– Czy był pan w stanie się z nią porozumieć? – spytał major.
– Próbowałem, ale nie udało mi się. Poleciłem Hawkinsowi skontaktować się z człowiekiem, który też był bliskim współpracownikiem tej St. Jacques; Alan jakiś tam. Kazał jej wracać natychmiast do Kanady. Przerwała z nim rozmowę.
– Do cholery! – wybuchnął Webb.
– Właśnie. Gdyby udało nam się zmusić ją do powrotu, moglibyśmy się wiele dowiedzieć. Ona stanowi klucz. Dlaczego została z nim? Dlaczego on jest z nią? Nic się tu nie trzyma kupy.
– Zwłaszcza dla mnie! – powiedział Stevens, którego zdumienie przechodziło w złość. – Jeśli liczycie na współpracę prezydenta – chociaż ja nic nie przyrzekam – to radzę wyrażać się jaśniej.
Abbott zwrócił się do niego:
– Sześć miesięcy temu Bourne zniknął. Coś się stało. Nie jesteśmy pewni co, ale można się domyślać prawdopodobnej wersji wypadków. Dostał wiadomość w Zurychu, że Carlos jest w drodze do Marsylii. Później – zbyt późno – zrozumieliśmy. Bourne dowiedział się, że Carlos zawarł kontrakt na zabójstwo Howarda Lelanda, i próbował temu przeszkodzić… potem – nic. Zniknął. Został zabity? Załamał się? A może… się poddał?
– Tej wersji przyjąć nie mogę – przerwał Webb. – Nie przyjmuję.
– Wiem, że pan nie przyjmuje – powiedział Mnich. – Dlatego chcę, żeby pan przejrzał te akta. Zna pan jego szyfry; są tu wszystkie. Niech pan zwróci uwagę, czy w Zurychu nie było jakichś nieprawidłowości.
– Proszę! – wtrącił Stevens. – Co pan sobie właściwie wyobraża? Musiał pan znaleźć coś konkretnego, coś na czym opiera pan swój sąd! To mi jest potrzebne, panie Abbott. Prezydentowi jest to potrzebne.
– Sam bym wiele za to dał. Ale cośmy znaleźli? Wszystko i nic… Dwa lata i dziesięć miesięcy najstaranniej przygotowanego oszustwa. Każdy fałszywy dokument w naszym archiwum został uwiarygodniony, każde posunięcie wyjaśnione i uzasadnione; każdy informator, mężczyzna czy kobieta, wszystkie kontakty, źródła – otrzymały twarze, głosy, historie do opowiedzenia, i z każdym miesiącem z każdym dniem troszkę bliżej Carlosa… Potem nic. Milczenie. Sześć miesięcy próżni.
– Nie teraz – zaprzeczył doradca prezydenta. – Milczenie zostało przerwane. Tylko przez kogo?
– To jest główne pytanie, prawda? – powiedział stary człowiek zmęczonym głosem. – Miesiące milczenia, potem nagle wybuch samowolnej, niezrozumiałej aktywności. Konto wykorzystane, treść fiche zmieniona, miliony przekazane do innego banku – według wszelkiego prawdopodobieństwa ukradzione. Ponadto zabici ludzie; na innych zastawione pułapki. Ale na kogo? I przez kogo? – Mnich ze znużeniem potrząsnął głowa. – Kim jest ten człowiek?
20
Limuzyna stała zaparkowana między dwiema latarniami, po drugiej stronie ulicy, ukośnie do ciężkich rzeźbionych drzwi budynku z brunatnego piaskowca. Za kierownicą siedział szofer w liberii, którego obecność na tej zadrzewionej ulicy, w tego rodzaju pojeździe nie była niczym nadzwyczajnym. Niezwykły był jednak fakt, że dwaj inni ludzie pozostawali ukryci w cieniu głębokich tylnych siedzeń samochodu, nie próbując z niego wysiąść. Obserwowali drzwi budynku, pewni, że nie zostaną wykryci przez promieniowanie podczerwone elektronicznej kamery.
Jeden z mężczyzn poprawił okulary. Jego oczy za grubymi szkłami przypominały oczy sowy, jednakowo podejrzliwe wobec wszystkiego, co znalazło się w ich zasięgu. Był to Alfred Gillette, dyrektor Wydziału Oceny Kadr z Rady Bezpieczeństwa Narodowego.
– Cóż za radość uczestniczyć w klęsce arogancji. Tym większa, jeśli się jest sprawcą tego zdarzenia – powiedział.
– Musisz go rzeczywiście nie cierpieć, prawda? – spytał towarzysz Gillette’a, mężczyzna o potężnych barach, w czarnym deszczowcu; jego akcent zdradzał słowiańskie pochodzenie.
– Nienawidzę go. Uosabia to wszystko, czego nie znoszę w tym mieście. Odpowiednie szkoły, domy w Georgetown, farmy w Wirginii, spotkania w zaciszu klubów. On i jemu podobni skurwysyni mają tu swój ciasny, mały światek, do którego nie dopuszczają nikogo – i sami wszystkim rządzą. Kurewskie pomioty. Pewna siebie, nadęta arystokracja waszyngtońska. Żerują na naszej inteligencji i pracy, a potem tylko podejmują decyzje i przypisują sobie cały sukces. Jeśli jesteś spoza, zawsze będziesz dla nich częścią bezosobowej masy, ich „kochanym personelem”.
