– Dwa pytania – odezwała się Marie, która wstała z brzegu łóżka i podeszła do niego. – Jak zamierzasz wydostać dwoje pracowników z „Les Classiqes” w godzinach pracy? I do kogo chcesz dotrzeć dziś wieczorem?
– Nikt nie żyje w bezruchu – odrzekł Bourne, spoglądając na zegarek. – Zwłaszcza w haute couture. Teraz jest jedenasta piętnaście; koło południa dojadę do mieszkania tej Dolbert i poproszę konsjerża, żeby zadzwonił do niej do pracy. On jej powie, żeby natychmiast wracała do domu. Pojawił się pewien nie cierpiący zwłoki, jak najbardziej osobisty problem i byłoby dobrze, gdyby się nim zajęła.
– Jaki problem?
– Nie wiem, ale któż ich nie ma?
– To samo zrobisz z Oréale’em?
– Prawdopodobnie odniesie to nawet lepszy skutek.
– Jesteś okropny, Jasonie.
– Jestem śmiertelnie poważny – rzekł Bourne, znowu wodząc palcem po kolumnie nazwisk. – Jest tutaj. Oréale, Claude Giselle. Bez objaśnień. Rue Racine. Dotrę do niego koło trzeciej; kiedy z nim załatwię sprawę, on popędzi z powrotem na Saint-Honoré i rozkrzyczy się.
– Co z pozostałą dwójką? Kto to jest?
– Uzyskam ich nazwiska od Oréale’a albo od tej Dolbert, albo od obojga. Nie wiedząc o tym, pomogą mi wywołać drugie uderzenie fali.
Jason stał we wnęce pod drzwiami domu na rue Losserand. Dzieliło go pięć metrów od wejścia do niewielkiej kamienicy, w której mieszkała Janine Dolbert – gdzie nieco wcześniej stropiony i dość otyły konsjerż przysłużył się nieznajomemu, wysławiającemu się elegancko mężczyźnie, telefonując do Mademoiselle Dolbert do pracy i mówiąc jej, że już dwa razy zjawił się jakiś pan, który przyjeżdżał limuzyną z kierowcą i pytał o nią. Teraz znowu przyjechał, co konsjerż ma zrobić?
Zajechała niewielka czarna taksówka i dosłownie wyskoczyła z niej podekscytowana, trupio blada Janine Dolbert. Jason ruszył się szybko spod drzwi i dopadł ją na chodniku, tuż przy wejściu.
– To nie trwało długo – odezwał się, ujmując ją za łokieć. – Jakże się cieszę, że panią znowu widzę. Bardzo mi pani wtedy pomogła.
Janine Dolbert patrzyła na niego z otwartymi ustami – bo go rozpoznała i była zdziwiona.
– Pan? Ten Amerykanin – powiedziała po angielsku. – Pan Briggs, prawda? Czy to pan jest tym, który…?
– Zwolniłem kierowcę na godzinę. Chciałem zobaczyć się z panią prywatnie.
– Ze mną? Jakąż mógłby pan mieć do mnie sprawę?
– Nie wie pani? Dlaczego więc spieszyła się pani tutaj?
Jej wielkie oczy, poniżej krótko obciętych włosów, spotkały się z jego oczami; na słońcu cerę miała jeszcze bledszą.
– Więc jest pan z firmy Azura? – spytała badawczym tonem.
– Być może. – Bourne nieco mocniej przytrzymał jej łokieć. – Co dalej?
– Dostarczyłam to, co obiecałam. Niczego więcej nie będzie, tak się umówiliśmy.
– Jest pani tego pewna?
– Niech pan się nie zachowuje idiotycznie! Nie zna pan paryskiej couture. Ktoś wścieknie się na kogoś innego i zacznie robić przykre uwagi w pana własnym atelier. Jakie dziwne odstępstwa! A kiedy zostanie pokazana moda na jesień i pan zademonstruje połowę projektów Bergerona wcześniej niż on sam, to jak długo pańskim zdaniem będę mogła pozostać w „Les Classiques”? Jestem dziewczyną numer dwa u pani Lavier, jedną z niewielu osób, które mają wstęp do jej biura. Lepiej, żebyście się o mnie zatroszczyli, tak jak pan obiecał. Dając mi pracę w jednym z waszym zakładów w Los Angeles.
– Przejdźmy się – zaproponował Jason, lekko ją popychając. – Pomyliła mnie pani z kimś, Janine. Nigdy nie słyszałem o firmie Azura i zupełnie mnie nie interesują kradzione projekty – chyba że takie wiadomości mogą okazać się pożyteczne.
