Jeden z tygrysów zauważył karła i powiedział coś, co rozśmieszyło pozostałych. Gdy Tyrion i Haldon doszli do bramy, żołnierz ściągnął pazurzastą osłonę dłoni i przepoconą rękawicę, którą nosił pod spodem, otoczył ręką szyję karła i pogłaskał go mocno po głowie. Tyrion był zbyt zaskoczony, by się sprzeciwiać. Wszystko trwało tylko uderzenie serca.
– Czy miał do tego jakiś powód? – zapytał Półmaestera.
– Mówi, że dotknięcie głowy karła przynosi szczęście – odparł Haldon, wymieniwszy kilka słów z wartownikiem w jego języku.
Tyrion rozciągnął usta w wymuszonym uśmiechu.
– Powiedz mu, że possanie kutasa karła przynosi jeszcze więcej szczęścia.
– Lepiej nie. Tygrysy często miewają ostre zęby.
Inny wartownik przepuścił ich przez bramę, machając niecierpliwie pochodnią.
Haldon Półmaester pierwszy wszedł na teren właściwego Selhorys. Tyrion człapał ostrożnie za nim.
Otworzył się przed nimi wielki plac. Pomimo późnej pory było tu tłoczno i hałaśliwie, paliło się też wiele świateł. Nad drzwiami gospód i domów rozkoszy kołysały się zawieszone na żelaznych łańcuchach lampy, ale tu, za bramami, były one zrobione z barwionego szkła, nie z pergaminu. Na balkonie świątyni stał kapłan w szkarłatnych szatach, wygłaszający kazanie do tłumku, który zgromadził się wokół ogni. Przed gospodą siedzieli wędrowcy grający w cyvasse, pijani żołnierze tłoczyli się pod budynkiem, który z całą pewnością był burdelem, a pod stajnią kobieta okładała razami muła. Obok przejechał dwukołowy wóz zaprzężony w karłowatego białego słonia. To inny świat – pomyślał Tyrion – ale nie aż tak bardzo różny od tego, który znam.
Nad placem dominował biały marmurowy posąg bezgłowego mężczyzny w niewiarygodnie zdobnej zbroi, dosiadającego podobnie przystrojonego rumaka.
– Kto to może być? – zainteresował się Tyrion.
– Triarcha Horonno. Volanteński bohater z czasów Stulecia Krwi. Wybierano go na to stanowisko rokrocznie przez czterdzieści lat, aż wreszcie znudził się wyborami i ogłosił dożywotnim triarchą. Volanteńczycy nie byli zadowoleni. Wkrótce potem skazano go na śmierć. Przywiązano między dwoma słoniami i rozdarto na pół.
– Temu pomnikowi brakuje głowy.
– Horonno był tygrysem. Kiedy słonie zdobyły władzę, ich zwolennicy wpadli w niszczycielski szał. Strącali głowy pomnikom tych, którzy ich zdaniem byli odpowiedzialni za wszystkie te wojny i ofiary. – Półmaester wzruszył ramionami. – To były inne czasy. Chodź, posłuchamy, o czym mówi ten kapłan. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem imię Daenerys.
Przecięli plac i dołączyli do wciąż gromadzącego się pod świątynią tłumu. Małego człowieczka ze wszystkich stron otaczali znacznie od niego wyżsi tubylcy i trudno mu było zobaczyć cokolwiek poza ich dupami. Słyszał każde wypowiadane przez kapłana słowo, ale to jeszcze nie znaczy, że był w stanieje pojąć.
– Rozumiesz, co on mówi? – zapytał Haldona w języku powszechnym.
– Rozumiałbym, gdyby nie to, że jakiś karzeł piszczy mi do ucha.
– Ja nie piszczę.
Tyrion założył ręce na piersi i obejrzał się za siebie, przyglądając się twarzom mężczyzn i kobiet, którzy zatrzymali się tu, by posłuchać kapłana. Wszędzie, gdzie spojrzał, widział tatuaże. Niewolnicy. Cztery piąte z nich to niewolnicy.
– Kapłan wzywa Volanteńczyków, żeby ruszyli na wojnę – oznajmił mu Półmaester – ale po słusznej stronie, jako żołnierze Pana Światła, R’hllora, stwórcy słońca i gwiazd, który toczy wieczną wojnę z ciemnością. Mówi, że Nyessos i Malaquo odwrócili się od światła, ich serca spowił cień rzucany przez żółte harpie ze wschodu. Mówi...
– Smoki. Zrozumiałem to słowo. Powiedział „smoki”.
