Telefon zadzwonił powtórnie, cicho, ale natarczywie. Hawks zacisnął pięść, potem odsunął plan i podniósł słuchawkę.
Słuchał przez chwilę i wreszcie powiedział:
— Dobrze, Vivian. Zadzwoń, proszę, na bramę i powiedz, żeby wpuszczono doktora Latourette’a. Czekam na niego u siebie. — Odłożył słuchawkę i rozejrzał się po nagich ścianach gabinetu.
Sam Latourette zapukał cicho i wszedł do środka z nieśmiałym półuśmiechem na wargach.
Miał na sobie pognieciony garnitur i rozpiętą pod szyją białą koszulę bez krawata. Na szczęce i szyi widać było świeże zacięcia, jakby ogolił się zaledwie kilka minut temu. Włosy, spod których przeświecała skóra, starannie uczesał na mokro.
— Cześć, Ed — powiedział cicho wyciągając dłoń do Hawksa, który pośpiesznie wstał zza biurka. — Dawno się nie widzieliśmy.
— Tak. Tak, rzeczywiście. Siadaj, Sam… Tu jest fotel.
— Miałem nadzieję, że znajdziesz chwilę czasu — powiedział Latourette siadając. — Musi tu być teraz urwanie głowy.
— To prawda — przyznał Hawks siadając na powrót w swoim fotelu.
Latourette spojrzał na plan, który Barker zwinął i odsunął na skaj biurka.
— Wygląda, że myliłem się co do Barkera.
— Nie wiem — Hawks zrobił ruch w stronę planu, ale cofnął rękę. — Robimy dzięki niemu postępy. Myślę, że to jest najważniejsze. — Obserwował swojego gościa niepewnie, oczy miał niespokojne.
— Wiesz — mówił Latourette z tym samym wyrazem zażenowania. — Nie chcę pracować w Hughes Aircraft. Wydawało mi się, że chcę, wiesz, jak to jest, człowiek chce gdzieś pracować. W każdym razie tak się uważa.
— To prawda.
— Wiesz, że ja się nie upijam. Może na przyjęciu… kiedyś. Ale nie dlatego, że jestem wściekły i mam ochotę łamać krzesła. Nigdy taki nie byłem.
— To prawda.
Latourette zaśmiał się krótko.
— Chyba chciałem sam siebie przekonać, że jestem na ciebie wściekły. Wiesz, próbowałem robić z siebie jakąś tragiczną postać. Nie, myślę, że po prostu nie chciałem tamtej pracy. Tak naprawdę chciałem posiedzieć sobie na słońcu. Swoją pracę tutaj i tak zakończyłem, a ty musiałeś zacząć wprowadzać Teda Gerstena. Prędzej czy później i tak musiałeś.
Hawks oparł dłonie na skraju biurka.
— Sam — powiedział spokojnie — do dzisiaj nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Przestraszyłem się z powodu Barkera.
— To nie znaczy, że nie miałeś racji — wtrącił Latourette pośpiesznie. — Co byśmy osiągnęli, gdybyśmy czasem nie działali pod wpływem impulsu? Są chwile, kiedy trzeba decydować szybko. Człowiek ogląda się potem za siebie i widzi, że gdyby tego nie zrobił, to sprawy wymknęłyby się spod kontroli. Nasza podświadomość bywa sprytniejsza od nas. Czasami. — Jego palce szukały na oślep papierosa w kieszonce koszuli, wpatrywał się w przestrzeń, jakby powtarzał coś, co sobie z Hawksem dawno ustalili, a jego prawdziwa uwaga skupiała się na czymś, na powiedzenie czego nie był może jeszcze zdecydowany.
— Idę jutro do szpitala — ciągnął. — Najwyższy czas. To znaczy, mógłbym jeszcze poczekać, ale w tej sytuacji nie ma powodu. Mógłbym jeszcze wytrzymać na morfinie… Czuję to coraz bardziej — powiedział lekkim tonem. — Zresztą odwiedził mnie facet przysłany przez władze. Nie powiedział mi wprost, co mam robić, ale zrozumiałem, że byliby spokojniejsi mając mnie w miejscu, gdzie nie będzie ważne, co gadam przez sen. — Uśmiechnął się znacząco. — Rozumiesz, Wielki Brat.
Hawks przyglądał mu się spod oka.
