Tenar pomyślała, że mogłaby pójść do miasteczka, pogawędzić z Tkaczem Fanem i zobaczyć, czy nie ma on resztek tkaniny, które dałby w zamian za pomyje, które ona wysyła dla jego świń. Chciałaby uszyć coś dla Therru. I chciałaby również porozmawiać z Fanem. Śmierć Ogiona i choroba Geda zatrzymywały ją z dala od miasteczka i ludzi, których tam znała. Odciągały ją jak zawsze od tego, co znała, co potrafiła robić, od świata, który wybrała by w nim żyć — świata nie królów i królowych, potężnych mocy i dominiów, wyższych kunsztów, podróży i przygód, lecz zwyczajnych ludzi robiących zwyczajne rzeczy, jak wychodzenie za mąż, wychowywanie dzieci, prowadzenie gospodarstwa, szycie i robienie przepierki. Pomyślała to z pewnego rodzaju mściwością, jak gdyby chciała, żeby usłyszał ją Ged, który bez wątpienia znajdował się teraz w połowie drogi do Doliny Środkowej. Wyobraziła go sobie na drodze, nie opodal doliny, w której ona i Therru spały. Wyobraziła sobie szczupłego mężczyznę o włosach koloni popiołu, idącego samotnie i w milczeniu, z połową bochenka chleba czarownicy w kieszeni i brzemieniem cierpień w sercu.
„Być może nadszedł czas, żebyś się dowiedział — pomyślała. — Czas, żebyś się dowiedział, że nie nauczyłeś się niczego na Roke!”
Kiedy tak przemawiała do niego w myślach, inne wyobrażenie przyszło jej do głowy. Zobaczyła obok Geda jednego z mężczyzn, którzy stali na tej drodze czekając na nią i Therru. Mimowolnie krzyknęła: — Ged, uważaj! — bojąc się o niego, nie miał bowiem przy sobie nawet kija. To nie tego wielkiego typa o owłosionych wargach ujrzała, lecz innego spośród nich, dość młodego mężczyznę w skórzanej czapce, który intensywnie wpatrywał się w Therru. Myślała o tym wszystkim, a kiedy upewniła się, że Therru jest z Heather, wyruszyła do miasta. Podniosła wzrok, by ujrzeć małą chatkę tuż obok domu Fana, w której mieszkała, kiedy tutaj żyła. Pomiędzy nią a domem przechodził jakiś człowiek. Był to mężczyzna, którego pamiętała, wyobrażała sobie, mężczyzna w skórzanej czapce. Mijał chatkę i dom tkacza. Nie widział jej. Obserwowała, jak nie zatrzymując się szedł ulicą miasteczka. Zmierzał albo do zakrętu drogi, albo do dworu. Tenar śledziła go z pewnej odległości, dopóki nie przekonała się, jaki wybrał kierunek. Poszedł dalej, pod górę, w kierunku posiadłości Władcy Re Alb i, a nie drogą, którą szedł Ged.
Zawróciła, zatem i złożyła wizytę staremu Fanowi. Choć prawie pustelnik, jak wielu tkaczy, Fan był na swój nieśmiały sposób uprzejmy dla kargijskiej dziewczyny i jednocześnie czujny. Duż ludzi strzegło jej reputacji! Fan, teraz niemalże ślepy, miał terminatorkę, która wykonywała większość roboty tkackiej. Cieszył się, że ma gościa. Usiadł uroczyście na starym rzeźbionym krześle, pod przedmiotem, od którego pochodziło jego imię użytkowe: bardzo dużym, malowanym wachlarzem, skarbem jego rodziny — darem, jak głosiła fama, hojnego korsarza dla jego dziadka za pośpieszne utkanie żagla w czas potrzeby.Rozłożony wachlarz wisiał na ścianie. Delikatnie malowani mężczyźni i kobiety, w przezroczystych różowych, jadeitowych i lazurowych szatach, wieże, mosty i chorągwie Wielkiego Portu Havnor — wszystko to Tenar widziała wiele razy. Często przyprowadzano tu podróżnych, żeby obejrzeli wachlarz. Wszyscy zgodnie twierdzili, że jest to najpiękniejsza rzecz w miasteczku. Podziwiała go wiedząc, że sprawi to przyjemność staremu człowiekowi, a także dlatego, że rzeczywiście był bardzo piękny, zaś starzec rzekł:
— Niewiele równie pięknych rzeczy widziałaś w swoich podróżach, co?
— Nie, nie. W Dolinie Środkowej nie ma niczego podobnego — odrzekała.
— Kiedy byłaś tutaj, w mojej chatce, czy pokazałem ci kiedyś jego drugą stronę?
— Drugą stronę? Nie — powiedziała i nie było już innej rady — musiał zdjąć wachlarz ze ściany. Ale to ona musiała wejść na krzesło i odczepić go starannie, ponieważ starzec nie dość dobrze widział i nie był w stanie tego zrobić. Kierował nią z niepokojem. Podała starcowi wachlarz, a ten przyjrzał mu się bacznie swoim zamglonym wzrokiem, złożył go do połowy, aby się upewnić, że żeberka poruszają się swobodnie, następnie złożył, odwrócił i wręczył kobiecie.
— Rozłóż go powoli — powiedział.
Tak też zrobiła.
