Выбрать главу

— Ci księżycowi pracownicy nie traktują nas jak ludzi. Może dzisiaj powinni, ale tak się przyzwyczaili, i to dobrze. Niech pan nie zapomina, Al, dla nich nie był pan nigdy niczym więcej jak cieniem w nocy. Tylko ostatnim z wielu cieni. A potem przyjdą tu umierać inni. Zdarzy się, że jakiś technik popełni błąd. Może się zdarzyć, że będzie tu musiał wrócić pan albo nawet ja. Ci ludzie z bunkra będą obserwować, będą zapisywać to, co widzieli, będą robić wszystko, co w ich mocy, żeby wydusić z tego czegoś informację… — Wskazał obsydianową masę, nieustannie się walącą, nieustannie wracającą do pionu, przesuwającą się w miejscu, piętrzącą się nad bunkrem, raz odbijającą światło gwiazd, raz matowoczarną. — Gigantyczna łamigłówka. Ale pan i ja, Al, jesteśmy dla nich tylko rodzajem narzędzi. Musi tak być. Oni muszą tu żyć aż do dnia, kiedy ostatni technik rozłoży ostatni fragment formacji. A kiedy się to już stanie, ci ludzie z bunkra staną przed czymś, o czym starali się przez cały ten czas nie myśleć.

Hawks i Barker szli obok siebie ścieżką.

— Wie pan, Hawks — powiedział Barker — że prawie nie chciałem stamtąd wyjść?

— Wiem.

Barker zrobił nieokreślony gest.

— To była cholerna chwila. Omal nie wprowadziłem nas do pułapki, która załatwiła mnie ostatnim razem. A potem stanąłem jakby w oczekiwaniu, żeby to do nas doszło. Sam nie wiem dlaczego. Nie chciałem wyjść. Miałem uczucie, że coś stracę. Nie wiem, co, ale stałem tam i nagle poczułem, że jest coś cennego, co stracę, jeżeli wyjdę na zewnątrz.

* * *

Hawks, który szedł obok Barkera, odwrócił głowę i spojrzał na niego po raz pierwszy, odkąd wyszli z bunkra.

— I co, stracił pan to?

— Nie wiem. Będę się musiał nad tym zastanowić. Wiem, że czuję się odmieniony. To mogę powiedzieć. Z całą pewnością.

— Czy to jest pierwszy raz, kiedy pan zrobił coś, czego żaden inny człowiek nie zrobił przed panem?

— Ja… nie wiem… biłem różne rekordy…

— Inni też bili rekordy w tych samych konkurencjach.

Barker przystanął i spojrzał na Hawksa.

— Myślę, że to jest to. — Zmarszczył czoło. — Chyba ma pan rację. Zrobiłem coś, czego nikt inny nie zrobił przede mną. I nie zostałem za karę zabity.

— Nie było precedensu i nie było tradycji, a pan to zrobił, Al. — Hawks też się zatrzymał. — Może został pan pełnoprawnym człowiekiem? — Głos miał cichy i smutny.

— To możliwe, Hawks! — powiedział Barker w podniecieniu. — Niech pan słucha… Czegoś takiego nie można pojąć od razu, ale… — Znów przystanął, jego twarz promieniowała ożywieniem zza szyby hełmu.

Doszli prawie do miejsca, w którym ścieżka z bunkra łączyła się z siecią dróżek przecinających teren między formacją, odbiornikiem, bazą marynarki i garażem, gdzie stały zwiadowcze pojazdy półgąsienicowe. Hawks czekał w bezruchu, z pochyloną głową, cierpliwie przyglądając się Barkerowi.

— Miał pan rację, Hawks! — wyrzucił z siebie gwałtownie Barker. — Przejście inicjacji nie znaczy nic, jeżeli człowiek wraca do tego, czym był przedtem, jeżeli nie czuje, że się zmienił! Człowiek… człowiek stwarza samego siebie. Do diabła, Hawks, dotąd starałem się być takim, jakim chcieli mnie widzieć inni, takim, jakim uważałem, że powinienem być, ale kim jestem naprawdę? To jest coś, czego muszę się dowiedzieć, z czym muszę coś zrobić! Muszę wrócić na Ziemię i nadrobić wszystkie te stracone lata! Hawks, zdaje się, że będę panu jeszcze cholernie wdzięczny.

— Czyżby? — Hawks ruszył przed siebie. — Niech pan lepiej idzie za mną, Al.

Barker dogonił go truchtem.

— Dokąd pan idzie?

Hawks szedł dalej, aż znalazł się na dróżce prowadzącej do garażu i kawałek dalej, gdzie kończył się daszek maskujący i zaczynał otwarty teren, prawie nie do pokonania przez pieszego człowieka w skafandrze. Hawks przyzwał Barkera ruchem ręki.

— Tędy.

— Czy nie za bardzo pan ryzykuje? Na ile starczy nam powietrza w tych skafandrach?

— Nie na wiele. Najwyżej kilka minut.

— W takim razie wracajmy lepiej do przekaźnika.

Hawks pokręcił głową.

— Nie. To nie dla nas, Al.

— Czy to znaczy? Przecież przekaźnik powrotny chyba działa!

