Выбрать главу

Tom nie mógł się doczekać. Męczył go już upał w dolinie. Tak się również składało, że jego wizje były wyraźniejsze w chłodnym powietrzu. Uderzył w klawisze i zaśpiewał:

Morze spokojne jest dzisiejszej nocy, Przypływ już wezbrał, a księżyc Łagodnie oświetla cieśniny. Na francuskim brzegu światło Rozbłyska i gaśnie. Angielski klif lśni bielą Ogromny w cichej zatoce. Podejdź do okna, Powietrze nocy jest słodkie.

— Piękne — powiedział Charley.

— Ta mi się też nie podoba — stwierdził Mujer.

— To nie słuchaj — odparł Charley. — Zamknij się i tyle.

Jedynie z długiej, rozmazanej linii, Gdzie niebo styka się Z rozjaśnioną księżycem ziemią, Posłuchaj, a usłyszysz chropowaty głos Kamieni targanych przez fale.

— Nic z tego nie rozumiem — powiedział Mujer. — To się nie trzyma kupy.

— Jeszcze ostatnia część — rzekł Charley. — Jest naprawdę piękna. Jeśli, oczywiście, w ogóle masz jakąś duszę. Zaśpiewaj końcówkę, Tom… Hej, co to za miasto? Może Modesto? Zbliżamy się do Modesto. Tom, zaśpiewaj końcówkę.

Tom nie miał nic przeciwko odśpiewaniu końcówki. Mógł śpiewać strofy w dowolnym porządku. Zaczął znowu:

Miłości! O pozwól nam być Oparciem dla siebie wzajem, Bo świat przed nami, co zda się być rajem Tak pięknym, nowym, bogatym, Nie przyda nam wcale radości, uczucia, Pokoju ni bezpieczeństwa, A w bólu pogrążon kto ponad siły, Nie zrzuci swojego przekleństwa.

— Piękne — rzekł znowu Charley. — Posłuchaj tylko, to poezja, to prawdziwa poezja. Mówi wszystko. Jedź obwodnicą, Mujer. Nie chcemy przecież wjeżdżać do Modesto.

My zaś na mrocznej jesteśmy równinie, Na odgłos walki w trwodze się szamocząc, Gdy armie głupców ścierają się nocą.

— Zaśpiewaj do końca — powiedział Charley, gdy Tom zamilkł.

— Zaśpiewałem — odrzekł Tom. — Tak się to kończy: gdy armie głupców ścierają się nocą. — Zamknął oczy. Zobaczył nadchodzącą Wieczność; pierścień oślepiającego światła rozpościerający się od jednego do drugiego końca wszechświata. Pomyślał, że może zbliża się wizja, ale nie, wszystko natychmiast zniknęło. Szkoda — powiedział do siebie. Mimo to wiedział, że ona i tak wkrótce się pojawi. Czuł jej obecność na skraju świadomości. Pewnego dnia — pomyślał — wizja światłości nadejdzie i zabierze mnie do nieba, jak Eliasza, którego porwała trąba powietrza czy jak Enocha, który szedł z Bogiem i Bóg zabrał go do siebie.

— Popatrz tam — przerwał milczenie Charley — to jest zjazd na San Francisco.

Ciężarówka skręciła na północ, sunąc teraz w kierunku morza. Mój rydwan — pomyślał Tom. — Wjeżdżam w chwale do białego miasta nad zatoką. Powietrzny rydwan, nie taki jak ten, który przybył po Eliasza, bo to był ognisty rydwan, ciągnięty przez ogniste konie. Wtedy trąba powietrzna zabrała go do nieba.

— W świecie Zygerone V — powiedział Tom — mają rydwany z wody, to znaczy z ich wody, bo nasza jest inna. Ludzie z Zygerone V podróżują w nich jak bogowie.

— Posłuchajcie go tylko — wtrącił siedzący z tyłu Stidge — to pieprzony głupek. Po co ty go tu trzymasz, Charley?

— Zamknij pysk, Stidge — warknął Charley.

