się do wojny przeciwko niej.
Haldon wydął usta.
– Plotkom powtarzanym przez handlarzy ryb nie można ufać. Niemiej sądzę, że Gryf chciałby o tym usłyszeć. Wiesz, gdzie go znaleźć.
Półmaester zszedł pod pokład.
Dziewczyna nawet nie zaczęła podróży na zachód. Z pewnością miała poważne powody. Meereen dzieliło od Volantis półtora tysiąca mil pustyń, gór, bagien i ruin, a także Mantarys, ze swą złowrogą reputacją. Zwą je miastem potworów, ale jeśli wybierze drogę lądową, gdzie indziej zdoła znaleźć żywność i wodę? Podróż morska byłaby szybsza, ale jeśli nie ma statków...
Gdy Gryf w końcu zjawił się na pokładzie, szczupak skwierczał już nad piecykiem, a Ysilla co chwila polewała go sokiem wyciśniętym z cytryny. Najemnik miał na sobie kolczugę i futro z wilków, miękkie skórzane rękawice i ciemne wełniane spodnie. Jeśli nawet zdziwiło go, że Tyrion już się obudził, nie okazał tego w żaden sposób poza zwyczajowo zasępioną miną. Przeszedł z Yandrym na rufę, gdzie zaczęli rozmawiać tak cicho, że karzeł nie mógł nic podsłuchać.
Po pewnym czasie Gryf wezwał skinieniem Haldona.
– Musimy sprawdzić wiarygodność tych pogłosek. Zejdź na ląd i dowiedz się, ile zdołasz. Qavo będzie coś wiedział, jeśli zdołasz go znaleźć. Spróbuj „Pod Flisakiem” i „Pod Pomalowanym Żółwiem”. Znasz też zapewne inne miejsca, gdzie bywa.
– Znam. Zabiorę ze sobą karła. Dwie pary uszu słyszą więcej niż jedna. Wiesz też, że Qavo uwielbia cyvasse.
– Jak sobie życzysz. Wróćcie przed wschodem słońca. Gdybyście z jakichś powodów się spóźnili, odszukajcie Złotą Kompanię.
Słowa godne lorda. Tyrion zachował jednak tę myśl dla siebie.
Haldon wdział płaszcz z kapturem, a Tyrion zamienił błazeński strój domowej roboty na coś szarego i nieprzyciągającego uwagi. Gryf dał obu po sakiewce ze srebrem pochodzącej z kufrów Illyria.
– Dla rozluźnienia języków.
Gdy zeszli na nabrzeże, zmierzch przeszedł już w noc. Niektóre z mijanych przez nich statków wyglądały na opuszczone. Ich trapy uniesiono. Na innych roiło się od uzbrojonych mężczyzn, którzy łypali na nich podejrzliwie. Nad przycupniętymi pod miejskimi murami straganami zapalono pergaminowe latarnie, rzucające na bruk plamy barwnego światła. Tyrion zauważył, że twarz Haldona robi się na zmianę zielona, czerwona albo fioletowa. Przez kakofonię obcych języków przebijała się osobliwa muzyka dobiegająca sprzed nich. Piskliwe tony fletu przy akompaniamencie bębnów. Z tyłu dobiegało ich zaś szczekanie psa.
Na ulicę wyszły kurwy. Rzeczny czy morski, port pozostawał portem. Tam, gdzie byli marynarze, można też było znaleźć dziwki. Czy to właśnie chciał powiedzieć ojciec? Czy kurwy odsyła się nad morze?
W Lannisporcie i Królewskiej Przystani nierządem trudniły się wolne kobiety. Ich siostry z Selhorys były niewolnicami. Świadczyły o tym łzy wytatuowane pod prawymi oczami. Wszystkie są stare jak grzech i dwa razy brzydsze. To prawie wystarczyło, by Tyrionowi się ich odechciało. Czuł na sobie ich spojrzenia, słyszał, jak szepczą do siebie i chichoczą, kryjąc twarze za dłońmi. Można by pomyśleć, że nigdy nie widziały karła.
Przy rzecznej bramie straż pełniła drużyna volanteńskich włóczników. Stalowe pazury sterczące z ich pancernych rękawic lśniły w blasku pochodni. Ich hełmy były tygrysimi maskami, a kryjące się pod nimi twarze zdobiły zielone pręgi namalowane na policzkach. Tyrion wiedział, że żołnierze-niewolnicy z Volantis są straszliwie dumni ze swych tygrysich pasów. Czy pragną wolności? – zadał sobie pytanie. Co by zrobili, gdyby ta młodociana królowa ich nią obdarzyła? Kim są, jeśli nie tygrysami? A kim ja jestem, jeśli nie lwem?