Выбрать главу

Dokładnie w tej samej chwili Elszabet poczuła, jak macka zielonej mgły próbuje wedrzeć się jej do głowy. Zupełnie jakby energia włączonego ekranu ułatwiała inwazję. Zdziwienie, przerażenie, szok, wściekłość. Jakby coś chciało przeszyć ją niewidzialną dzidą. Zaczerpnęła powietrza w płuca, poczuła, jak napina jej się kręgosłup.

Nie — pomyślała z determinacją — wynoś się stąd, do diabła, wynoś się!

Mglista zieleń zniknęła i gdy już było po wszystkim, Elszabet z trudem mogła uwierzyć w to, co działo się z nią jeszcze przed momentem. Odetchnęła głęboko, rozluźniła plecy i ramiona. Indianin nawet chyba niczego nie zauważył. Wciąż gapił się przed siebie leżąc na brzuchu.

— Nick — powiedziała. Nie zwrócił na nią uwagi. — Nick, to ja, doktor Lewis.

Dotknęła delikatnie jego ramienia. Szarpnął się, jakby użądlił go szerszeń.

— Elszabet Lewis. Znasz mnie.

— Tak — odparł nie patrząc na nią.

— Paskudny poranek, co?

— Wszystko zniknęło. Wszystko — powiedział jednostajnym tonem.

— Co zniknęło, Nick?

— Ludzie. To, co mieliśmy. Wiesz, że mieliśmy coś i zabrano to nam. Dlaczego, do diabła, tak się stało? Jaki, do cholery, był powód?

A więc znów ogarnęła go obsesja znikających czerwonoskórych. Rozpamiętywał niesprawiedliwość tego faktu. Można było kasować i kasować, ale tego za nic nie dało się z niego wyrwać. Ta mania była zresztą główną przyczyną, która zaprowadziła go do centrum. Cierpiał na głęboką i trwałą depresję, którą Kirkegaard nazywał tęsknotą za śmiercią, uważając ją za coś gorszego od samej śmierci, a którą obecnie nazywano syndromem Gelbarda. Brzmiało to bardziej naukowo. Podwójna Tęcza stracił wiarę we wszechświat. Uważał, że wszystko wokół jest bezużyteczne i bezsensowne, o ile nie wręcz wrogie. Jego stan nie poprawiał się. Miał teraz oczywiście ogromne luki w pamięci, ale tęsknota za śmiercią pozostała. Elszabet przypuszczała zresztą, że wcale nie wiąże się to z jego rzekomym indiańskim dziedzictwem, a jedynie z faktem, iż miał to nieszczęście i urodził się w drugiej połowie XXI wieku. Cały świat, wyczerpany stupiećdziesięcioletnim obłędem samozagłady, zaczynała ogarniać epidemia beznadziejnej rozpaczy. Być może Bill Waldstein ma rację, że Podwójna Tęcza nie jest wcale Indianinem. Zresztą nie ma to znaczenia. Jeśli tęskni się za śmiercią, to każdy pretekst jest dobry do stoczenia się w przepaść.

— Nick, wiesz, kim jestem?

— Doktor Lewis.

— Jak mam na imię?

— Elsa… Ezla…

— Elszabet.

— Tak, właśnie.

— A kim jestem?

Wzruszył ramionami.

— Nie pamiętasz?

Popatrzył nieprzytomnym wzrokiem prosto na jej policzek. Był wysokim, mocno zbudowanym, szerokim w ramionach mężczyzną z grubym, tępo zakończonym nosem. Jego skóra, o lekko popielatym odcieniu, miała barwę zbliżoną do miedzi, a więc podobną, ale nie całkiem taką jak ludzie uważani przez niego za współplemieńców. Odkąd zaatakował Elszabet kilka tygodni temu, nie potrafił spojrzeć jej w oczy. Najprawdopodobniej nie pamiętał swojego ataku szału i tego, że ją wtedy uderzył i zranił. Podejrzewała jednak, że jakiś ślad w psychice pozostał. W jej towarzystwie był smutny, ponury i zakłopotany, jak gdyby miał poczucie winy nie wiedząc z jakiego powodu i jak gdyby gniewał się na osobę, która wprawiała go w taki nastrój.

— Profesor — powiedział — lekarz, coś takiego.

— Blisko — odparła. — Jestem tu, żeby pomóc ci poczuć się lepiej.