– Przesadzasz – powiedział Europejczyk, wpatrując się w budynek z piaskowca. – Radziłeś sobie wśród nich całkiem dobrze. W przeciwnym razie nigdy nie związalibyśmy się z tobą.
Gillette rzucił mu spojrzenie spode łba.
– Jeśli mi się powiodło, to jedynie dlatego, że stałem się niezbędny dla wielu takich jak Dawid Abbott. Mam w głowie tysiące rzeczy, których oni nigdy nie byliby w stanie spamiętać. Wiedzą, że tam, gdzie są pytania wymagające odpowiedzi i sprawy do załatwienia, lepiej mieć kogoś takiego jak ja. Stanowisko dyrektora Wydziału Oceny Kadr wymyślili specjalnie dla mnie. A wiesz dlaczego?
– Nie, nie wiem. Alfredzie – odpowiedział Europejczyk spoglądając na zegarek.
– Bo nie mają cierpliwości ślęczeć nad tysiącami życiorysów i akt. Wolą obiady w „Sans Souci” albo popisy przed komisjami senackimi, gdzie czytają dokumenty sporządzone przez innych – przez tych niedostrzeganych, bezimiennych – ten ich „kochany personel”.
– Jesteś zgorzkniały – stwierdził Europejczyk.
– Bardziej, niż ci się zdaje. Straciłem całe życie na robieniu tego, co powinny robić te sukinsyny, i w zamian za co? Za tytuł, za okazjonalny lunch, w trakcie którego między krewetkami a przystawka konsumują się mój mózg. Ten bezczelny Abbott i jemu podobni faceci byliby zerem bez takich jak ja.
– Nie powinieneś lekceważyć Mnicha. Carlos jest pełen uznania dla niego.
– Bo nie zna prawdy! Wszystko, co robi Abbott, jest osnute tajemnicą; nikt nie wie, ile ten człowiek popełnił błędów. Nawet jeśli coś wyszło na jaw, błędy przypisywano takim jak ja.
Europejczyk przeniósł wzrok z szyby na Gillette’a.
– Jesteś bardzo pobudliwy, Alfredzie – zauważył chłodno. – Wystrzegaj się tego.
Na twarzy biurokraty pojawił się uśmiech.
– Moje zasługi dla Carlosa chyba najlepiej świadczą o tym, że pobudliwość nie przeszkadza mi w pracy. Po prostu przygotowuję się teraz psychicznie do konfrontacji, której nie wyrzekłbym się za nic na świecie.
– Szczere wyznanie – zauważył barczysty mężczyzna.
– A twoje powody? To ty mnie zwerbowałeś.
– Wiedziałem, jak się do ciebie zabrać – Europejczyk skierował wzrok z powrotem w stronę budynku.
– Chodzi mi o to, dlaczego ty pracujesz dla Carlosa?
– Moje powody nie są takie skomplikowane. Pochodzę z kraju, gdzie awans wykształconych ludzi zależy od widzimisię kretynów recytujących na pamięć wersety z Marksa. Carlos też wiedział, jak się do mnie zabrać.
Gillette zaśmiał się, a jego płaskie oczy na moment rozbłysły.
– Koniec końców nie ma między nami wielkiej różnicy. Podstaw sobie Marksa za nasz zafajdany establishment ze Wschodniego Wybrzeża, a dostrzeżesz wyraźne podobieństwo.
– Być może – zgodził się Europejczyk, jeszcze raz spoglądając na zegarek. – Już niedługo. Abbott zwykle wraca samolotem o północy, bo dla Waszyngtonu liczy się każda godzina jego pracy.
– Jesteś pewien, że wyjdzie sam?
– Zawsze tak robi, a już z pewnością nie wyjdzie razem z Elliotem Stevensem. Webb i Stevens też wyjdą osobno; wszyscy zwykle wychodzą w odstępach dwudziestominutowych.
– Jak trafiłeś na Treadstone?
– Nie było to wcale takie trudne. Ty również przyczyniłeś się do tego, Alfredzie; byłeś przecież częścią „kochanego personelu”. – Mężczyzna roześmiał się, nie odrywając oczu od budynku z piaskowca. – Doniosłeś nam, że Kain wywodzi się z „Meduzy”. Tak jak Mnich – o tym sami wiedzieliśmy. Przyjąwszy, że przypuszczenie Carlosa było słuszne, należało więc liczyć się z powiązaniami Mnicha z Bourne’em. Dlatego Carlos polecił nam śledzić Abbotta przez dwadzieścia cztery godziny na dobę i czekać, aż coś się zatnie w sprawnie funkcjonującej maszynie. Miał rację. Kiedy wieść o strzelaninie w Zurychu dotarła do Waszyngtonu, Abbott stał się nieostrożny. Podążając za nim dotarliśmy tutaj. Cała sprawa była więc jedynie kwestią wytrwałości.