Bourne ponownie przyzwolił, żeby mówiła.
– Jesteśmy w „Auberge du Coin” w Montrouge. Pod nazwiskiem Briggs.
– Poślę tam zaraz samochód.
– Nie, Dennis! – Marie zaprotestowała obserwując Jasona, który wzrokiem dawał jej do zrozumienia, żeby trzymała się instrukcji.
– Proszę przysłać samochód rano. Z samego rana… powiedzmy, za cztery godziny, jeżeli to panu odpowiada.
– Nie mogę tego zrobić. Dla pani własnego dobra.
– Musi pan; nic pan nie rozumie. On znalazł się w potrzasku i musiał to zrobić, a teraz się boi i chce uciekać. Gdyby wiedział, że do pana dzwonię, to już by wiał. Muszę mieć czas. Potrafię go namówić, żeby sam się oddał w ręce władz. Tylko kilka godzin. Jest zagubiony, ale podświadomie przyznaje mi rację – Marie mówiła te słowa patrząc na Bourne’a.
– Co to za skurwysyn?
– Przestraszony – odparła. – Taki, którego wykorzystano. Potrzebuję czasu. Dajcie mi go.
– Marie…? – Corbelier urwał. – Dobrze, z samego rana. Powiedzmy… o szóstej? Marie, oni chcą pani pomóc. Oni mogą pani pomóc.
– Wiem. Dobranoc.
– Dobranoc.
Marie odłożyła słuchawkę.
– Teraz sobie poczekamy – powiedział Bourne.
– Nie wiem, co chcesz udowodnić. Oczywiście on zawiadomi FS-5 i oni się tu z pewnością zjawią. Czego się spodziewasz? On niemal się przyznał, co zrobi, co musi zrobić.
– I to ci z FS-5 przesyłają nam wiadomość?
– Sądzę, że oni zabiorą nas do odpowiedniej osoby. A jeżeli jest ona za daleko, to nas z nią skontaktują. Jestem o tym głęboko przekonana, jak jeszcze nigdy dotąd w moim zawodowym życiu.
Bourne spojrzał na nią.
– Chciałbym, żebyś miała rację, bo chodzi mi przede wszystkim o twoje życie. Jeżeli dowody, jakie mają przeciwko tobie w Zurychu, nie są częścią tej wiadomości, lecz zostały podstawione przez fachowców, by mnie odnaleźć – i policja w Zurychu rzeczywiście w nie wierzy – to faktycznie jestem tym przerażonym człowiekiem, o którym opowiadałaś Corbelierowi. Nikt bardziej niż ja nie pragnie, żebyś miała rację. Ale wydaje mi się, że się mylisz.
Trzy minuty po drugiej światła w holu zamigotały i zgasły. Długi korytarz oświetlany jedynie smugą światła ze schodów pogrążył się w mroku. Bourne stał z pistoletem w dłoni za drzwiami ich ciemnego pokoju i obserwował korytarz przez szparę w drzwiach. Marie zaglądała mu przez ramię. Nie odzywali, się.
Kroki, choć stłumione, zbliżały się. Wyraźny, zdecydowany odgłos dwóch par butów ostrożnie wchodzących po schodach. Po kilku sekundach ukazały się w słabym świetle postacie dwóch mężczyzn. Marie bezwiednie wydała okrzyk; Jason gwałtownie sięgnął ręką za siebie, zakrywając jej usta. Wiedział, o co chodzi: rozpoznała jednego z mężczyzn, choć widziała go przedtem tylko raz. Było to w Zurychu na Steppdeckstrasse, w chwilę przed wydaniem na nią wyroku śmierci. Tego właśnie blondyna posłali wówczas do pokoju Bourne’a, tego harcerzyka, którego można było poświęcić. Teraz przysłali go do Paryża, żeby namierzył cel, który mu się wymknął. W lewej ręce trzymał małą kieszonkową latarkę, a w prawej długi pistolet, aż spuchnięty od tłumika.
Towarzyszył mu niższy mężczyzna, bardziej krępy, o chodzie niemal zwierzęcym, gdyż skręty ramion i talii współgrały z ruchem nóg. Miał wysoko postawiony kołnierz marynarki i na głowie kapelusz z wąskim rondem rzucający cień na niewidoczna twarz. Bourne wpatrywał się w tego człowieka; dostrzegł w nim coś znajomego, w jego postaci, chodzie, sposobie trzymania głowy. Co to? Co to jest? Zna go przecież.
Nie było jednak czasu na domysły; dwójka mężczyzn zbliżała się do drzwi pokoju zarezerwowanego na nazwisko państwa Briggs. Blondyn wodził latarką po numerach pokojów, następnie skierował światło na klamkę i zamek.
