Выбрать главу

– On jest jednym z waszych najczęstszych klientów, wszystko na to wskazuje. W grę wchodzi już tylko osiem osób. Zasadzka powinna się udać w któryś z najbliższych dni i zabezpieczamy się na wszelkie sposoby.

– Zabezpieczacie się…?

– Zawsze istnieje niebezpieczeństwo wzięcia zakładników, wszyscy to wiemy. Przewidujemy strzelaninę, ale będzie ona ograniczona do minimum. Podstawowy problem to sam Carlos. On poprzysiągł, że nie da się wziąć żywcem; chodzi po ulicach podłączony do ładunków wybuchowych o sile tysiącfuntowej bomby. Ale poradzimy sobie i z tym. Nasi strzelcy wyborowi będą na miejscu; jeden celny strzał w głowę i sprawa załatwiona.

– Un coup de feu…

Nagle Bourne spojrzał na zegarek.

– Zabrałem pani dość czasu. Musi pani wracać do zakładu, a ja na mój punkt obserwacyjny. Proszę pamiętać, jeśli mnie pani zobaczy na zewnątrz, to nie zna mnie pani. Jeśli wejdę do „Les Classiques”, to proszę mnie traktować jak bogatego klienta. Chyba że dostrzeże pani klienta, który wyda się pani tym, o którego nam chodzi; wtedy proszę mi o tym niezwłocznie powiedzieć… Jeszcze raz przepraszam za wszystko. Nastąpiła przerwa w łączności i tyle. To się zdarza.

– Une rupture…

Jason przytaknął, obrócił się na pięcie i szybko ruszył przejściem między budynkami w stronę ulicy. Zatrzymał się i obejrzał na Janine Dolbert. Stała bez ruchu pod ścianą; w jej rozumieniu elegancki świat haute couture nagle wypadł z orbity.

Philippe d’Anjou. To nazwisko nic mu nie mówiło, ale Bourne nie potrafił się opanować. Wciąż je po cichu powtarzał, próbując wywołać pewien obraz… bo twarz siwowłosego operatora centralki nasuwała takie nagłe obrazy ciemności i przebłysk światła. Philippe d’Anjou. Nic. Zupełnie nic. A jednak coś kiedyś było, coś, co powodowało u Jasona skurcz żołądka, napięcie i sztywność mięśni, zawężony kadr czyjegoś ciała… z powodu ciemności.

Siedział przy oknie od ulicy blisko drzwi kafejki na rue Racine, gotów wstać i wyjść w chwili, gdy zobaczy, że pod drzwiami starego domu po przeciwnej stronie zjawił się Claude Oréale. Jego pokój znajdował się na czwartym piętrze, w mieszkaniu, które dzielił z dwoma innymi młodymi mężczyznami; dojść tam można było tylko po wysłużonych, stromych schodach. Bourne przewidywał, że Oréale nie będzie spokojnie szedł, gdy się faktycznie pojawi.

Claude Oréale, który podczas rozmowy z Jacqueline Lavier na innych schodach, na Saint-Honoré, wykazywał takie zdenerwowanie, został bowiem przez swoją bezzębną gospodynię ponaglony przez telefon, by we własnej nędznej osobie szybko wrócił na rue Racine i położył kres wrzaskom i rozbijaniu mebli, jakie odbywało się w jego mieszkaniu. Albo zrobi z tym koniec, albo też zostaną wezwani żandarmi; ma dziesięć minut na to, żeby się zjawić.

Dokonał tego w ciągu ośmiu minut. Jego szczupłą sylwetkę, opakowaną w garnitur od Pierre’a Cardina – którego poły łopotały na wietrze – widziano biegnącą po chodniku od wyjścia z metra dwie przecznice na południe. Unikał zderzeń ze zręcznością byłego biegacza wyczynowego wytrenowanego w Ballet Russe. Jego cienka szyja wystawała na kilkanaście centymetrów przed tors w kamizelce, a długie ciemne włosy opadały grzywą w dół. Dotarł do wejścia i chwycił się poręczy, po czym skokami pokonał schody i zanurzył się w mroku korytarza.

Jason wyszedł pospiesznie z kafejki i przebiegł przez ulicę. Wewnątrz domu dopadł do starych schodów i ruszył w górę po nadwerężonych stopniach. Z trzeciego piętra dochodziło go łomotanie w drzwi.

– Ouvrez. Ouvrez! Vite, nom de Dieu!…

Oréale urwał, cisza w środku była może bardziej przerażająca niż cokolwiek innego.