Tom wpatrywał się w niebo, które zmieniło się w biały firmament Zygerone V, lśniącą tarczę oślepiających promieni; prawie jak niebo Ludzi-Oczu, tyle że nie tak jednolite. Na wysokim sklepieniu świeciły dwa słońca; białe i żółte z czerwoną, drgającą powłoką w środku i wokół nich. Zygeroni przemieszczali się pomiędzy pałacami i świątyniami, gdyż obchodzili właśnie święto zwane Dniem Zapomnienia, w którym wszystkie troski minionego roku wrzucało się do morza.

— Widzisz ich? — wyszeptał. — Te rydwany są w kształcie łzy i jest w nich dość miejsca dla całej rodziny, łącznie z rodzicami obu stron. A wszyscy pływają po niebie jak książęta.

W umyśle Toma kłębiły się światy. Widział wszystko, także słowa w ich księgach i rozumiał te słowa, nawet jeśli księgi nie były księgami, a słowa słowami. Nie zawsze tak było, ale z roku na rok wizje stawały się coraz wyraźniejsze i bogatsze w szczegóły.

Charley zwrócił się do Mujera:

— Jedź, Mujer, nigdzie się nie zatrzymuj i nic nie mów.

— Zygeroni są wielcy, są panami. Widzisz ich? Właśnie wysiadają z rydwanów. Mają głowy jak słońca i półtora tuzina ramion jak rózgi wokół tułowia. Przybyli na tę gwiazdę ponad miliard lat temu, w czasie panowania veltyckiego, gdy ich stare słońce zaczęło nabrzmiewać i czerwienieć, a później pochłonęło kolejno wszystkie ich światy. Zygeroni zdążyli jednak dotrzeć do innych planet. Piąty Świat jest największy, ale są jeszcze inne, razem dziewiętnaście. Zygeroni są panami Poro, co jest zdumiewające, gdyż Poro są tak wielcy, że gdyby któryś z ich najmniejszych sług przybył na Ziemię, byłby królem całego świata. Ale dla Zygeronów Poro są nikim. Mało tego, jest jeszcze rasa ponad Zygeronami. Mówiłem ci już, prawda? Nazywają się Kusereenami, rządzą tuzinami, setkami galaktyk, prawdziwym Imperium.

Tom roześmiał się. Głowę odchylił w tył, oczy wciąż miał zamknięte.

— Myślisz, Charlie, że Kusereenowie mogą być wasalami jeszcze większego pana? I tak dalej, coraz wyżej? Czasem myślę, że jest jeszcze gdzieś odległa galaktyka, w której wciąż panują królowie Theluvary, a co pół miliarda lat suzeren Kusereenów jedzie tam i zgina kolana przed ich tronem. Tyle że Kusereenowie nie mają kolan. Każdy z nich wygląda jak rzeka albo też coś na kształt lodowej wstążki. Ale w takim razie czyimi poddanymi są królowie Theluvary? No i jest jeszcze przecież Bóg w swej chwale na samym szczycie stworzenia, triumfujący nad wszystkim co żywe i martwe, i tym co dopiero nadejdzie. Nie zapomnijcie o Nim.

— Słyszeliście kiedy szaleńca? — powiedział Stidge. — Jesteś prawdziwym świrem.

— Wolę to niż jego piosenki — stwierdził Mujer. — Piosenki mnie denerwują, a to jest jak pokaz laserowy, tylko w słowach. Ale on to potrafi, nie?

— Widzi to jak w rzeczywistości — przyznał Buffalo.

— Bo to jest w rzeczywistości — rzekł Charley.

— Czy ja dobrze słyszę, stary? — spytał Mujer.

— Tak, dobrze słyszysz, on widzi te światy. On spogląda poza gwiazdy, on czyta w Księdze Słońc i Księdze Księżyców.

— Hej — wtrącił Stidge — posłuchajcie Charleya!

— Zamknij pysk — odciął się Charley. — Wiem, co mówię, Stidge. Albo się zamkniesz, albo pójdziesz do Frisco na piechotę.