Выбрать главу

– Najmniejsze z moich zmartwień. Niech mnie pani spróbuje znaleźć… po fakcie, ale zanim zapadnie decyzja w sprawie pani własnej przyszłości. To nie potrwa długo.

– Przecież to czyste szaleństwo. Zjawia się pan nie wiadomo skąd i mówi jak wariat. Nie możecie tego zrobić!

– Proponuje pani jakiś kompromis?

– Niewykluczone – powiedziała Jacqueline Lavier. – Wszystko jest możliwe.

– Czy aby pani może pertraktować?

– Mogę przekazać propozycję kompromisu… znacznie lepiej niż ultimatum. Inni podadzą ją dalej do kogoś, kto podejmuje decyzje.

– Proszę, mówi pani dokładnie to samo, co ja parę minut temu: możemy porozmawiać.

– Możemy porozmawiać, monsieur – przytaknęła Madame Lavier. W jej oczach odbijała się walka na śmierć i życie.

– Zacznijmy więc od rzeczy oczywistych.

– To znaczy?

Teraz. Prawda.

– Co Carlos ma przeciwko Bourne’owi? Czemu chce go dostać?

– Co ma… przeciwko Bourne’owi?… – Kobieta zamilkła.

Zjadliwość i lęk ustąpiły miejsca zupełnemu osłupieniu.

– I pan o to pyta?

– Spytam jeszcze raz – powiedział Jason, czując w piersi dudniące echa. – Co Carlos ma przeciwko Bourne’owi?

– Przecież Bourne to Kain! Wiecie o tym tak samo dobrze jak my. To był wasz błąd, wasz wybór! Wybraliście niewłaściwego człowieka.

Kain. Usłyszał imię i echa wybuchły z ogłuszającym rykiem pioruna. Z każdym trzaskiem wstrząsał nim ból, palące błyskawice jedna po drugiej przeszywały głowę, a ciało i umysł cofały się przed zajadłym atakiem tego imienia. Kain. Kain! Znowu powróciły mgły. Ciemność, wiatr, eksplozje.

Alfa, Bravo, Charlie, Delta, Echo, Fokstrot, Kain… Kain, Delta. Delta, Kain. Delta… Kain.

Kain to Charlie.

A Delta to Kain!

– Co się stało? Co panu jest?

– Nic. – Bourne ukradkiem ujął przegub lewej ręki prawą, ścisnął, wbił palce w ciało tak mocno, że niemal czuł pękającą skórę. Musiał coś zrobić. Musiał powstrzymać drżenie, stłumić hałas, opanować ból. Musiał jasno myśleć. Wpatrywały się w niego oczy prawdy; nie potrafił odwrócić wzroku. Był tutaj, u źródeł, dygotał z zimna. – Proszę mówić dalej. – Z wysiłku, żeby panować nad głosem, odezwał się szeptem. Nie umiał sobie pomóc.

– Źle się pan czuje? Taki pan blady i…

– Nic mi nie jest – przerwał szorstko. – Powtarzam, proszę mówić dalej.

– Ale o czym?

– O wszystkim. Chcę to usłyszeć od pani.

– Po co? Nie ma nic, czego i wy byście nie wiedzieli. Wybraliście Kaina. Odrzuciliście Carlosa. Wydaje się wam, że teraz możecie postąpić tak samo. Myliliście się wtedy i mylicie się teraz.

Zabiję cię. Złapię za gardło i zaduszę. Powiedz mi! Na litość boską, powiedz! Na końcu czeka tylko mój początek. Muszę go poznać.

– To bez znaczenia – rzucił. – Jeżeli szuka pani kompromisu, choćby tylko po to, żeby ocalić własne życie, proszę mi wyjaśnić, czemu mielibyśmy słuchać. Dlaczego Carlos jest taki nieprzejednany… taki paranoiczny… kiedy idzie o Bourne’a? Proszę mi to wyłożyć tak, jakbym wcześniej o niczym nie słyszał. Bo jeśli nie, wówczas cały Paryż pozna te nazwiska, których nie powinno się wymieniać, a pani jeszcze przed nocą będzie martwa.

Madame Lavier siedziała sztywno, jej twarz znowu przypominała nieruchomą, alabastrową maskę.

– Carlos pójdzie za Kainem na koniec świata i go zabije.

– Tyle sami wiemy. Interesuje nas dlaczego.

– Bo musi. Przez was. Przez ludzi takich jak wy.

– To nic nie znaczy. Nie wie pani, kim jesteśmy.

– Nie muszę. Wiem, coście zrobili.

– Proszę jaśniej!

– Już wyjaśniałam. Przedłożyliście Kaina nad Carlosa, i na tym polegał wasz błąd. Wybraliście niewłaściwego człowieka. Zapłaciliście niewłaściwemu zabójcy.