— Tak czy inaczej — Latourette wykonał ruch ręką nie pamiętając o papierosie trzymanym od chwili, kiedy go wreszcie wydobył z kieszeni — będę poza obiegiem. — Spojrzał zdziwiony na papieros w palcach i włożył jego koniec do ust. Pośpiesznie wyjąwszy zapałki z kieszeni marynarki, zapalił papierosa i zaciągnął się energicznie. — Dlatego przyszło mi do głowy, że może warto by wyciągnąć z taśmy mój duplikat. W ten sposób mógłbyś mnie, to znaczy mój duplikat, mieć pod ręką w laboratorium, gdyby potrzebna była jakaś pomoc… — Jego głos zawisł w powietrzu, patrzył na Hawksa kątem oka, czerwieniąc się.
Hawks szybko wstał i zaczął manipulować przy pokrętłach klimatyzatora wmontowanego w okno za jego biurkiem. Pokrętła chodziły twardo i przeskakiwały do nowego położenia z metalicznym zgrzytem.
— Sam, wiesz, że ostatni twój zapis pochodzi sprzed sześciu miesięcy. Gdybyśmy zrobili z niego duplikat, on by się nie orientował w procedurze, jaką obecnie stosujemy przy transmisjach księżycowych. Myślałby, że mamy kwiecień.
— Wiem o tym, Ed — powiedział Latourette cicho. — Nie proszę, żebyś mi dał moją dawną pracę. Ale ja wiedziałem, że zostanę kiedyś odtworzony z taśmy. Ja… to znaczy duplikat, nie będzie zdziwiony tym, co się stało. Myślałem o tym, jak to będzie. Duplikat byłby człowiekiem wykwalifikowanym, rozumiałby sytuację i szybko by się uczył.
— Czy dostosowałby się do pracy pod kierownictwem Gerstena? — Hawks odwrócił się, opierając się plecami o klimatyzator. — To nie jest sprawa rozumienia albo nierozumiania tego, co się dzieje. Chodzi o coś więcej. Spójrz na to z jego punktu widzenia. Oto wjechał do przekaźnika dla dokonania zapisu jako człowiek numer dwa całej operacji księżycowej, a w następnej chwili wyjeżdża z odbiornika nie tylko bez sześciu miesięcy, które znikły w tej jednej chwili, nie tylko z Gerstenem jako przełożonym, ale jeszcze z kilkoma ludźmi zajmującymi ważniejsze od niego stanowiska. W porządku, byłby tobą, zdawałby sobie sprawę z tego, co się stało, wiedziałby, że jest duplikatem. Ale co by odczuwał? Co ty byś czuł w kwietniu, gdybyś poszedł na zapis wiedząc, że to zwykły sprawdzian, że taśma pójdzie do archiwum, a ty tego samego dnia wrócisz do pracy? A tymczasem wychodzisz z odbiornika i okazuje się, że stało się coś zupełnie innego: cały świat się zmienił i wydarzyły się setki rzeczy, o których nie masz pojęcia, a ty nagle jesteś jednym z wielu inżynierów i starzy znajomi nie wiedzą, jak teraz z tobą rozmawiać, Gersten czuje się głupio wobec ciebie i zupełnie obcy człowiek nazwiskiem Barker traktuje cię ze szczególną wrogością. Pomyśl o tym, Sam. Bo tak właśnie odczuwałby to twój duplikat. A nad wszystkim dominowałoby poczucie niesprawiedliwości. Sam, czy naprawdę chcesz tego wszystkiego?
— Nie mówiąc o tym, że nie byłbym w stanie zrozumieć, co stało się z Edem Hawksem — powiedział Latourette powoli patrząc w ziemię. — Że utrudniłem mu sprawy zamiast ułatwić. — Uniósł wzrok. — Mój Boże, Ed, co się ze mną dzieje? Co ja robię sobie i tobie? Chciałem ci tylko pomóc, a wyszło coś takiego. Nie powinienem był tu dziś przychodzić. Nie powinienem był ci tego robić.
— A dlaczego nie? — spytał Hawks. — Czy nie masz moralnego prawa pracować przy czymś, w co tyle z siebie dałeś? Czy człowiek umierający nie ma żadnych praw? Nawet prawa do powtórnego przeżycia półrocznego umierania na raka? — Spojrzał na Latourette’a. — Myślałeś o tym wszystkim. Poświęciłeś tym rozmyślaniom dużo czasu. Jeżeli ktoś może na to odpowiedzieć, to tylko ty: dlaczego nie miałbyś otrzymać tego, co ci się należy?