Wypadki, które nastąpiły, mogły wprawić w osłupienie tempem i sprawnością. Krępy mężczyzna oświetlał pęk kluczy, który trzymał w ręce prawej, i jednocześnie wybierał odpowiedni klucz. Do lewej przełożył broń i na moment w nikłym świetle latarki ukazał się pistolet dużego kalibru z potężnym tłumikiem, do złudzenia przypominający solidne niemieckie sternlicht-lugery, tak chętnie używane przez gestapo w czasie drugiej wojny światowej. Można nim było rozwalić płaty betonu i stali, i to przy dźwięku nie głośniejszym niż delikatne kichnięcie – wprost idealna broń do zaskakiwania wrogów państwa w środku nocy w jakiejś spokojnej okolicy bez budzenia najbliższych sąsiadów, którzy dopiero rano zauważali ich zniknięcie.
Niższy mężczyzna włożył klucz i cicho go przekręcił, a potem wycelował lufę w zamek. Trzem gwałtownym kichnięciom towarzyszyły trzy błyski światła; z drewna w okolicy zamka została tylko miazga. Drzwi uchyliły się; zabójcy wtargnęli do środka.
Po chwili ciszy rozległy się stłumione strzały, odgłosy wstrząsów, na chwilę rozbłysło światło. Zatrzaśnięto drzwi, ale zamek nie trzymał i otworzyły się ponownie, a z wnętrza dobiegły gwałtowniejsze odgłosy rozbijania rzeczy i szamotaniny. W końcu zapaliło się światło, ale na krótko, po chwili bowiem lampa z hukiem trzasnęła o podłogę i posypało się szkło. Z gardła rozwścieczonego mężczyzny wydobył się okrzyk.
Obaj zabójcy wyskoczyli z wycelowaną bronią, przygotowani na pułapkę, której, ku ich zdziwieniu, nie było. Dopadli schodów i kiedy zbiegali pędem w dół, otworzyły się drzwi na prawo od zdemolowanego pokoju. Jakiś gość mrużąc oczy wyjrzał na zewnątrz, wzruszył ramionami i schował się z powrotem. W słabo oświetlonym korytarzu ponownie zaległa cisza.
Bourne nie poruszył się, ramieniem obejmował Marie St. Jacques. Trzęsła się cała, głowę wtuliła mocno w jego pierś i łkała cichutko, jeszcze nie całkiem wierząc. Nie spieszył się, poczekał, aż przestanie łkać i zacznie spokojnie oddychać. Wtedy postanowił już dłużej nie czekać – musi sama się przekonać. Zobaczy wszystko i nareszcie zrozumie: musi to w końcu pojąć. Jestem Kainem, jestem śmiercią.
– Chodź – szepnął.
Wyprowadził ja na korytarz kierując się w stronę pokoju, który był jego ostatecznym dowodem. Pchnął wyłamane drzwi i weszli do środka.
Stała bez ruchu, napełniona odrazą, a jednocześnie zahipnotyzowana widokiem. W otwartych drzwiach na prawo majaczyła ciemna sylwetka na tle przygaszonego światła padającego z drugiego pokoju, widoczna dokładniej dopiero, kiedy wzrok przyzwyczaił się do dziwacznej mieszaniny odblasków. Była to postać kobiety w długiej sukni, którą wydymał wiatr dostający się przez otwarte okno.
Okno. Przed nimi na wprost rysowała się druga postać, prawie niewidoczna; jej kształt układał się w plamę majaczącą na tle skąpych świateł dalekiej autostrady. Podobnie jak poprzednia postać, ta również się poruszała, gwałtownie wymachując strzępami materiału, które przypominały ręce.
– O Boże – Marie zamarła. – Zapal światła, Jasonie.
– Nie działają.
Żarówki były tylko w nocnych lampkach; udało im się jedne znaleźć.
Przeszedł ostrożnie przez pokój i dosięgnął lampki, która leżała na podłodze pod ścianą. Ukląkł i zapalił ją. Marie aż się wzdrygnęła.
W drzwiach do łazienki, rozpięta na strzępach zasłony, wisiała jej długa suknia poruszana wiatrem, który nie wiadomo skąd się brał. Kule podziurawiły ją jak sito.
Na tle okna przyszpilona do framugi koszula i spodnie Bourne’a wydymały się od wiatru wpadającego przez roztrzaskane szyby. Biel koszuli naznaczona została kulami w sześciu miejscach – linia biegła na ukos przez pierś.
– Masz swoją wiadomość – powiedział. – Już ją znasz. A teraz lepiej mnie wysłuchaj.