Bourne pokonał resztę stopni, aż wreszcie dostrzegł Oréale’a między prętami poręczy a podłogą. Kruche ciało pracownika domu mody było przyciśnięte do drzwi – ręce po bokach, palce rozcapierzone, ucho przyłożone do drewna, twarz zaczerwieniona. Jason zaczął krzyczeć gardłową urzędniczą francuszczyzną, raptownie się ukazując.

– Sûreté! Niech pan zostanie dokładnie tam, gdzie pan stoi, młody człowieku. Oszczędźmy sobie nieprzyjemności. Obserwowaliśmy pana i pańskich przyjaciół. Wiadomo nam o tej ciemni.

– Nie! – wrzasnął Oréale. – Ja z tym nie mam nic wspólnego, przysięgam!… Ciemnia?

Bourne uniósł rękę.

– Proszę się uspokoić. Niech pan tak nie krzyczy!

Bourne szybko przechylił się przez poręcz i popatrzył w dół.

– Mnie nie może pan w to mieszać! – krzyczał dalej pracownik „Les Classiques”. – Ja nie jestem w nic zamieszany! Tyle razy im radziłem, żeby się tego wszystkiego pozbyli! Któregoś dnia sami się wykończą. Narkotyki są dla idiotów!… Mój Boże, tam jest cicho. Oni chyba nie żyją!

Jason wyprostował się, odszedł od poręczy i z uniesionymi dłońmi zbliżył się do Oréale’a.

– Mówiłem, żeby się pan zamknął – wyszeptał nieprzyjemnym tonem. – Niech pan tam wejdzie i uspokoi się. To wszystko było dla zmylenia tej starej dziwki na dole.

Oréale stał jak przykuty do miejsca; jego panika przeszła na krótko w lekką histerię.

– Co?!

– Klucz pan ma – powiedział Bourne. – Niech pan otworzy i wejdzie…

– Są zaryglowane – odparł Oréale. – O tej porze zawsze są zaryglowane.

– Cholerny durniu, musieliśmy do pana jakoś dotrzeć! Musieliśmy sprowadzić pana tutaj tak, żeby nikt nie wiedział dlaczego. Proszę otworzyć te drzwi. Szybko!

Jak wystraszony królik, którym właściwie był, Claude Oréale zaczął grzebać w kieszeni i znalazł klucz. Otworzył drzwi i pchnął je do środka jak człowiek wchodzący do piwnicy pełnej pokiereszowanych zwłok. Bourne wepchnął go przez próg, wszedł i zamknął drzwi.

Widoczna stąd część mieszkania wyraźnie odstawała od reszty domu. Przestronny salon zastawiony był lśniącymi, drogimi meblami; mnóstwo czerwonych i żółtych aksamitnych poduszek leżało na kanapach, krzesłach i podłodze. Wyglądał prawie jak buduar – rezerwat luksusu wśród ruin.

– Tylko pięć minut – stwierdził Jason. – Nie mam czasu na nic oprócz rozmowy o interesach.

– O interesach? – spytał Oréale z wyrazem przerażenia na twarzy. – Ta… ta ciemnia? Jaka ciemnia?

– Niech pan o tym zapomni. Uruchomił pan coś lepszego.

– Jakie znowu interesy?

– Dostaliśmy wiadomość z Zurychu i chcemy, żeby przekazał ją pan swojej przyjaciółce, pani Lavier.

– Madame Jacqueline? Moja przyjaciółka?

– Nie mamy zaufania do telefonów.

– Jakich telefonów? Wiadomość? Jaka wiadomość?!

– Carlos ma rację.

– Carlos? Carlos, a jak dalej?

– Ten morderca.

Claude Oréale wrzasnął. Podniósł rękę do ust, ugryzł się w palec wskazujący i wrzasnął.

– Co pan mówi?!

– Niech się pan uspokoi!

– Dlaczego pan mnie to mówi?

– Pan jest osobą numer pięć. Liczymy na pana.

– Osobą numer pięć? Do czego?

– Która może pomóc Carlosowi wymknąć się z sieci. Oni szykują zasadzkę. Jutro, pojutrze, może dzień później. Niech on się trzyma z daleka; musi trzymać się z daleka. Oni otoczą sklep, co trzy metry strzelec wyborowy. Ogień krzyżowy będzie morderczy; jeśli on pozostanie w środku, to może dojść do masakry. Zginiecie. Wszyscy co do jednego.

Oréale znowu się rozkrzyczał; palec miał zaczerwieniony.

– Niech pan przestanie! Nie wiem, o czym pan mówi! Pan jest jakimś maniakiem i nie chcę już słyszeć ani słowa – nic nie słyszałem. Carlos, ogień krzyżowy… masakra! Boże, ja się duszę… potrzebuję powietrza!