Smoki drgnęły, kiedy poruszyły się fałdy wachlarza. Namalowane na pożółkłym jedwabiu, bladoczerwone, niebieskie i zielone smoki ustawiły się tam, gdzie po drugiej stronie stały postacie ludzi, pośród chmur i górskich wierzchołków.
— Podnieś go do światła — rzekł stary Fan.
Zrobiła to i ujrzała dwie strony, dwa obrazy zlewające się w jeden pod wpływem światła sączącego się przez jedwab. Chmury i szczyty były wieżami miasta, mężczyźni i kobiety byli uskrzydleni, a smoki spoglądały ludzkimi oczyma.
— Widzisz?
— Widzę — odrzekła półgłosem.
— Ja teraz nie mogę, ale widzę to oczyma duszy. Niewielu osobom to pokazuję.
— Jest cudowne.
— Zamierzałem pokazać to staremu magowi — powiedział Fan. — Nigdy tego nie zrobiłem.
Tenar raz jeszcze odwróciła wachlarz do światła, po czym umieściła go na dawnym miejscu tak, że smoki ukryły się w mroku, a mężczyźni i kobiety spacerowali w dziennym świetle. Fan zabrał ją ze sobą do chlewa, żeby obejrzała jego świnie, ładną parę tuczącą się na jesienne kiełbasy. Dyskutowali nad wadami Heather jako roznosicielki pomyj dla świń. Tenar powiedziała, że potrzebuje skrawka materiału na sukienkę dla dziecka i tkacz z przyjemnością wyciągnął dla niej pełną szerokość cienkiego lnianego płótna pościelowego, podczas gdy młoda kobieta, która była jego terminatorką i która zdawała się przejąć zarówno jego brak towarzyskości jak i jego rzemiosło, z nachmurzoną twarzą równomiernie klekotała przy szerokim warsztacie tkackim.
W drodze do domu Tenar wyobraziła sobie Therru siedzącą przy tych krosnach. To byłoby przyzwoite źródło utrzymania. Przeważająca część pracy było nudna, wciąż taka sama, lecz tkactwo stanowiło zaszczytne zajęcie, a w niektórych rękach było szlachetną sztuką. Ludzie spodziewali się po tkaczach tego, że będą odrobinę nieśmiali, często nieżonaci i zamknięci w sobie przy swojej pracy, a pomimo tego cieszyli się oni szacunkiem. Poza tym pracując w domu przy warsztacie tkackim, Therru nie musiałaby pokazywać swojej twarzy. Tylko, co z kleszczowatą dłonią? Czy ta dłoń mogłaby obsługiwać krosna? I czy dziewczynka przez całe życie miała się ukrywać?
Ale co miała robić? „Wiedząc, czym musi być jej życie…”.
Tenar zmusiła się do myślenia o czymś innym. O sukience, którą uszyje. Sukienki córeczki Lark uszyte były z grubego samodziału, w kolorze jednolitym jak błoto. Mogłaby ufarbować połowę tego płótna — może na żółto albo czerwono — marzanną z bagien; a później obszerny fartuch lub biała sukienka z falbanką. Czy dziecko miało być ukryte przy krosnach w mroku i nigdy nie mieć falbanki przy spódniczce? Jeśli będzie kroić rozważnie, zostałoby dosyć na zmianę bielizny i drugi fartuch.
— Therru! — zawołała zbliżając się do domu. Kiedy wychodziła, Heather i Therru były na żamowcowym pastwisku. Zawołała ponownie, pragnąc pokazać Therru materiał i opowiedzieć jej o sukience. Z chłodni nad potokiem nadeszła Heather. Rozglądała się dookoła i ciągnęła na sznurku Sippy.
— Gdzie jest Therru?
— Z tobą — odparła Heather tak pogodnie, że Tenar rozejrzała się szukając wzrokiem dziecka, zanim zrozumiała, że Heather nie ma pojęcia, gdzie ona jest i po prostu wyraziła swoje życzenie.
— Gdzie ją zostawiłaś?
Heather nie wiedziała. Nigdy przedtem nie porzucała Therru; zdawała się rozumieć, że należy ją mieć wciąż mniej lub bardziej na oku, niczym kozę. Lecz może to właśnie Therru rozumiała to przez cały czas i trzymała się w zasięgu wzroku? Tak myślała Te-nar, kiedy, nie doczekawszy się od Heather żadnej zrozumiałej informacji, zaczęła szukać dziecka i wołać je, nie otrzymując jednak żadnej odpowiedzi.Tak długo, jak mogła, trzymała się z dala od krawędzi urwiska. Pierwszego dnia ich pobytu tutaj wytłumaczyła, Therru, że nie wolno jej nigdy samej schodzić spadzistymi polami rozciągającymi się poniżej domu ani wzdłuż stromej granicy na północ od niego, ponieważ patrząc jednym okiem nie można z całkowitą pewnością ocenić odległości czy też głębokości. Dziewczynka była posłuszna. Zawsze była posłuszna. Ale dzieci zapominają. Nie, ona by nie zapomniała. Ale mogła dostać się w pobliże krawędzi nie wiedząc o tym. Nie, na pewno poszła do domu Moss. Na pewno — była tam sama zeszłej nocy, więc poszła tam znowu. Ależ tak, oczywiście. Nie było jej tam. Moss jej nie widziała.