– O Boże!…
– Niech pani idzie dalej – Bourne chwycił ją za rękę. – Mówiłem, że chcę z panią porozmawiać.
– O czym? Czego pan ode mnie chce? Jak się pan dowiedział mojego nazwiska?
Teraz szybko wyrzucała z siebie słowa, kolejne zdania zachodziły na siebie.
– Wcześniej wyszłam na lunch i muszę zaraz wracać, mamy dziś dużo pracy. Proszę puścić, boli mnie ręka.
– Przepraszam.
– To, co mówiłam, to były głupstwa. Kłamstwo. Doszły nas jakieś słuchy w atelier; sprawdzałam pana. Tak, sprawdzałam pana!
– Mówi pani bardzo przekonująco. Przyjmuję to.
– Jestem lojalna wobec „Les Classiques”. Zawsze byłam lojalna.
– To piękna cecha, Janine. Podziwiam lojalność. Mówiłem to niedawno temu… jakże on się nazywa?… temu sympatycznemu facetowi z centralki. Jak on się nazywa? Zapomniałem.
– Philippe – odrzekła dziewczyna z działu sprzedaży, wystraszona i usłużna. – Philippe d’Anjou.
– O właśnie. Dziękuję.
Dotarli do wąskiej brukowanej drogi między dwoma budynkami. Jason skierował ją tam.
– Wejdźmy tutaj na chwilę, tak żebyśmy oddalili się od ulicy. Proszę się nie martwić, nie spóźni się pani. Zabiorę pani tylko pięć minut.
Zrobili dziesięć kroków w głąb tego wąskiego prześwitu. Bourne zatrzymał się. Janine Dolbert oparła się o ceglany mur.
– Papierosa? – zapytał wyjmując z kieszeni paczkę.
– Tak, dziękuję.
Podał jej ogień zauważając, że trzęsie się jej ręka.
– Teraz lepiej?
– Tak… Nie, właściwie nie. Czego pan chce, Monsieur Briggs?
– Zacznijmy od tego, że nie nazywam się Briggs, ale to pani chyba wie.
– Nie wiem. Dlaczego miałabym wiedzieć?
– Byłem pewny, że dziewczyna numer jeden u pani Lavier powiedziała pani o tym.
– Monique?
– Proszę posługiwać się nazwiskami. Chodzi o dokładność.
– A więc Brieile – odparła Janine, nie wiadomo dlaczego wzruszając ramionami. – Czy ona pana zna?
– Dlaczego jej pani o to nie zapyta?
– Jak pan sobie życzy. O co chodzi, monsieur?
Jason pokręcił głową.
– Naprawdę pani nie wie? Trzy czwarte pracowników „Les Classiques” współpracuje z nami, a z jedną z najinteligentniejszych osób nawet się nie skontaktowano. Oczywiście jest to możliwe, że ktoś uznał, iż nie można ryzykować wciągając, w to panią; to się zdarza.
– Co się zdarza? Jakie ryzyko? Kim pan jest?
– Teraz nie ma na to czasu. Tamci mogą pani resztę dopowiedzieć. Jestem tutaj dlatego, że nigdy nie otrzymywaliśmy od pani raportów, a przecież przez cały dzień rozmawia pani z ważnymi klientami.
– Bardzo proszę wyrażać się jaśniej, monsieur.
– Powiedzmy, że reprezentuję pewną grupę ludzi – Amerykanów, Francuzów, Anglików, Holendrów – będących na tropie mordercy, który zabijał przywódców politycznych i wyższych wojskowych w każdym z naszych krajów.
– Zabijał? Wojskowych, polityków… – Janine rozdziawiła usta; popiół z papierosa spadł na jej wyprężoną dłoń. – O co tu chodzi? O czym pan mówi? Nigdy o czymś takim nie słyszałam!
– Mogę panią tylko przeprosić – powiedział cicho i szczerze Bourne. – Kontakt z panią należało nawiązać kilka tygodni temu. To błąd tego człowieka, który był przedtem na moim miejscu. Przykro mi; dla pani to jest na pewno szok.
– Tak, to szok, monsieur – wyszeptała dziewczyna. Jej wklęsłe ciało było napięte; na tle ceglanego muru przypominała wyprostowaną i wymalowaną trzcinę. – Mówi pan o rzeczach dla mnie niepojętych.
– Ale teraz ja już rozumiem – przerwał Jason. – Z pani ust o nikim ani słowa. Teraz to jest jasne.
– Nie dla mnie.
– Jesteśmy na tropie Carlosa. Mordercy znanego pod pseudonimem Carlos.
– Carlos? – Panna Dolbert upuściła papierosa; była zupełnie zaszokowana.