– Niewłaściwemu… zabójcy.

– Nie byliście pierwsi, ale będziecie ostatni. Ten bezczelny uzurpator zginie tutaj, w Paryżu, niezależnie od tego, czy osiągniemy kompromis, czy nie.

– Wybraliśmy niewłaściwego zabójcę… – Słowa zawisły w wykwintnym, wonnym powietrzu. Przycichł ogłuszający grzmot, nadal gniewny, lecz teraz daleki, gdzieś w burzowych chmurach. Mgła się rozwiewała, wokół Jasona kłębiły się wilgotne opary. Już coś widział. Zobaczył sylwetkę potwora. Nie mitu. Potwora. Jeszcze jednego. Potwory były dwa.

– Pan w to wątpi? – spytała kobieta. – Nie przeszkadzajcie Carlosowi. Niech złapie Kaina, niech ma swoją zemstę. – Przerwała, jej dłonie uniosły się lekko nad stolikiem: Matka-Szczurzyca. – Nic nie obiecuję, ale wstawię się za wami, opowiem o stratach, jakie ponieśliście. Niewykluczone… to tylko taka możliwość, pan rozumie… że ten, którego przede wszystkim powinniście byli wybrać, zgodzi się honorować wasz kontrakt.

– Ktoś, kogo powinniśmy byli wybrać… Bo wybraliśmy tego niewłaściwego.

– Pan to rozumie, monsieur, prawda? Carlos musi się dowiedzieć, że rozumiecie. Wówczas może… powtarzam: może jakoś zrekompensuje wam tamte straty. Ale tylko wtedy, kiedy się przekona, że spostrzegliście swój błąd.

– Czy tak wygląda pani kompromis? – powiedział głucho Bourne, próbując zebrać myśli.

– Wszystko jest możliwe. Proszę mi wierzyć, nic dobrego nie wyniknie z waszych gróźb. Dla nikogo, w tym, szczerze mówiąc, oczywiście i dla mnie. Dojdzie tylko do bezcelowych zabójstw, a Kain tymczasem będzie stał z boku i się śmiał. Przegracie nie raz, lecz dwa razy.

– Jeżeli to prawda… – Jason przełknął ślinę i o mało się nie udusił, kiedy suche powietrze wypełniło mu puste, zaschnięte gardło. – Wobec tego muszę wytłumaczyć swoim ludziom, dlaczego… wybraliśmy… niewłaściwego… człowieka. – Przestań! Skończ zdanie. Opanuj się. – Niech mi pani opowie wszystko o Kainie.

– Po co? – Lavier dotknęła palcami blatu stolika: jaskrawoczerwony lakier do paznokci, broń o dziesięciu ostrzach.

– Skoro wybraliśmy niewłaściwego człowieka, musieliśmy dostać złe informacje.

– Słyszeliście, że dorównuje Carlosowi, tak? Że taniej sobie liczy, że stosuje bardziej oszczędne metody, a ponieważ w grę wchodzą tylko nieliczni pośrednicy, nie ma możliwości wytropienia kontraktu. Tak było, prawda?

– Możliwe.

– Nawet na pewno. Każdy o tym słyszał, tyle że to wszystko kłamstwo. Siła Carlosa leży w jego dalekosiężnych źródłach informacji, niezawodnych informacji, w jego wyrafinowanym systemie docierania do odpowiedniej osoby w stosownym momencie przed zabójstwem.

– Wygląda mi to na zbyt wielu ludzi. Za dużo ich było w Zurychu, za dużo tutaj, w Paryżu.

– Wszyscy ślepi, monsieur. Wszyscy i każdy z osobna.

– Ślepi?

– Powiem wprost: biorę udział w tej operacji od paru ładnych lat, spotkałam już dziesiątki osób, które w taki czy inny sposób odegrały swoje drugorzędne role… zaledwie drugorzędne, i jeszcze się nie zetknęłam z nikim, kto by kiedykolwiek rozmawiał osobiście z Carlosem lub też miał pojęcie, kim on jest.

– Ale to Carlos. Ja pytam o Kaina. Co pani o nim wie?

Panuj nad sobą. Nie wolno ci się odwrócić. Patrz na nią. Patrz na nią!

– Od czego mam zacząć?

– Od czegokolwiek, co tylko przychodzi pani do głowy. Skąd on się wziął?

Nie patrz w bok!

– Z południowo-wschodniej Azji, oczywiście.

– Oczywiście…

O Boże!

– Z amerykańskiej „Meduzy”, to wiemy na pewno.

Meduza! Wichry, ciemność, błyski światła, ból… Teraz ból rozsadzał mu czaszkę. Znalazł się tam, gdzie był kiedyś. O cały świat dalej w przestrzeni i czasie. Ból. Chryste! Ból…