— Tak? — przez moment w jego oczach zabłysło zainteresowanie, które natychmiast zgasło.

— Wiesz, czego chcę od ciebie, Nick? Wstań z tego łóżka i idź na salę gimnastyczną. Dante Corelli prowadzi właśnie zajęcia ruchowe z rytmiki. Znasz Dante?

— Dante, tak — odpowiedział z lekkim wahaniem.

— Wiesz, gdzie jest sala gimnastyczna?

— Tak, czerwony dach.

— Dobrze. Idź tam i potańcz trochę. Tańcz, aż padniesz, rozumiesz, Nick? Tańcz, aż usłyszysz głos ojca, który każe ci przestać. Albo do dzwonka na obiad, zależy, co będzie najpierw.

Słysząc to rozchmurzył się trochę. Głos ojca, poczucie więzi plemiennych; myśl o głosie ojca miała błogosławiony wpływ na jego psychikę.

— Tak — powiedział, powoli gramoląc się z łóżka.

— Miałeś jakieś sny dziś w nocy? — spytała nagle.

— Sny? Jakie sny? Skąd mam wiedzieć?

Dziś, według porannych raportów, miał Niebieskiego Olbrzyma na tle oślepiającego, przeszywającego światła. Wydawało się jednak, że rzeczywiście tego nie pamiętał.

— W porządku — powiedziała Elszabet — idź tańczyć. — Uśmiechnęła się. — Zatańcz może taniec deszczu. Przydałaby się o tej porze roku jakaś mała ulewa.

— Za wcześnie — odparł. — Tańczyć teraz o deszcz to strata czasu. Dopiero w październiku będzie padało. Zresztą dlaczego myślisz, że taniec może przynieść deszcz? Deszcz przynoszą niże znad Alaski. W październiku.

Elszabet roześmiała się. A więc nie jest jeszcze tak kompletnie odcięty od świata — pomyślała. — To dobrze.

— Tak czy inaczej, idź potańczyć. Gwarantuję ci, że poczujesz się lepiej.

Wyłączyła ekran i przeszła do łóżka Tomasa Menendeza. Siedział w takiej samej pozycji jak przedtem, ze słuchawkami na policzkach. Gdy włączyła jego ekran, skuliła się w obawie przed kolejnym atakiem zielonej mgły, lecz tym razem nic się nie stało. Prawie co drugi dzień czuła jej lekki powiew, to niesamowite wrażenie, że halucynacje krążą nad nią jak sępy, czekające na dogodny moment do lądowania. Bała się nawet ostatnio chodzić spać, zastanawiając się, czy to tej właśnie nocy Zielony Świat wedrze się w końcu do jej umysłu. Wciąż przerażało ją, że z lekarza może stać się pacjentem cierpiącym na halucynacje.

— Tomas? — powiedziała łagodnie.

Menendez był jednym z najbardziej interesujących przypadków; czterdziestoletni, silny, otyły mężczyzna o ramionach goryla. Jego przodkowie w drugim pokoleniu pochodzili z Meksyku. Był człowiekiem łagodnym, najłagodniejszym, jakiego kiedykolwiek znała. Miły, uprzejmy, życzliwy i równie mocno jak Nick związany ze swym dziedzictwem kulturowym. Z zamiłowania był naukowcem i poetą. Swój kąt w pokoju zamienił w małe muzeum kultury meksykańskiej. Miał tam hologramy obrazów Orozco i Rivery, i Guerrero Vasqueza; kilka uśmiechniętych szkieletów ze święta Dnia Umarłych, a także mnóstwo jaskrawo pomalowanych glinianych zwierzątek: psów, jaszczurek, ptaków.

Dwa lata temu Menendez udusił żonę w ich małym, ładnym mieszkanku w San Jose. Nikt nie wiedział dlaczego, a już najmniej sam Menendez, który w ogóle tego zdarzenia nie pamiętał, nie wiedział nawet, że jego żona nie żyje. Wciąż oczekiwał jej odwiedzin. Był to właśnie jeden z najbardziej zdumiewających objawów syndromu Gelbarda: pozbawione motywów morderstwo bliskiej osoby dokonane przez człowieka, który wydawał się być niezdolny nawet do skrzywdzenia muchy. Powiedz Menendezowi, że zabił żonę, a popatrzy, jakby mówiło się do niego po turecku lub hebrajsku; nie zrozumie.