– Nie warto – powiedział do Marqueza.
Kamerzysta wzruszył ramionami i wyszedł na podwórze. Jadranką rozmawiała z mężczyzną po serbsko-chorwacku, a ten potakiwał, zmieszany, załamując ręce. Niebo zwaliło mu się na głowę, pomyślał Barles. Całe życie wierzymy, że nasz wysiłek, nasza praca, to, do czego dochodzimy, jest stałe i niezmienne. Wierzymy, że to będzie trwać, że my będziemy trwać. I któregoś dnia niebo nam się zarywa nad głową. Nie ma niczego równie kruchego, jak to, co masz, pomyślał. A najbardziej kruche jest twoje życie.
Wyszedł na podwórze. Marquez robił panoramiczne ujęcie od zabitej krowy do rozwalonego muru. Czasem zabite zwierzę wygląda bardziej przejmująco niż człowiek. Wszystko zależy od tego, jak skomponujesz ujęcie czy kadr. Czasem nawet żywe zwierzę. Pamiętał pewnego psa z łapą przestrzeloną przez kulę, który kiedyś, kulejąc, szedł za nim i Paco Olmediiią w Bejrucie podczas oblężenia Sabry i Szatni. Na wojnie spojrzenie rannego zwierzęcia jest identyczne jak spojrzenie dziecka, bo patrzy na człowieka tak, jak dzieci patrzą na dorosłych: z wyrzutem, że czują ból i nie rozumieją jego przyczyny. Wszystkie oczy dzieci oparzonych napalmem, źrenice rozszerzone cierpieniem, pomiędzy bandażami pokrywającymi ich twarze, w Chorramszahr, w Esteli, w Tyrze i w setkach innych miejsc, które zawsze były tym samym miejscem, wszystkie oczy wszystkich dzieci na wszystkich wojnach były długim oskarżeniem bez słów świata dorosłych. Nawet nie musiały być ranne czy zabite jak ten sześciolatek, malutki i samotny, z niepotrzebnym bandażem wokół głowy, niezwykle delikatny, z otwartymi ustami, gołymi ramionkami i piersią, którego filmowali, jak leżał na posadzce kostnicy w Sarajewie i tego dnia Paco Custodio oddał kamerę Miguelowi de la Fuente i, siedząc na schodach, rozpłakał się, a łzy spływały mu po wąsach. Czasem przerażenie spokojnie czeka na ciebie przyczajone w oczach żywego malucha, na drodze prowadzącej donikąd albo w jakiejś piwnicy. Na twarzy żydowskiego dziecka, które podnosiło – podnosi albo podniesie – ręce do swojej matki, przed niewzruszonym katem w getcie warszawskim. Pamięć reportera jest zawsze pamięcią grubego albumu ze starymi zdjęciami, obrazami łączącymi się z innymi, ze wspomnieniami własnymi i cudzymi. Dół na śmieci zapełniony ciałami chłopców torturowanych i zabitych w Salwadorze. Więzienia Ceau-sescu. Zdobycie Quarantiny przez libańskich falangistów.
Co to jest potworność? Barles poruszył głową: ludzie nie mają ani odrobiny pojęcia. Każdy dureń może przeczytać Jądro ciemności i już myśli, że wie wszystko o potwornościach, przyjeżdża na dwa dni do Sarajewa, żeby opracować racjonalną teorię na temat krwi i gówna, a po powrocie pisze o tym trzysta pięćdziesiąt stron i potem bierze udział w konferencjach wyjaśniających wszystko, wespół z innymi dupkami, którzy nigdy nie musieli się bić o skórkę czerstwego chleba ani nie słyszeli krzyku gwałconej kobiety, ani żadne dziecko nie umarło im na rękach i jeszcze przez pięć dni trzeba było nosić na koszuli ślady jego krwi, bo nie było wody, żeby ją uprać. Manifestami solidarności, intelektualnymi zobowiązaniami, artykułami zawierającymi opinie zaangażowanych myślicieli z podpisami czołowych postaci sztuki i nauki serbscy artylerzyści podcierali sobie tyłki od przeszło trzech lat. Barles naraził się kiedyś na potworną awanturę ze strony swoich szefów, bo nie chciał przeprowadzić wywiadu z Susan Sontag, która w tym czasie z grupą lokalnych aktorów wystawiała w Sarajewie Czekając na Godota. Przyślijcie tu jakąś redaktorkę z działu kulturalnego, powiedział. A jeszcze lepiej jakiegoś zaangażowanego intelektualistę. Ja jestem pieprzonym analfabetą i ruszają mnie tylko wojna i zamęt.
Popatrzył na zabitą krowę, a potem na odbicie własnej twarzy w kawałku potłuczonej przy wybuchu szyby, trzymającym się jeszcze w ramie okiennej, i skrzywił się sam do siebie. Potworność można przeżyć i można ją pokazać, ale nigdy nie da się oddać prawdy o niej. Ludzie myślą, że najgorsze na wojnie są krew, zabici, ranni. Ale potworność bywa tak prosta, jak spojrzenie dziecka czy pustka w oczach żołnierza, którego mają rozstrzelać. Albo wzrok opuszczonego psa, który kuleje za tobą pośród ruin, z łapą przestrzeloną kulą, którego zostawiasz w tyle, bo idziesz szybko, i jest ci wstyd, że nie masz na tyle odwagi, żeby go dobić.