– Tak. Smoki przybyły, by zanieść ją do chwały.
– Ją. Daenerys?
Haldon skinął głową.
– Benerro przysłał wieści z Volantis. Jej nadejście wypełnia starożytne proroctwo.
Zrodziła się z dymu i soli, by odnowić oblicze świata. Jest Azorem Ahai, który powrócił... jej triumf nad ciemnością przyniesie lato, które nigdy się nie skończy... sama śmierć ugnie kolan i ci, którzy zginą za sprawę Daenerys, narodzą się na nowo...
– Czy będę się musiał narodzić drugi raz w tym samym ciele? – zapytał Tyrion. Tłum robił się coraz gęstszy. Ludzie napierali na niego ze wszystkich stron. – Kto to jest Benerro?
Haldon uniósł brwi.
– Wielki kapłan czerwonej świątyni w Volantis. Płomień Prawdy, Światło Mądrości, Pierwszy Sługa Pana Światła, Niewolnik R’hllora.
Jedynym czerwonym kapłanem, którego znał Tyrion, był Thoros z Myr, tęgi, jowialny, zapijaczony hulaka, który pętał się na dworze króla Roberta, żłopiąc jego najlepsze wina i występując w walkach zbiorowych z płonącym mieczem.
– Wolę kapłanów, którzy są grubi, skorumpowani i cyniczni – oznajmił Haldonowi. –
Takich, którzy lubią siedzieć na miękkich, atłasowych poduszkach, zajadać słodycze i chędożyć małych chłopców. To ci, którzy wierzą w swojego boga, powodują kłopoty.
– Niewykluczone, że te kłopoty obrócą się na naszą korzyść. Wiem, gdzie możemy znaleźć odpowiedzi.
Haldon poprowadził Tyriona przez plac, mijając bezgłowego bohatera. Zmierzał do wielkiej, zbudowanej z kamienia gospody. Nad drzwiami wisiała grzebieniasta skorupa jakiegoś ogromnego żółwia, pomalowana na jaskrawe kolory. W środku paliła się bladym blaskiem setka czerwonych świec, przypominających odległe gwiazdy. Pachniało tu pieczonym mięsem i korzeniami, a niewolnica z żółwiem wytatuowanym na policzku nalewała gościom jasnozielone wino.
Półmaester zatrzymał się w drzwiach.
– Tam. Ci dwaj.
We wnęce dwóch mężczyzn siedziało nad rzeźbionym stołem do gry w cyvasse, mrużąc powieki, by wyraźniej widzieć figury w blasku czerwonej świecy. Jeden był wychudzony, miał pożółkłą cerę, rzedniejące czarne włosy i nos jak ostrze miecza. Drugi miał szerokie bary i wydatny brzuch, a kręte loki opadały mu poniżej kołnierza. Żaden nie raczył oderwać spojrzenia od gry aż do chwili, gdy Haldon przyciągnął sobie krzesło i usiadł obok nich.
– Mój karzeł gra w cyvasse lepiej niż wy dwaj razem wzięci – oznajmił półmaester.
Tęższy mężczyzna uniósł wzrok, zerknął z niesmakiem na intruzów i powiedział coś w języku Starego Volantis, za szybko, żeby Tyrion miał szansę go zrozumieć. Chudszy oparł się wygodnie na krześle.
– Czy jest na sprzedaż? – zapytał w języku powszechnym Westeros. – W menażerii triarchy przydałby się karzeł grający w cyvasse.
– Yollo nie jest niewolnikiem.
– Wielka szkoda.
Chudy mężczyzna wykonał ruch onyksowym słoniem.
Jego przeciwnik, dowodzący alabastrową armią, wydął usta na znak dezaprobaty i przesunął ciężką konnicę.
– Błąd – odezwał się Tyrion. Lepiej będzie, jak odegra swą rolę.
– Właśnie – zgodził się chudzielec i odpowiedział własną ciężką konnicą. Nastąpiła seria szybkich ruchów, po której chudy gracz oznajmił z uśmiechem: – Śmierć, mój przyjacielu.
Tęgi mężczyzna łypnął ze złością na planszę, a potem wstał i warknął coś pod nosem we własnym języku. Jego przeciwnik roześmiał się głośno.
– Daj spokój, karzeł nie śmierdzi aż tak bardzo. – Wskazał Tyrionowi wolne krzesło.
– Siadaj mały człowieczku. Połóż srebro na stole, a przekonamy się, jak dobrze opanowałeś grę.