— Działa, ale nie możemy z niego skorzystać.

— Hawks…

— Jeżeli chce pan pójść do przekaźnika i poddać się tej samej procedurze, którą przechodzą próbki i sprawozdania, to bardzo proszę. Ale najpierw chciałbym, żeby pan rozumiał, co pan robi.

Barker patrzył na niego przez szybę hełmu całkowicie zaskoczony. Hawks wyciągnął rękę i niezgrabnie dotknął opancerzonego ramienia Barkera.

— Dawno temu uprzedzałem, że zabiję pana na wiele sposobów, Al. Kiedy kolejny Barker L odzyskiwał przytomność na Ziemi po śmierci kolejnego Barkera K, pozwalałem panu żywić złudzenia. Sądził pan wtedy, że poczuł pan ostateczną śmierć. Otóż nie. Jestem zmuszony zrobić to jeszcze raz.

Zawsze istniała ciągłość. Barker L i Barker K byli pozornie tym samym człowiekiem z tym samym umysłem. Kiedy K ginął, L po prostu żył dalej. Nić nie ulegała przerwaniu i mógł pan nadal uważać, że w istocie nic się nie stało. Mógłbym panu powiedzieć, a pan mógłby mi uwierzyć, że faktycznie istniał szereg Barkerów, których wspomnienia pasowały do siebie, ale to zbyt abstrakcyjny koncept, żeby człowiek mógł go do końca zrozumieć. Ja w tej chwili myślę o sobie jako o Hawksie, który przed laty urodził się w sypialni wiejskiego domu. Chociaż wiem, że w laboratorium na Ziemi jest inny Hawks, który teraz ma już za sobą kilka chwil swojego własnego życia, chociaż wiem, że powstałem z prochu tego globu w komorze odbiornika, dwadzieścia minut temu. Wszystko to nic nie znaczy dla tego Hawksa, który żył w mojej pamięci przez tyle lat. Mam się do czego odwołać, mogę wspominać.

Tak samo było z panem. Mówiłem to panu. Dawno temu powiedziałem, że przekaźnik wysyła tylko sygnał. Że niszczy człowieka, którego odczytuje, żeby ten sygnał uzyskać. Ale mówiąc to wiedziałem, że żadne słowa nie sprawią, żeby pan to odczuł, skoro budzi się pan co rano w swojej własnej skórze. Sądzę więc, że całe to gadanie poszło na marne. Często miewam takie uczucie. Ale czy mógłbym sobie teraz spojrzeć w oczy, gdybym nie próbował panu powiedzieć?

— Przejdźmy do rzeczy — przerwał mu Barker.

— Właśnie próbuję! — wybuchnął Hawks. — Chciałbym, żeby ludzie raz na zawsze zrozumieli, że krótkie odpowiedzi są właściwe tylko przy trywialnych pytaniach! Czy myśli pan może, że mamy tu do czynienia z czymś, z czym mógłby sobie poradzić Leonardo da Vinci? Gdyby tak było, to już by sobie poradził i mielibyśmy dwudziesty wiek w piętnastym! Jeżeli chce pan w ogóle usłyszeć odpowiedź, to niech mi ją pan pozwoli osadzić w kontekście.

— W porządku, Hawks.

— Przepraszam — powiedział Hawks odzyskując spokój. — Uniosłem się. W każdym człowieku coś się gromadzi i musi w końcu wyjść. Niech pan zrozumie, Barker, my tu po prostu nie mamy urządzenia, pozwalającego na wierne przekazanie zapisu człowieka na Ziemię. Nie mamy komputerów, nie mamy dość elektroniki, nie mamy skomplikowanych zabezpieczeń. Będziemy mieli. Wkrótce wydrążymy odpowiednio obszerną komorę, w której będą zabezpieczenia przed wypadkami i obserwacją. Potem albo wprowadzimy powietrze do całej komory, albo zaprojektujemy elektronikę działającą w próżni. I jeżeli pan myśli, że to żaden problem, to jest pan w błędzie. Ale rozwiążemy go. Kiedy przyjdzie na to czas.

Na razie nie mieliśmy czasu, Al. Ci ludzie tutaj, zespół z marynarki, obserwatorzy, pomyśl o nich. To są najlepsi specjaliści w swoich dziedzinach. Ludzie kompetentni. A kompetentni ludzie mają rodziny, kariery zawodowe, zainteresowania, jakieś majętności. Panuje błędne przekonanie, że ktoś, kto jest dobrym astronomem albo dobrym kartografem, jest niewiele wart w innych dziedzinach życia. Niektórzy może tacy są, większość nie. I wszyscy oni wiedzą, że kiedy przybyli tutaj, ich sobowtóry zostały na Ziemi. To było konieczne. Nie mogliśmy takich ludzi oderwać od pracy. Nie mogliśmy ryzykować ich śmierci, nikt przecież nie wiedział, co może się tutaj zdarzyć. Wszyscy zgodzili się pracować tu na ochotnika. Wszyscy rozumieli. Tam, na Ziemi, ich sobowtóry żyją jakby nic się nie stało. Każdy z nich, rzecz jasna, spędził jedno popołudnie w laboratorium, ale to już dla nich drobne wydarzenie z przeszłości.