Czasem potworność kryje się w domu starców w Petrinji. O tym myślał Barles, podchodząc do Marqueza, który skończył filmować krowę i zapalał następnego papierosa, jeszcze z kamerą na ramieniu.
– Co jest w piwnicy? – spytał kamerzysta.
– To, co zawsze. Dzieci, kobieta. Staruszka. Marquez wypuścił dym i rozejrzał się wokół, jakby nadal szukał, co by tu jeszcze sfilmować.
– Złe jest być starym – zauważył, i Barles wiedział, że mówi o wojnie. Marquez, o ile w ogóle się odzywał, zawsze mówił o wojnie.
– Kiedyś tego nie będzie – powiedział Barles. – Mam na myśli to wszystko i nas samych. Marquez przymknął oczy i potaknął głową.
– Wolę tego nie dożyć. – Głęboko zaciągnął się papierosem, a potem zaśmiał skrzeczące, niechętnie. – Dlatego palę dwie paczki dziennie.
– Tak, to lepsze niż dom starców w Petrinji. Dostrzegł, że Marqueza też poruszyło to wspomnienie, bo jego spojrzenie zatrzymało się na nieokreślonym punkcie w przestrzeni, a usta wykrzywił mu grymas. Ten dom starców spotkali na początku wojny, kiedy pół Petrinji, ewakuowanej przez Chorwatów, nie dostało się jeszcze w ręce Serbów. Było to terytorium Komanczów w najczystszej formie, a potłuczone szkło głośno trzeszczało pod ich stopami, kiedy ostrożnie szli pustą ulicą, obserwując budynki, każdy po swojej stronie, szczególnie uważając na snajperów przy skrzyżowaniach. 2 tym dreszczem na wewnętrznej stronie ud i w żołądku, dreszczem, którego doznaje się jedynie chodząc po ziemi niczyjej. Znaleźli trochę żywności w splądrowanym sklepie: czekolada, herbatniki, butelka wina. Później, w ograbionym dużym eleganckim magazynie Barles wypatrzył sweter z angielskiej wełny w swoim rozmiarze, a Marquez muszkę, którą założył do koszuli khaki. Potem nakręcili jedno wejście na podziurawionym placu, jesteśmy w zupełnie opuszczonym mieście, i tak dalej. Barles z mikrofonem Telewizji Hiszpańskiej w ręce, a Marquez filmujący w planie średnim, z jednym okiem przy wizjerze, a drugim uważnie rozglądając się wokół. I kiedy już odchodzili, natknęli się na dom starców.
Ominęliby go z daleka, gdyby nie byli usłyszeli głosu, czy raczej jęku, dobiegającego zza rozbitej szyby w oknie. W budynku, oficjalnie ewakuowanym przed serbskim atakiem, zostało – opuszczonych przez pielęgniarzy, którzy uciekli – około tuzina niedołężnych starców, leżących na polowych łóżkach w ciemnym korytarzu za drzwiami. Od trzech dni nie dostawali wody ani jedzenia, leżeli w fetorze odchodów, pośród bzyczenia much. A kiedy Marquez i Barles zaświecili latarki, żeby coś zobaczyć, zaraz tego pożałowali. Kilku starców było już martwych. Żywi mieli zostać przy życiu jeszcze bardzo krótko. Zgasili latarki, włączyli lampy oświetleniowe i sfilmowali wszystkich, żywych i martwych. Kiedy zbliżała się do nich kamera, starcy kulili się na łóżkach, pośród moczu i ekskrementów, którymi zabrudzone mieli ubrania i pościel, i zasłaniając rękami nieprzytomne, niewidzące oczy oślepione przez światło lampy, popiskiwali śmiertelnie przerażeni, cichutko, błagalnie w kierunku dwóch cieni, które kręciły się wokół nich. Marquez i Barles pracowali bez słowa, nie patrząc na siebie, a ostre światło nadawało ich bladym, napiętym twarzom wygląd duchów. Przerwali tylko raz, na chwilę, kiedy Barles oparł się o ścianę i zaczął wymiotować, ale żaden nie odezwał się słowem. Potem rozdali całą wodę i jedzenie, jakie mieli przy sobie, i weszli na piętro, gdzie wybuch bomby zaskoczył jakiegoś staruszka, który przygotowywał się do ucieczki. Nadal tam siedział. Nie żył od trzech dni i siedział samotnie wśród gruzu, pokryty warstwą pyłu i potłuczonego gipsu, nieruchomy, z parą butów stojących przy nogach, obok wzruszającej walizki z kartonu i kapelusza, miał zamknięte oczy i spokojny wyraz twarzy, brodę opuszczoną na piersi, pasmo suchej krwi biegło mu od nosa do nieogolonej brody i brudnego kołnierzyka koszuli, i Barles poprosił Marqueza, żeby sfilmował jego twarz, ten jednak wolał zrobić ujęcie pleców, kadrując tak, jak zobaczyli go z korytarza: siedząca na wprost okna wybitego przez wybuch bomby szara, patetyczna sylwetka, nieruchoma w przerażającej samotności zniszczonego pokoju, pośród cegieł i połamanych mebli, pokrzywionych blach, obok strzępów – walizka, kapelusz, buty, ubrania, papiery między gruzami – jego ubogiego życia, zakończonego w ciemności, przy odgłosie szybkich kroków w korytarzu, kiedy po omacku szukał butów, żeby uciec.